RSS
 

Notki z tagiem ‘weganizm’

Blogowanie, brak czasu i kuchnia roślinna

30 gru

Moja przygoda z blogowaniem właśnie się kończy. Nie, nie dlatego, że mi się znudziło – to był naprawdę sympatycznie spędzony czas: obmyślanie nowych notek, robienie zdjęć, które będę mogła wykorzystać, no i to, co lubię najbardziej – samo pisanie.

Jednak już od kilku miesięcy brak czasu doskwierał mi tak bardzo, że kolejne wpisy pojawiały się nie tyle rzadko, co sporadycznie. Myślałam o tym, że nie lubię nic robić „na pół gwizdka”, więc może powinnam odpuścić. Ale pewnie nie podjęłabym takiej decyzji i blog umierałby sobie powolutku śmiercią naturalną, gdyby nie komunikat, że platforma blog.pl zostanie zamknięta pod koniec stycznia 2018 roku.

Jeśli nie mam czasu na prowadzenie bloga, tym bardziej nie mam go na zakładanie nowego i przenoszenie treści. Trudno. Wirtualnie będę się z Wami nadal spotykała na Facebooku oraz Instagramie, a w realu – na spotkaniach autorskich i targach książki. Sprawdzone przepisy, które tu zamieszczałam, skopiujcie sobie albo wydrukujcie. Szczególnie popularne były receptury nalewek. ;)

A skoro o przepisach mowa – dostaję ostatnio sporo pytań dotyczących mojej transformacji z mięsożercy w wegankę. Jak to się stało? Bo początkowo były przepisy na parzony schabik, gołąbki w cukinii czy domowy kefirek – a teraz wyłącznie rośliny…

Odpowiedź jest bardzo prosta: poszłam po rozum do głowy. Od zawsze interesowałam się zdrowym odżywianiem; zastanawiało mnie, dlaczego ludzie tyją i chorują (zresztą kto zna na przykład serię „Wszystkie smaki życia”, ten wie, że sporo tam takiej tematyki). W poszukiwaniu najlepszego sposobu odżywiania czytałam mnóstwo książek, gromadziłam artykuły, tabelki i wykresy, rozmawiałam z lekarzami i dietetykami. Najbardziej irytujące było (i nadal jest) to, że nie ma jednej prawdy – każdy specjalista ma swoją. Jeden mówi: jedzcie tylko mięso i warzywa, żadnych zbóż. Drugi twierdzi, że najzdrowszy jest nabiał. Trzeci – że owoce. Najbardziej jednak irytują mnie ci, którzy każą przeliczać wszystko według tabelek. Tyle a tyle białka, tyle węglowodanów, a tyle błonnika. Do licha, myślałam sobie, jak sobie radzą zwierzęta, które nie umieją czytać? Taka krowa na przykład, przecież ona na sto procent ma za mało białka w diecie! Sama trawa? Kto to widział?! Jakim cudem ma takie wielkie cielsko i jeszcze daje mleko?

Na moje poglądy największy wpływ miały dwie książki. Pierwsza z nich to „Plan” Lyn-Genet Recitas – uświadamiający, że nie ma czegoś takiego, jak zdrowe jedzenie. To, że jedna osoba dobrze się czuje i rozkwita jedząc jabłka czy marchewkę, nie oznacza, że one są korzystne dla wszystkich. Te same produkty, powszechnie przecież uważane za zdrowe, mogą być bardzo szkodliwe dla kogoś innego. I wcale nie objawia się to wysypką czy swędzeniem, lecz gorszym samopoczuciem, niewyspaniem, niemożnością schudnięcia itd. „Plan” w bardzo przystępny sposób wyjaśnia, co to takiego nietolerancje pokarmowe i jak je rozpoznać.

Druga książka, która jest ze mną przez cały czas, to „Zdrowie bez recepty, czyli skrobia, która leczy” Johna A. McDougalla. Lektura tej pozycji zbiegła się w czasie z poważnymi problemami zdrowotnymi w mojej rodzinie. Nawiązałam kontakt z doktorem McDougallem, zadałam kilka pytań – i uwierzyłam w to, co mówi i pisze. Doktor twierdzi, że dieta oparta na skrobi, wzbogacona o warzywa i owoce, a całkowicie pozbawiona produktów zwierzęcych, może być dla nas ratunkiem. Inna sprawa, że jest również jedynym ratunkiem dla świata i nieszczęsnych zwierząt hodowlanych. Ale – i tu odpowiadam na jedno z często powtarzających się pytań – przyznaję, że przy przejściu na weganizm kierowałam się względami zdrowotnymi. Zagadnienia etyczne zainteresowały mnie znacznie później.

