RSS
 

Notki z tagiem ‘zdrowie’

Wiosenne oczyszczenie

05 mar

Chyba wszyscy lubimy na przedwiośniu trochę się „przewietrzyć” – wewnętrznie i zewnętrznie. Stąd przecież tradycja wiosennych porządków, stąd także w niektórych kulturach i religiach idea wiosennego postu. Wiele osób o tej właśnie porze roku podejmuje nowe wyzwania – zmieniają dietę, zaczynają uprawiać sport na świeżym powietrzu i tak dalej.

Ja też uległam tej potrzebie wprowadzenia zmian. Przyjrzałam się uważnie temu, co jem, i doszłam do wniosku, że wbrew własnemu przeświadczeniu, jakobym się zdrowo odżywiała, w mojej diecie brakuje błonnika. Wiadomo, że latem, gdy będą dostępne świeże cudeńka prosto z ogrodu i sadu, nie będzie z tym problemu, ale teraz, właśnie na przedwiośniu, kiedy kończą się zimowe zapasy, a dostępne w sklepach owoce i warzywa to jakieś sztuczne twory, podobne do tych prawdziwych tylko z kształtu i koloru, ale bez właściwego smaku i zapachu – trzeba o zawartość błonnika w diecie zadbać szczególnie.

Poszperałam więc, poczytałam – i znalazłam. Nasiona chia, czyli szałwii hiszpańskiej!

Te niepozorne kuleczki – jak się dowiedziałam  – są prawdziwym skarbem. Są świetnym źródłem białka, zawierają kwasy omega-3, potas, wapń, fosfor, żelazo i magnez, tak więc wprowadzając je do naszej diety, oddajemy przysługę naszemu sercu, kościom, układowi nerwowemu, oczom i jelitom. Ponoć nasiona chia poprawiają pamięć i koncentrację, działają antydepresyjnie i uspokajająco, pomagają unormować ciśnienie, zapobiegają miażdżycy i demencji, a także rewelacyjnie usprawniają działanie układu pokarmowego (to ze względy na wspomniany wcześniej błonnik).

Zresztą kto jest ciekaw, poszuka sobie informacji i wyciągnie wnioski.

W pierwszej chwili pomyślałam, że mimo tych wszystkich zalet nasionka chia nie są dla mnie – a to z powodu wysokiej ceny. Okazało się jednak, że dzienna porcja to zaledwie 2 łyżki. Tak więc nawet jeśli zapłacę za kilogramową paczkę prawie 30 złotych (bo moim zdaniem nie należy kupować tych najtańszych – z czegoś ta ich taniość wynika, może np. ktoś oszczędza na oczyszczaniu nasionek), to mam śniadania lub kolacje na naprawdę długo.

Jest mnóstwo sposobów wykorzystania nasion chia w kuchni; mnie przypadł do gustu pomysł na poranny pudding. Wiele osób przyrządza go z całych nasion, jednak o ile wiem, marnuje się wówczas mnóstwo wartości odżywczych. Dlatego ja swoje nasionka mielę w starym młynku do kawy, który mam specjalnie do takich zadań. Wieczorem wsypuję do niego 2 łyżki nasion, rozdrabniam, przesypuję do miseczki, zalewam szklanką napoju roślinnego (migdałowego, kokosowego lub owsianego domowej roboty), mieszam, odstawiam na 10 minut, mieszam jeszcze raz i wkładam na noc do lodówki. Rano mam gęsty pudding (jeśli nasionka nie zostaną zmielone, będzie odrobinę rzadszy, ale też bardzo zgęstnieje). Jeżeli mam do niego słodkie owoce, to nie słodzę go, ale kiedy zamierzam go zjeść np. z rozmrożonymi wcześniej wiśniami lub porzeczkami, to dosładzam ksylitolem, miodem lub stewią. W blenderze robię mus owocowy – najbardziej lubię z pomarańczy i kiwi, ale świetny jest też ze wszelkich mrożonych owoców, np. z jagód albo malin z dodatkiem banana, albo z ananasem z puszki (tyle że wtedy zawiera sporo cukru).

Dla mnie – bomba (błonnikowa, ale także smakowa)!

IMG_20170305_081020    IMG_20170305_081146

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Smakowicie i naturalnie na Wielkanoc!

22 mar

Zbliża się Wielkanoc – czas smakowitych, tradycyjnych potraw, wśród których poczesne miejsce zajmują rozmaite dania z mięsa. Tylko jak tu się cieszyć ich smakiem, skoro ostatnio Międzynarodowa Agencja Badania Raka (IARC) ogłosiła, że nie ma już żadnych wątpliwości – wędliny są rakotwórcze; należą do grupy najwyższego ryzyka. Powinniśmy więc jeść ich jak najmniej – najlepiej wcale.

Niewiele lepiej ma się rzecz z mięsem w ogóle, ale nie da się ukryć, że mimo wszystko jeśli już mamy na nie ochotę, to znacznie lepiej przygotować je sobie domowym sposobem, aniżeli kupić gotowy wyrób, w którym tyle samo, co mięsa, będzie też konserwantów i „poprawiaczy” smaku.

