RSS
 

Notki z tagiem ‘premiera’

Macie apetyt na „Apetyt…”?

03 lut

Pokazywałam już na Facebooku, pokażę też tutaj: oto okładka „Apetytu na więcej”, trzeciej i ostatniej części serii „Wszystkie smaki życia”. Premiera – 29 marca, a ja obiecuję, że dowiecie się, co będzie dalej z Ewą, Andrzejem i Jimem, jak potoczą się losy Klaudii, czy Tatiana potrafi cieszyć się macierzyństwem, jak postąpi Żaneta oraz co słychać u Barbary.

Oto opis ze strony Wydawcy – poznańskiej Czwartej Strony:

Życie nie zawsze układa się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, a szczęście kryje się w najmniej spodziewanych miejscach. Jak rozpoznać drogę, która do niego prowadzi?

Ewa czuje, że oszukuje siebie i swojego partnera, trwając w pozornie tylko idealnym związku. Kobieta uświadamia sobie, że jedynym mężczyzną, którego naprawdę kocha, jest Andrzej. Jednak na przeszkodzie ich miłości staje ciąg nieporozumień i niedomówień. Tymczasem Klaudia, borykająca się z problemem samoakceptacji, wyrusza na poszukiwania samej siebie i znajduje szczęście w najmniej spodziewanym miejscu.

W trzeciej części bestsellerowego cyklu Agnieszki Olejnik bohaterowie muszą zadać sobie pytanie, kim są i czego pragną, oraz zawalczyć o własne szczęście. Bo życie ma różne smaki, a sztuką jest znaleźć ten, który pokocha się najbardziej.

Ole_Apetyt_300

A dla tych, którzy już mają apetyt na tę wiosenną lekturę – fragmencik ;)

„…Na komodzie w holu rozdzwoniła się komórka, a na wyświetlaczu pojawiło się jego imię. Ewa nie odebrała. Jeszcze nie uporała się z własnymi uczuciami po ich ostatniej rozmowie – tej, po której w jej duszy został jakiś gorzki osad.

Zaczęło się od tego, że Andrzej odwiedził ją w wieczór wigilijny i powiedział, że to nie on jest ojcem dziecka swojej żony. To wprawdzie nie zmieniało faktu, że nie dochował Ewie wierności, ale dawało im obojgu jakieś szanse, by mogli ponownie pomyśleć o wspólnej przyszłości. Dlatego zgodziła się, gdy kilka dni później zadzwonił i poprosił o spotkanie. Jim akurat wyjechał z siostrą do Zakopanego. Ewa pomyślała, że będzie czuła się swobodniej, wiedząc, że Walijczyk nie może w każdej chwili wpaść z wizytą. Babcia z Klaudią wybierały się na wielkie zakupy, ponieważ w większości sklepów trwały szalone wyprzedaże – Ewa zaprosiła więc Andrzeja do siebie.

Sama nie wiedziała, na co liczy – może na spokojną rozmowę, czułe wyznania, może kilka buziaków na przeprosiny. Tymczasem to, co otrzymała, było niczym sesja u psychoterapeuty połączona z atakami zazdrosnego, oszalałego z rozpaczy człowieka.

Andrzej był w kompletnej rozsypce. Najpierw użalał się nad sobą, potem krzyczał. Że jest do niczego, wszystkich rozczarowuje, zawodzi, nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Że zdradzali go wszyscy: najpierw ojciec, potem żona, a teraz ona, Ewa, na którą liczył, której ufał, która była dla niego niemal święta.

-       Nigdy nie udawałam świętej – odpowiedziała wtedy Ewa, na pozór spokojnie, choć w gruncie rzeczy aż się trzęsła ze zdenerwowania. – Nie jestem ani lepsza, ani gorsza od innych znanych ci kobiet.

-       Przed tobą tak naprawdę znałem tylko dwie kobiety – wycedził Andrzej. – Jedna z nich to moja żona i naprawdę wierzyłem, chcę wierzyć nadal, że jesteś od niej lepsza.

Ewa z trudem powstrzymywała łzy.

-       Drugą z tych kobiet była moja matka – ciągnął Andrzej, który też cały drżał z nerwów. – Mimo że ojciec ją zdradzał, ona czekała na niego w domu i zawsze przyjmowała go z powrotem, kiedy wracał skruszony.