Tym, którzy nie wiedzą, o jakich to zagadnieniach etycznych mowa, polecam obejrzenie jednego z filmów, które krążą w sieci, choćby wykładu znanego działacza na rzecz zwierząt, Gary’ego Yourofsky’ego (na YouTube można go znaleźć pod tytułem „Inspirujący wykład, który może zmienić twoje życie”). O tym, dlaczego weganizm jest ratunkiem dla świata, również dla lasów, stanu atmosfery, wody i gleby, pisze też doktor McDougall. Zapamiętajcie – „Zdrowie bez recepty”.

Ten wpis nie powstał po to, by kogokolwiek do czegokolwiek nakłaniać. Ludzie, którzy nie chcą choćby spróbować kuchni roślinnej, i tak tego nie zrobią, choćby wszyscy weganie świata próbowali ich przekonać. Jeśli jednak chcesz, tylko obawiasz się, że to za trudne, za drogie, za dużo z tym zachodu – odrzuć te obawy i po prostu spróbuj! Nie musisz stawać się roślinożercą ortodoksyjnym, może zacznij od wegańskich piątków, wprowadzaj wegańskie potrawy stopniowo. Roślinne gotowanie nigdy nie było tak łatwe. Internet jest pełen świetnych blogów wegańskich – ja najczęściej korzystam z Jadłonomii i bloga cudownego erVegana, ale w zakładce „Ulubione” mam też dziesiątki innych, równie fantastycznych stron. Sklepy internetowe dostarczą Ci pod nos wszystkie produkty, o jakich zamarzysz. Ja nie wyobrażam sobie wegańskiej kuchni bez płatków drożdżowych, sosu sojowego tamari, kaszy jaglanej i mąki gryczanej, a także dziesiątków innych produktów, o których jeszcze nie dawno nawet nie słyszałam. Ale oczywiście kupowałam to wszystko stopniowo, tak jak stopniowo rozbudowywałam mój kuchenny repertuar.

O jednym mogę Was zapewnić – roślinne gotowanie to fantastyczna przygoda, a fakt, że za jednym zamachem robimy coś dla siebie i nie przyczyniamy się do zwiększenia sumy nieszczęść na tym świecie – naprawdę poprawia humor! 

Jeśli uda mi się zachęcić choć jedną osobę, by pobawiła się w roślinnego kucharza – uznam, że ten blog spełnił niezwykle szlachetne zadanie.

Miło było spotykać się z Wami w tym miejscu. Nie żegnamy się – po prostu do zobaczenia gdzie indziej:-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Styl życia

 

Zakochaj się w gryce!

12 sie

Jak Wam mija lato? Mnie dość pracowicie, bo skoro „Ławeczka pod bzem” już w księgarniach, to muszę przecież napisać jej kontynuację. :)

Znalazłam jednak czas, aby wyrwać się na parę dni w ukochane Tatry (fotorelację możecie obejrzeć na Facebooku), a na co dzień robię sobie przerwy od pisania – w kuchni. Wypróbowuję nowe przepisy, eksperymentuję, bawię się wegańskimi deserami i usiłuję nie zauważać, że tak jakby robi mi się coraz ciaśniej w ulubionych dżinsach. Efekty moich kuchennych wygibasów od niedawna można oglądać na Instagramie – gdzie figuruję jako agnieszka.olejnik.books, ponieważ rozmaitych innych Agnieszek Olejnik było tam już mnóstwo. ;)

Jakiś czas temu pokazałam Wam bezglutenowy chleb bez mąki, którego bazą była namaczana kasza gryczana. Był to chleb pełen ziaren, a więc dość tłusty i ciężki. Dziś zajmiemy się wersją lżejszą, bo składająca się głównie z mąki gryczanej. Chleb ten wymaga znacznie mniej czasu i zachodu, a jego wielką zaletą jest to, co lubię najbardziej – możliwość modyfikowania przepisu według własnej fantazji. Wadą – jeśli to w ogóle wada – może być zapach drożdży, bo nie wszyscy go lubią. Mnie nie przeszkadza.

