RSS
 

Notki z tagiem ‘weganizm’

Zakochaj się w gryce!

12 sie

Jak Wam mija lato? Mnie dość pracowicie, bo skoro „Ławeczka pod bzem” już w księgarniach, to muszę przecież napisać jej kontynuację. :)

Znalazłam jednak czas, aby wyrwać się na parę dni w ukochane Tatry (fotorelację możecie obejrzeć na Facebooku), a na co dzień robię sobie przerwy od pisania – w kuchni. Wypróbowuję nowe przepisy, eksperymentuję, bawię się wegańskimi deserami i usiłuję nie zauważać, że tak jakby robi mi się coraz ciaśniej w ulubionych dżinsach. Efekty moich kuchennych wygibasów od niedawna można oglądać na Instagramie – gdzie figuruję jako agnieszka.olejnik.books, ponieważ rozmaitych innych Agnieszek Olejnik było tam już mnóstwo. ;)

Jakiś czas temu pokazałam Wam bezglutenowy chleb bez mąki, którego bazą była namaczana kasza gryczana. Był to chleb pełen ziaren, a więc dość tłusty i ciężki. Dziś zajmiemy się wersją lżejszą, bo składająca się głównie z mąki gryczanej. Chleb ten wymaga znacznie mniej czasu i zachodu, a jego wielką zaletą jest to, co lubię najbardziej – możliwość modyfikowania przepisu według własnej fantazji. Wadą – jeśli to w ogóle wada – może być zapach drożdży, bo nie wszyscy go lubią. Mnie nie przeszkadza.

DSC_0351  DSC_0352

O zaletach białej gryki nie trzeba chyba nikogo przekonywać (bo mąka gryczana jest oczywiście z gryki białej, niepalonej). Już 100 g kaszy gryczanej dostarcza człowiekowi wystarczającą ilość aminokwasów egzogennych (czyli takich, których organizm ludzki nie jest w stanie syntetyzować), ponadto gryka zawiera niewiele tłuszczu, sporo skrobi i błonnika, witaminy z grupy B, magnez, żelazo, cynk i jeszcze kilka innych nieocenionych składników.

Niedawno odkryłam niezwykłą właściwość kaszy gryczanej, której poświecę osobny wpis – będzie w nim mowa o naleśnikach WYŁĄCZNIE z kaszy gryczanej oraz o jeszcze jednym chlebie gryczanym, który lubię najbardziej – ale dziś wracam do przepisu na chleb gryczany na drożdżach.

Najpierw przygotowujemy drożdże: 30 gramów rozkruszamy w kubeczku, dodajemy odrobinę słodzidła (u mnie kapka syropu z agawy albo daktylowego, ale może być też miód lub odrobina cukru), zalewamy letnią wodą, mieszamy i odstawiamy, aż się zapieni.

Tymczasem bierzemy 1/2 kg mąki gryczanej (ja kupuję ją w sklepie internetowym, ale jeśli mi zabraknie, umieszczam po prostu w blenderze wysokoobrotowym 500 g kaszy i mielę na mąkę. Można to zrobić również w młynku do kawy, tyle że małymi porcjami, więc sporo z tym zabawy). Dosypujemy 1 łyżkę skrobi z tapioki albo ziemniaczanej i 2 płaskie łyżeczki soli. To są składniki podstawowe. Teraz zaczyna się zabawa, czyli dodawanie tego, na co mamy ochotę. U mnie przeważnie jest to następujący zestaw: 2 łyżki siemienia lnianego i 1 łyżka ostropestu, zmielone razem w młynku do kawy, ponadto po 1 łyżce czarnuszki, kminku, czosnku niedźwiedziego, słonecznika i dyni. Można stworzyć swój ulubiony zestaw albo upiec w ogóle bez tych dodatków.

Mieszamy suche składniki w misce, dodajemy spienione drożdże i jeszcze 2 szklanki wody (w sumie wody ma być ok. 750 ml, ale szczerze mówiąc nigdy nie mierzę jej dokładnie). Ciasto mieszamy porządnie łyżką (nie trzeba wyrabiać ręcznie) i odstawiamy przykryte ściereczką, niech porządnie wyrośnie. Następnie przekładamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia (u mnie ok. 27 cm długości, w dłuższej wychodzi niski bochenek) i znów przykrywamy ścierką, żeby podrosło. W tym czasie możemy już rozgrzać piekarnik do 200 stopni.

Wyrośnięte ciasto wsuwamy do piekarnika i pieczemy 50 minut (góra/dół). Mniej więcej w połowie pieczenia można zmniejszyć temperaturę do 180 stopni, chyba że lubimy bardzo spieczoną skórkę. Ja zawsze przy okazji pryskam wodą wierzch chleba, żeby był gładki, ale nie jest to konieczne.

Po upieczeniu wystawiamy, trzymając za rogi papieru ostrożnie wyciągamy z foremki i zostawiamy do ostygnięcia na kratce lub deseczce. Ja zwykle ćwiartkę bochenka kroję w kromki i mrożę, żeby zawsze mieć zapas.

DSC_0737  DSC_0735

Taki chleb można podawać z dowolnymi dodatkami, ponieważ jest neutralny w smaku, pasuje i do powideł, i do warzyw. U nas jada się go z wegańskimi smarowidłami, spośród których najbardziej lubimy najprostsze: awokado z drobno startym ogórkiem kiszonym i zmiażdżonym ząbkiem czosnku. Drugi hit to awokado zblendowane z ugotowaną do miękkości fasolką mungo (z czosnkiem, odrobiną kminku lub kuminu, łyżką soku z cytryny, sosu sojowego i płatków drożdżowych – ale kwestia przypraw to jak zwykle pole do eksperymentowania).

DSC_0354 DSC_1743

Smacznego i do następnego razu! Mam nadzieję, że przy okazji prezentowania kolejnego przepisu będę już mogła pochwalić się okładką do I tomu „Mansardy pod aniołami”, który ukaże się w pierwszej połowie października.