-       Więc tego ode mnie oczekujesz?! – zawołała Ewa, w której aż się zagotowało. – Miałabym czekać, aż wiarołomny ukochany znudzi się nową zabawką?

-       Ale o czym my mówimy?! Nie miałem żadnej nowej zabawki! Popełniłem błąd, rozumiesz?

-       Jeśli porównujesz mnie do swojej matki, to bądź też świadom, co z tego porównania wynika! Gdybym była taka jak ona, to wcale by cię nie było w moim życiu! Czekałabym teraz na Mirka, aż wróci do mnie wprost z objęć swojej Tatiany! Więc zastanów się, może to jednak dobrze, że nie przypominam twojej mamy, Andrzej.

Nie odpowiedział wtedy, zamilkł na długo, a ponieważ Ewa także nie miała już nic do powiedzenia, siedzieli w ciężkiej, nieprzyjemnej ciszy, która oddalała ich od siebie równie skutecznie jak najgorsze obelgi. Wreszcie Ewa zdecydowała się przerwać tę okropną sytuację i poprosiła go, żeby już poszedł.

-       Co się z nami stało, Ewuś? – zapytał Andrzej cicho, kiedy zapinał kurtkę, a ona stała w holu, ze wzrokiem wlepionym w podłogę.

Wzruszyła bezradnie ramionami. Zdradziłeś mnie, to się właśnie stało – chciała powiedzieć, ale nie miała siły na kolejną wymianę ciosów.

-       Kocham cię tak, że wszystko mnie z tej miłości boli – wyszeptał jeszcze. – Ale szaleję z zazdrości i zachowuję się jak ostatni idiota, kiedy tylko pomyślę, że spotykasz się z kimś innym, że on mi ciebie odebrał.

-       Nikt mnie nikomu nie odbierał – zaprotestowała słabo.

-       Wiem, wiem, nie kłóćmy się już. Ja sobie zasłużyłem, naprawdę to rozumiem.

-       Idź już, Andrzej. Pozwól mi ochłonąć.

-       Przepraszam.

Nie odpowiedziała, więc wyszedł. Nie widzieli się od tamtej pory. Andrzej dzwonił potem trzykrotnie – dziś właśnie był ten trzeci raz, lecz Ewa nie odbierała. Jeszcze nie. Wciąż się bała, że usłyszy kolejną porcję zarzutów i pretensji zaborczego mężczyzny. A to była ostatnia rzecz, na jaką miałaby teraz ochotę”.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Literatura

 

Dziś premiera „Miłości z nutą imbiru”!

12 paź

Premiera dobra rzecz. Zawsze można uznać, że to coś w  rodzaju urodzin – i wykorzystać tę okazję jako pretekst do zjedzenia czegoś pysznego.

A ponieważ na październikowe ciemne poranki  i popołudnia, nie mówiąc już o długich wieczorach – najlepsza jest kawa, przeto dziś będzie deser kokosowo-kawowy. Łatwy, bez pieczenia.

Pomysł zaczerpnęłam ze strony „Moje ciasto.pl”, ale zmieniłam co nieco.

Zaczynamy: najpierw szykujemy żelatynę, żeby zdążyła przestygnąć. 20 gramów żelatyny mieszamy w garnuszku z 10 łyżkami zimnej wody, żeby napęczniała. Potem podgrzewamy, ale tylko do rozpuszczenia, nie gotujemy. Mieszamy podczas stygnięcia – ona nie ma stężeć, tylko być chłodna.

Tymczasem bierzemy opakowanie ciastek Oreo (zdaje się, że tam jest 175 g) i rozgniatamy je wałkiem lub ciachamy w malakserze na „kaszkę”. Następnie mieszamy z roztopioną margaryną Kasią (ok. 50 g) i odrobiną przestudzonego mocnego wywaru z kawy – ja rozpuściłam łyżeczkę kawy rozpuszczalnej w 1/8 szklanki wody. Niestety, choć nie lubię margaryn, nie można tu użyć masła, bo potem w lodówce spód zrobiłby się zbyt twardy. Wykładamy tą masą wyłożony pergaminem spód małej tortownicy (u mnie miała 22 cm i okazała się za duża, lepsza byłaby 18 cm, wówczas deserek byłby wyższy i lepiej by wyglądał). Wkładamy do lodówki i bierzemy się za warstwę kokosową.