Kiedyś pisałam o schabie parzonym, którego przygotowanie nie wymaga żadnych umiejętności – tym, którzy przeoczyli ten przepis, polecam zakładkę „Coś pysznego”, poszperajcie w starszych postach. A dziś pokażę Wam mój sposób na mięsa pieczone, które doskonale zastępują gotowe wędliny. Przygotowuję w ten sposób domową szynkę, karkówkę, boczek, schab, gęś, kaczkę, udka z kurczaka lub indyka - na co mamy tylko ochotę.

Mięso najpierw moczę długo w wodzie – nawet 12 godzin, żeby do roztworu przeszły rozmaite świństwa, którymi mogło być nastrzykiwane przed sprzedażą. Następnie porządnie je osuszam i oczywiście nacieram przyprawami: solą, czubrycą, majerankiem, rozgniecionym czosnkiem, rozmarynem i tak dalej. I tu następuje najważniejszy moment, bowiem na scenie pojawia się cud wynalazek – garnek rzymski. Jest to naczynie gliniane (mój akurat wykonano z transylwańskiej gliny, a ponieważ bardzo ciepło wspominam moją podróż po Rumunii, lubię go już za sam rodowód ;-) ) – ważne, aby nie było szkliwione od wewnątrz. Taki garnek namacza się na pół godziny przed pieczeniem, (pokrywkę także), następnie wodę się wylewa, do naczynia wkłada się mięso, przykrywa się i całość wstawia do zimnego piekarnika. Najpierw ustawiam temperaturę na 100 stopni, a kiedy się nagrzeje, zwiększam do 200 i dopiero od momentu, gdy piekarnik taką temperaturę osiągnie, mierzę czas. Większe porcje mięsa piekę 1,5 godziny, zaś mniejsze (na przykład zwinięty w roladę boczek) – godzinę.

Efekt – mięso soczyste, wilgotne (bo pieczone w parze wodnej), aromatyczne, delikatne. Jeśli chcemy, żeby się mocniej zrumieniło, można zdjąć pokrywę na jakieś piętnaście minut przed końcem pieczenia.

DSC_1857

Garnek rzymski ma – jak dla mnie – tylko jedną wadę: nie wolno go myć detergentami, jedynie gorącą wodą. Dlatego dość szybko robi się brzydki, tworzą się na nim zacieki i nieco ciemnieje. Z tego powodu nie sfotografuję mojego, tylko pokażę go Wam w pełnej krasie – tak wyglądał, zanim został użyty po raz pierwszy :-) Kliknijcie w link, w tym właśnie sklepie go kupiłam. Wybrałam ten model, bo jest wielki, a ja mam trzech synów :) – ale można też znaleźć znacznie mniejsze i w innym kształcie.


http://www.garneczki.pl/produkt/garnek-rzymski-do-pieczenia-i-kiszenia-vitos-keramia-gajusz-6-l,7873

Przed ewentualnym zakupem sprawdźcie wymiary i zmierzcie swój piekarnik!

Jeszcze jedna uwaga – po zakończeniu pieczenia garnek ten stawiamy na czymś ciepłym. Nie ciepłym w tym sensie, że podgrzanym, tylko w sensie: drewniana deska lub podstawka, kilkakrotnie złożona ścierka itd. Nie kamienny blat lub szklana płyta, nie metalowa obudowa zlewu itd. Glina nie lubi nagłych różnic temperatur, może popękać.

Polecam serdecznie i życzę smacznych, zdrowych potraw na Waszych stołach.

 

 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Zrób to sam

20 paź

Przeglądałam ostatnio książkę „Zamień chemię na jedzenie” – na jej wnikliwą lekturę ciągle brakuje mi czasu, ale nawet to, co zdążyłam przeczytać przy pobieżnym przerzucaniu kartek, dało mi do myślenia. Oczywiście każdy wie, że we wszystkim co jemy jest masa konserwantów, dodatków smakowych i zapachowych i innego dziadostwa. Ale że na przykład jogurt naturalny, który z lubością wcinam na śniadanie, wcale nie jest jogurtem? O tym nie wiedziałam. Podobnie jest z mięsem. Zawartość mięsa w mięsie jest śmiesznie niska, jakkolwiek idiotycznie to brzmi. Wystarczy poobserwować wędlinę, która postoi trochę w lodówce – już nie mówię o tym, że po dwóch dniach robi się obślizgła, ale chodzi mi o to, co z niej wycieka…

Postanowiłam więc, o ile to możliwe, radzić sobie sama z produkcją żywności. Warzywa i owoce mam po części z własnego ogrodu. Staram się piec chleb (dzięki przyjaciółce, która użyczyła mi zakwasu), robię sobie kefirek (dzięki innej koleżance, która podarowała mi grzybka tybetańskiego) – ale o tym napiszę innym razem. Dziś opowiem o mięchu. Istnieje bowiem niezwykle łatwy sposób na przygotowanie w domu czegoś, co doskonale zastępuje szynkę lub polędwicę. Jest to gotowany schab – delikatny, wcale nie suchy, wręcz doskonały. A co najważniejsze – nie wymaga żadnych umiejętności kulinarnych.