DSC_0351  DSC_0352

O zaletach białej gryki nie trzeba chyba nikogo przekonywać (bo mąka gryczana jest oczywiście z gryki białej, niepalonej). Już 100 g kaszy gryczanej dostarcza człowiekowi wystarczającą ilość aminokwasów egzogennych (czyli takich, których organizm ludzki nie jest w stanie syntetyzować), ponadto gryka zawiera niewiele tłuszczu, sporo skrobi i błonnika, witaminy z grupy B, magnez, żelazo, cynk i jeszcze kilka innych nieocenionych składników.

Niedawno odkryłam niezwykłą właściwość kaszy gryczanej, której poświecę osobny wpis – będzie w nim mowa o naleśnikach WYŁĄCZNIE z kaszy gryczanej oraz o jeszcze jednym chlebie gryczanym, który lubię najbardziej – ale dziś wracam do przepisu na chleb gryczany na drożdżach.

Najpierw przygotowujemy drożdże: 30 gramów rozkruszamy w kubeczku, dodajemy odrobinę słodzidła (u mnie kapka syropu z agawy albo daktylowego, ale może być też miód lub odrobina cukru), zalewamy letnią wodą, mieszamy i odstawiamy, aż się zapieni.

Tymczasem bierzemy 1/2 kg mąki gryczanej (ja kupuję ją w sklepie internetowym, ale jeśli mi zabraknie, umieszczam po prostu w blenderze wysokoobrotowym 500 g kaszy i mielę na mąkę. Można to zrobić również w młynku do kawy, tyle że małymi porcjami, więc sporo z tym zabawy). Dosypujemy 1 łyżkę skrobi z tapioki albo ziemniaczanej i 2 płaskie łyżeczki soli. To są składniki podstawowe. Teraz zaczyna się zabawa, czyli dodawanie tego, na co mamy ochotę. U mnie przeważnie jest to następujący zestaw: 2 łyżki siemienia lnianego i 1 łyżka ostropestu, zmielone razem w młynku do kawy, ponadto po 1 łyżce czarnuszki, kminku, czosnku niedźwiedziego, słonecznika i dyni. Można stworzyć swój ulubiony zestaw albo upiec w ogóle bez tych dodatków.

Mieszamy suche składniki w misce, dodajemy spienione drożdże i jeszcze 2 szklanki wody (w sumie wody ma być ok. 750 ml, ale szczerze mówiąc nigdy nie mierzę jej dokładnie). Ciasto mieszamy porządnie łyżką (nie trzeba wyrabiać ręcznie) i odstawiamy przykryte ściereczką, niech porządnie wyrośnie. Następnie przekładamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia (u mnie ok. 27 cm długości, w dłuższej wychodzi niski bochenek) i znów przykrywamy ścierką, żeby podrosło. W tym czasie możemy już rozgrzać piekarnik do 200 stopni.

Wyrośnięte ciasto wsuwamy do piekarnika i pieczemy 50 minut (góra/dół). Mniej więcej w połowie pieczenia można zmniejszyć temperaturę do 180 stopni, chyba że lubimy bardzo spieczoną skórkę. Ja zawsze przy okazji pryskam wodą wierzch chleba, żeby był gładki, ale nie jest to konieczne.

Po upieczeniu wystawiamy, trzymając za rogi papieru ostrożnie wyciągamy z foremki i zostawiamy do ostygnięcia na kratce lub deseczce. Ja zwykle ćwiartkę bochenka kroję w kromki i mrożę, żeby zawsze mieć zapas.

DSC_0737  DSC_0735

Taki chleb można podawać z dowolnymi dodatkami, ponieważ jest neutralny w smaku, pasuje i do powideł, i do warzyw. U nas jada się go z wegańskimi smarowidłami, spośród których najbardziej lubimy najprostsze: awokado z drobno startym ogórkiem kiszonym i zmiażdżonym ząbkiem czosnku. Drugi hit to awokado zblendowane z ugotowaną do miękkości fasolką mungo (z czosnkiem, odrobiną kminku lub kuminu, łyżką soku z cytryny, sosu sojowego i płatków drożdżowych – ale kwestia przypraw to jak zwykle pole do eksperymentowania).

DSC_0354 DSC_1743

Smacznego i do następnego razu! Mam nadzieję, że przy okazji prezentowania kolejnego przepisu będę już mogła pochwalić się okładką do I tomu „Mansardy pod aniołami”, który ukaże się w pierwszej połowie października.