Wracamy do przestudzonej żelatyny: dodajemy do niej 300 ml mleka kokosowego oraz 500 ml śmietany kremówki ubitej na sztywno z cukrem pudrem. Cukru wzięłam 100 gramów, ale moi chłopcy twierdzili, że jak dla nich, deserek jest odrobinę zbyt wytrawny, można więc dać więcej, np. 110-120 gramów.

Po wymieszaniu rozdzielamy masę śmietankową na dwie części. Do jednej wsypujemy małe opakowanie wiórków kokosowych (70 g), delikatnie mieszamy,wykładamy to na ciemny spód i jazda do lodówki, aż trochę stężeje. Tymczasem parzymy kawę – ok. dwóch czubatych łyżeczek – w niewielkiej ilości wody, studzimy i ostrożnie dodajemy do drugiej części masy (trzeba dość energicznie mieszać, żeby nam się nie rozwarstwiło). Powstanie beżowa kołderka o smaku kawowym – cudo! Wykładamy to na białą masę i wszystko razem ponownie ląduje w lodówce na kilka godzin.

Zdjęcie niestety byle jakie, robione w pośpiechu, bo ręce mi się trzęsły, żeby już zjeść… ;)

DSC_0220

Najsmaczniejsze jest, a jakże, do kawy i do dobrej książki ;). Polecam – pytajcie o „Miłość z nutą imbiru” w księgarniach! Obiecuję Wam emocje i wzruszenia przy lekturze, trochę słodyczy, trochę goryczy – jak to w życiu.

miłość

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Coś pysznego

 

Fragment „Nieobecnej”

03 cze

Zastrzeliła mnie jedna z czytelniczek, pisząc, że nie wolno tak kończyć książek – no bo skąd ona ma wiedzieć, co będzie dalej z Ewą i Klaudią ze „Szczęścia na wagę”. Tym, którzy mają podobne odczucia, przypominam, że „Szczęście…” to pierwszy tom trylogii. Dalsze losy poznacie jesienią, czytając „Miłość z nutą imbiru”, a ostatecznie wszystkie nitki rozplączą się na początku 2017 roku w tomie trzecim – „Pełnymi garściami”, który właśnie skończyłam (hurra!!!).

Tymczasem zaś – dokładnie za 75 dni – „Nieobecna”. Jest to zupełnie odmienna opowieść, inna pod względem klimatu, tematyki - w ogóle wszystkiego. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Redaktor Magda z wydawnictwa Czwarta Strona napisała mi, że według niej to najlepsza z moich powieści. Ciekawa jestem, czy zgodzicie się z tą opinią.

Na zaostrzenie apetytu dziś zaserwuję Wam początek. Kolejnych fragmentów wypatrujcie co jakiś czas.

Zaczęło się, jak to często bywa, od nic nieznaczącej błahostki, którą łatwo byłoby zignorować. Mianowicie od natrętnego bulgotania komórki. Swoją drogą kto, do ciężkiej cholery, ustawił taki dziwaczny dźwięk zamiast normalnego dzwonka?

Kto mógł ustawić, jak nie ja. Przecież nie miałam nikogo, kto grzebałby mi w ustawieniach telefonu.

Ubrałam się i wysuszyłam włosy. Poranny prysznic zawsze stawiał mnie na nogi, zwłaszcza jeśli wystarczyło mi silnej woli, aby na koniec opłukać się chłodną wodą. Najczęściej nie wystarczało. Nie mówiąc już o tym, że w tamtym okresie na ogół brakowało mi silnej woli na to, żeby chociaż w najmniejszym stopniu o siebie zadbać. Ale wtedy akurat miałam dobry dzień – chciało mi się wymodelować włosy i wyrównać brwi. To już było coś.

 Zanim odczytałam wiadomość (bo po nieodebranym połączeniu przyszedł także równie „bulgoczący” esemes), zrobiłam jeszcze mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Tak miałam potem pomyśleć: że niepotrzebnych. Jak bardzo błędne było to przekonanie, miało się dopiero okazać. Na razie nie posiadałam tej wiedzy.