Kupujemy ok. 2 kg schabu bez kości, w jednym kawałku. Ponadto potrzebujemy:

2 litry wody, 3 ząbki czosnku, 1/3 szklanki soli, łyżeczkę mielonego pieprzu, listek laurowy, kilka ziarenek ziela angielskiego, garść suszonych śliwek lub moreli.

Wszystko to (jeszcze bez mięsa) należy wrzucić do dużego garnka, zagotować i ostudzić. W ten sposób powstanie zalewa.

Do przygotowania schabu najlepiej zabrać się wieczorem. Do zimnej zalewy włożyć surowy schab (nie kroimy go – w jednym kawałku) i zagotować. Od momentu zagotowania gotować 5 minut i wyłączyć. Zostawić na kuchence (pod przykryciem) do następnego dnia wieczorem i zrobić dokładnie to samo: doprowadzić do wrzenia, gotować przez 5 minut i zostawić pod przykryciem, tym razem do rana. I już. Wiem, wydaje się niemożliwe, aby to się nadawało do jedzenia – powinno być surowe. A jednak nie będzie, zaręczam.

Smacznego! A tak wygląda ów schabik:

100_8333

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Po prostu miodzio.

09 lip

Dziś będzie dwa w jednym – o roślinach i zwierzątkach zarazem, czyli o… miodzie.

Żeby obraz był pełny, muszę zacząć od przeszłości, czyli od mojej młodzieńczej owadofobii. Każdy, kto mnie znał w dzieciństwie i wczesnej młodości, potwierdzi ochoczo, że na widok biegających, fruwających i wszystko-jedno-co-robiących owadów wpadałam w panikę. Wcale nie ułatwiało mi to życia, na przykład podczas nocy spędzonych na podłogach tatrzańskich schronisk, podczas czołgania się przez Jaskinię Berkową, gdzie nad głową wisiały tłuściutkie pająki –  albo w namiocie, gdziekolwiek podczas wędrówki. Bez wędrowania nie wyobrażałam sobie życia, ale nie umiałam też nie wrzeszczeć na widok owada…
Efekty tego połączenia były często żałosne.

Potem nadszedł taki moment w moim życiu, kiedy zamieszkałam tu, pod dębami. Jak dęby, to ptaki. A jak ptaki, to muszą być owady, bo co by jadły te ptaki. A poza tym ogród. A jak ogród, to muszą być pszczoły… No i właśnie pszczoły pokochałam wielką miłością.

Ale żeby to wyjaśnić, znów muszę się trochę cofnąć w czasie. Mój najmłodszy synek ma obecnie pięć lat. Kiedy miał trzy, poszedł do przedszkola (jak większość polskich dzieci) i zaczął strasznie chorować (jak większość dzieci, które poszły do przedszkola). Tyle, że on nie zdrowiał. Wcale. Z jednej choroby przechodził z drugą, i w trzecią. Beczałam po nocach, biegałam do pani doktor (a panią doktor mamy mądrą, nie wali antybiotykiem od razu, tylko czeka, czy by się nie dało bez tego)…

I wiecie co? Pewnego dnia zdarzyło się coś niezwykłego. Teraz, kiedy o tym myślę, przypomina mi się takie wschodnie przysłowie, chyba chińskie: „Kiedy uczeń jest gotów, pojawia się mistrz”. Byłam już zdesperowana. Mój czteroletni wtedy synek miał jednocześnie zapalenie oskrzeli i krtani, do tego biegunkę i wymioty, tak więc nie mógł przyjmować doustnie antybiotyków. Kiedy pielęgniarka wkłuwała igłę w tę jego chudą pupkę, nawet nie podnosił główki. Ja płakałam zamiast niego.

Po południu zadzwoniła moja Mama. Powiedziałam jej wtedy, że szukam ratunku. Czegokolwiek. Może jakiś kit pszczeli, może jakieś szczepionki. Mama na to: „A propos kitu i pszczół, to słyszałaś o takim miodzie z Nowej Zelandii? Nazywa się miód Manuka…”

I tak zaczęła się nasza przygoda z miodem Manuka, spożywanym od tamtej pory codziennie na czczo, po łyżeczce. Nie będę tu opisywać efektów, bo nie jest to artykuł reklamowy. Kto potrzebuje, ten znajdzie. „Kiedy uczeń jest gotów, pojawia się mistrz” ;) Powiem tylko, że mój synek ma teraz nieco ponad pięć lat, a ostatni antybiotyk brał właśnie wtedy, rok temu, podczas tamtego zapalenia oskrzeli i krtani.

A pszczoły od tamtego czasu kocham bezwarunkowo. Żadna tam owadofobia. W moim ogrodzie zagościły rośliny miododajne. Zresztą spójrzcie, jakie piękne i pracowite są te pszczółki.

 

100_7699

100_7642  100_6829

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Mój ogród, Natura, Styl życia