Wykorzystałam fakt, że miałam tego dnia ochotę na jakąkolwiek aktywność – wypucowałam lustro, przetarłam okna, wypolerowałam klamki, wytarłam na mokro, a następnie na sucho wszelkie gładkie powierzchnie i poodkurzałam, zaciekle trąc ssawką po włochatym dywanie, który kupiłam, gdy jeszcze myślałam, że będę się na nim kochać z Markiem. Dywan sam w sobie nic mi nie zawinił, ale jego kudły okazały się doskonałym siedliskiem dla paprochów wszelkiej maści. Nienawidziłam tego, jak każdego nieporządku; potrzebowałam sterylnego ładu. Panowałam nad wszystkim w moim idealnym mieszkaniu – z wyjątkiem tego niepokornego, kosmatego dywanu.

Miał kolor gorzkiej czekolady. Głupio się przyznać, ale dobrałam go do Markowych tęczówek.

 O nieodczytanej wiadomości przypomniałam sobie dopiero, gdy usiadłam na moment z filiżanką kawy. Tylko na chwileczkę, aby nie zacząć myśleć, rozpamiętywać, nie wpaść znowu w czarną dziurę depresji, w której jedynym, co potrafiłam i na co miałam siłę, było bezmyślne gapienie się w ścianę.

Najpierw musiałam znaleźć dżinsy, w których chodziłam poprzedniego dnia (oczywiście, telefon został w kieszeni). Otworzyłam klapkę. To od Julki. Jak zwykle w takich razach, poczułam leciutkie ukłucie rozczarowania, że nie od Marka. Marek nie dzwonił, nie esemesował, nie dawał znaku życia. Na moje własne życzenie. Ale przecież moim drugim życzeniem było, żeby przyszedł któregoś dnia i powiedział: „Nic mnie nie obchodzi, co było i co będzie, liczy się dzisiejszy dzień – i chcę go spędzić z tobą”. W tym momencie powinien wziąć mnie mocno w ramiona. Kiczowate i banalne, ale dokładnie takie były moje pragnienia, nic oryginalnego.

Ewentualnie mógłby powiedzieć coś bardziej stanowczego, na przykład: „Wybieram ciebie, odchodzę od żony”. Albo jakoś romantycznie, na pozór wyznanie słabości, ale w gruncie rzeczy twardo i po męsku: „Bez ciebie nie daję rady. Nie umiem”. Odgrywałam sobie te sceny w wyobraźni setki razy, niemal za każdym razem kończąc je jakimiś łzawymi oświadczynami. Zupełnie bez sensu, bo przecież już wiedziałam, że on od żony nie odejdzie.

Tak czy inaczej, to oczywiście nie był esemes od Marka, lecz od Julki. Od mojej siostry.

Przypominam: „Nieobecna” pojawi się w księgarniach 17 sierpnia. Wypatrujcie tej niepokojącej, hipnotyzującej okładki…

Nieobecna_okładka

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii, Literatura

 

Za tydzień premiera!

20 kwi

Dokładnie za tydzień, 27 kwietnia – premiera mojej najnowszej książki „Szczęście na wagę”. Z tej okazji – fragment i konkurs.

Najpierw fragment:

„…jednym z jej marzeń był pies. Malutki piesek. No, tylko na początku malutki. Chciała mieć dużego psa, docelowo dużego. Sama była niewysoka i właściwie nawet z jamnikiem na końcu smyczy czułaby się dobrze, ale gdy pomyślała, że Klaudia miałaby wziąć na spacer taką kruszynkę… Wyglądałoby to zaiste groteskowo.

Wracając do psa, a odsuwając myśl o rozmiarach Klaudii – Ewa marzyła o nim od zawsze. W jej domu rodzinnym psy po prostu były naturalnym elementem życia, równie oczywistym jak kalendarz, zegar z kukułką w dużym pokoju czy miękkie, wygodne kapcie. Kiedy Ewa przeniosła się do akademika, właśnie psia morda była tym, za czym tęskniła najbardziej. Przez całe studia wyobrażała sobie, jak będzie wyglądało jej dorosłe, samodzielne życie – zamieszka w pięknym domu z ogrodem, będzie miała przystojnego, inteligentnego i zabawnego męża oraz pięknego psa; i mimo tego ogródka oboje z mężem będą chodzili na długie spacery po lesie, bo pies się w ogródku nudzi, a jak się nudzi, to kopie dołki i niszczy rośliny. Rośliny też będzie miała piękne, kolorowe, kwitnące, nie tak jak na wsi u rodziców, gdzie ogród oznaczał niemal wyłącznie warzywa i owoce, do tego może ze dwie kępki floksów i malwy pod oknem.

Kiedy poznała Mirka, sceneria w tych marzeniach uległa pewnej transformacji – las przeistoczył się w park, bo Mirek zdecydowanie nie pasował do lasu. Okazał się nieco zbyt wymuskany i „cywilizowany”, niezupełnie przystający do wcześniejszych fantazji Ewy na ten temat, ale postanowiła się nie czepiać, bo z drugiej strony był niezwykle przystojny i imponował jej jakąś taką powagą, dorosłością.

Z biegiem czasu spraw, których Ewa „postanawiała się nie czepiać”, pojawiło się coraz więcej – rezygnowała z kolejnych marzeń, takich jak właśnie pies albo na przykład kwiaty w ogródku (Mirek lubił tylko ogrody nowoczesne, z iglakami ciętymi w kulkę, smukłymi kępami traw i białym żwirem zamiast trawnika – twierdził, że tradycyjny ogród wiejski, taki z kwitnącymi chaszczami, jest bałaganiarski i podśmierduje obornikiem).

Wracając do tu i teraz – co jeszcze? Aha, zapisze się na kurs angielskiego. Zawsze chciała wiedzieć, o czym śpiewają jej ulubieni piosenkarze, w młodości marzył jej się wyjazd do Szkocji i Irlandii, zwiedzanie starych zamków, lekcje tańca celtyckiego i dobre piwo w pubie. Teraz wystarczyłyby jej te piosenki, może jakiś dobry film bez lektora, nie mówiąc już o tym, jak cudownie byłoby móc przeczytać książkę w oryginale. Już nawet znalazła szkołę językową, zajęcia w grupie dorosłych są w środy wieczorem i w soboty rano. Idealnie.

I będzie lepszą matką. Konsekwentną, ale czułą (o ile Klaudia jej na to pozwoli, oczywiście). Mądrą. Zrobi coś – nie miała jeszcze pojęcia, co by to miało być – żeby córka schudła; przecież to okropne, żeby nastolatka ważyła prawie setkę. W ogóle zamierzała postępować z nią jakoś inaczej niż dotychczas, lepiej. Tylko niezupełnie wiedziała, na czym to ma polegać.

Jako prezent pod choinkę kupiła sobie ładny, gruby zeszyt z okładką w żaby i eleganckie pióro Parkera. Właściwie miał to być notatnik na zajęcia z angielskiego, ale jakoś ją dzisiaj podkusiło, żeby wypróbować pióro – i zrobił jej się z tego zeszytu rodzaj pamiętnika. Pisanie zadziałało jak kozetka psychoterapeuty. Z Ewy zaczęły się wylewać niespełnione zamierzenia i plany. Cóż, może tego właśnie potrzebowała”.

A teraz konkurs – ostatni z zaplanowanych na ten miesiąc. Otóż Waszym zadaniem jest odgadnąć, w jakim polskim mieście rozgrywa się akcja tej powieści. Wszyscy mają równe szanse, więc jest to wyłącznie kwestia szczęścia (albo intuicji). Oczywiście w konkursie nie mogą wziąć udziału blogerzy, którzy otrzymali książkę przed premierą :)

Nagrodą będzie egzemplarz „Szczęścia na wagę” lub innej książki mojego autorstwa. Jako dodatek – zakładka drewniana wykonana przez autorkę techniką decoupage. 8-)

DSC_0201

Jeśli nikt nie zgadnie – wygra ten, kto strzeli najbliżej (wyliczymy kilometry :-? ), a jeśli zgadnie kilka osób – będzie trzeba zrobić losowanie. Na odpowiedzi czekam do niedzieli 24 kwietnia – można przysyłać je mailem, w wiadomości prywatnej na FB  albo wpisać jako komentarz.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura

 

Wędrujące „Szczęście”, czyli coś dla blogerów

09 kwi

Ponieważ premiera „Szczęścia na wagę” zbliża się wielkimi krokami, pora na serię konkursów promocyjnych. Dzisiejszy skierowany jest do blogerów książkowych, drugi (dla wiernych czytelników) ogłoszę już wkrótce, a ostatni będzie dla każdego, również dla tych, którzy poznawanie mojej twórczości zechcą rozpocząć właśnie od „Szczęścia…”

A zatem dziś coś dla tych, którzy prowadzą blogi książkowe. Zapraszam Was do udziału w wędrówce mojej najnowszej powieści po blogosferze. Blogerzy, którzy zadeklarują udział w zabawie, będą przesyłać sobie egzemplarz „Szczęścia na wagę” – dlatego proszę o zgłoszenia tylko te osoby, które są solidne i wiedzą, że nie przerwą „łańcuszka”, a koszt nadania przesyłki poleconej nie jest dla nich problemem.

Książka będzie wędrowała zgodnie z kolejnością zgłoszeń (przewiduję 10 miejsc). Pierwszemu chętnemu wyślę ją, kiedy tylko dotrą do mnie egzemplarze autorskie (myślę, że już wkrótce, bo przecież premiera za 18 dni). Uczestników poproszę o dwie rzeczy: po pierwsze, o recenzję na blogu i w serwisie LC (o ile macie tam konto), a po drugie – o wpisanie kilku słów w książce (co komu w duszy zagra; może co Wam się podobało, a może – co byście zmienili). W ten sposób, kiedy powieść wróci do mnie, będę miała dwa w jednym: pamiątkę i zarazem garść opinii, które mogą stać się cenną wskazówką przy tworzeniu kolejnych książek.

Oczywiście nie ma obowiązku pisania pochlebnych recenzji. Cenię szczerość, a krytykę dzielnie przyjmuję na klatę, choć naturalnie wolałabym, żeby obyło się bez niepotrzebnego okrucieństwa :D Jest tylko jedna rzecz, która stanowi dla mnie świętość przy recenzowaniu – bez spoilerów, proszę!

A zatem – do dzieła. Jeśli prowadzisz bloga książkowego i chcesz zrecenzować pierwszy tom cyklu „Wszystkie smaki codzienności” – powieść obyczajową „Szczęście na wagę” – zapraszam!

Zgłaszamy się w wiadomościach prywatnych na Facebooku lub na maila (adres znajdziecie w zakładce „O mnie”).

thumb

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura

 

Dziś premiera „Dziewczyny z porcelany”!

06 maj

Nadszedł wreszcie TEN dzień – od dzisiaj „Dziewczyna…” powinna być dostępna w księgarniach. W sieci pojawiły się już pierwsze recenzje – wkrótce je tutaj podlinkuję. Tymczasem zaś spieszę poinformować, że wylosowałam właśnie trzy nazwiska osób, które otrzymają ode mnie upominkowe egzemplarze powieści wraz z dekupażowymi zakładkami. Są to:

Iza Wyszomirska

Klaudia Danyłków

oraz

Sebastian Struzik.

Gratuluję i proszę o podanie adresów, na które mam wysłać książki :)

Pozostałych uczestników konkursu pocieszam bardzo cieplutko i zapewniam, że wciąż jeszcze mogą wygrać „Dziewczynę z porcelany” – wiem, że na przykład na portalu „Dla Lejdis” odbywa się konkurs esemesowy, ponadto możecie wziąć udział w konkursie „wywiadowym” na blogu Cyrysi – szczegóły pod tym adresem:


http://cyrysia.blogspot.com/

- tam także do wygrania są trzy egzemplarze.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura

 

„Dziewczyna…” już jest – i to jaka śliczna!

01 maj

Dostałam właśnie pachnące farbą drukarską, jeszcze ciepłe jak świeże bułeczki – egzemplarze autorskie „Dziewczyny z porcelany”. Oficjalna premiera – 6 maja, ale nieoficjalna już dziś :)

Książka wydana jest przepięknie, naprawdę przyjemnie ująć ją w dłoń. Oczywiście z niecierpliwością czekam na pierwsze recenzje. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.

DSC_0166

A dla wiernych czytelników – konkursik. Wszyscy, którzy potrafią wymienić imiona pięciu bohaterów moich poprzednich książek, wezmą udział w losowaniu trzech egzemplarzy upominkowych wraz z niespodzianką dekupażową od autorki, czyli drewnianą zakładką do książki.

Odpowiedzi NIE NALEŻY umieszczać w komentarzach, lecz przesłać na adres mailowy: agnieszkaolejnik@onet.eu do dnia 6 maja (czyli do daty premiery).

Czekam z utęsknieniem :)

A oto zakładki – wszystkie trzy w klimatach podróżniczych:

DSC_0167

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Coś ładnego, Literatura