RSS
 

Notki z tagiem ‘olejnik’

Nareszcie jest – moje „Szczęście…”

17 mar

Mowa oczywiście o „Szczęściu na wagę” – mojej najnowszej książce, pierwszej z trzech, które utworzą cykl pod tytułem „Wszystkie smaki codzienności”. Premiera – 27 kwietnia.

Bardzo długo trwały prace nad okładką, a to dlatego, że powieść ta nie daje się zamknąć w jednym prostym motywie, obrazie, symbolu… Z jednej strony chciałam, żeby okładka jakoś nawiązywała do smaku lub aromatu, z drugiej – to nie mogła być na przykład cukierkowa, uśmiechnięta modelka z jabłkiem, w którym wycięto kształt serduszka. Ta książka porusza zbyt wiele ważnych (i poważnych) tematów, żeby dać jej sielankowy obrazek na okładkę. Z drugiej strony jednak – nie jest to ciężka, depresyjna proza. Wręcz przeciwnie, więcej tu humoru niż we wszystkich moich poprzednich powieściach razem wziętych.

Ostatecznie I tom będzie wyglądał tak:

thumb

A jak „ubierzemy” pozostałe części, to się jeszcze okaże. Prace trwają.

Tymczasem jeszcze nota Wydawcy:

Czy ludzie, którzy stali się dla siebie obcy, mogą odbudować relacje i zacząć wszystko od nowa?

Ewa jest żoną i matką, całkowicie poświęconą rodzinie. Jednak jako dojrzała kobieta uświadamia sobie, że przestała realizować własne marzenia i czerpać radość z życia. Jej frustrację pogłębiają rodzinne troski: miłość w małżeństwie dawno wygasła, a nastoletnia córka ukrywa przed rodzicami swoje problemy i odrzuca wszelką pomoc.

Gdy Ewa dowiaduje się o chorobie córki, postanawia zawalczyć o ich wspólne szczęście. Dzięki zdrowej diecie i treningom chce przywrócić równowagę w życiu Klaudii i ponownie się do niej zbliżyć. To będzie ich wspólna walka. W tym samym czasie Ewa poznaje mężczyznę, który może być szansą na jej własne szczęście.

Agnieszka Olejnik po raz kolejny z ogromną wnikliwością opisuje ludzkie dramaty, które są w istocie uniwersalnymi problemami. „Szczęście na wagę” to powieść przełamująca stereotypy i pokazująca, jak ważna jest równowaga między poświęceniem dla innych a troską o samorealizację.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura

 

Dante na tropie… bobrów, czyli książka sobie, a życie sobie

08 lis

Korzystając z cudnej pogody zabraliśmy dziś Dantego na długi spacer. Suczki z powodów bardzo osobistych musiały zostać w domu, więc mogliśmy sobie pozwolić na cywilizowany spacer zamiast zwykłego szaleństwa po polach. Tym razem z psem na smyczy (bo w pobliżu przebiega ruchliwa droga) poszliśmy sprawdzić, co u bobrów. Jakiś czas temu odkryliśmy bowiem w tym miejscu ślady bytowania tych sympatycznych zwierzaków.

Dante był bardzo zainteresowany nowym zapachem. Pokazałam mu obgryziony kołek – złapał trop i wąchał z przejęciem, odruchowo unosząc przednią łapę jak w stójce do ptactwa. A potem już w ogóle nie zwracał na mnie uwagi – interesowała go wyłącznie woda i to, co kryło się w trzcinach.

Oto fotoreportaż z tej wyprawy. Na zdjęciach widać ślady bobrzych zębów; niestety żeremie mieliśmy pod słońce i nie udało się nam zrobić żadnego sensownego zdjęcia tej imponującej budowli.

100_9477   100_9510  

A dla tych, którzy są ciekawi nowej książki (przypominam – baaardzo kobiecy kryminał „Dante na tropie” – premiera w zimie) – fragment już wkrótce. Przekonacie się, że Dante znajdzie się na tropie czegoś, co absolutnie nie ma nic wspólnego z bobrami…

 

 

 

 

Emocjonalnie o „Zabłądziłam”

14 sie

Wczoraj koleżanka podesłała mi link do wspaniałej recenzji „Zabłądziłam”, zamieszczonej na blogu „Zaczytana w swoim świecie”. Dziękuję – i koleżance za sympatię, i blogerce za takie cudowne słowa.

Tekst można przeczytać tu:
http://szeptksiazek.blogspot.com/

Oczywiście po lekturze tak pochlebnej opinii byłam bardzo pozytywnie naładowana i żeby trochę się „ostudzić”, wyszłam do ogrodu, na chłodny wiatr. Słońce akurat zachodziło i świat zatonął dosłownie w miękkim, ciepłym świetle. Oto, co udało mi się złapać w obiektyw:

100_8296

100_8286

 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Coś ładnego, Literatura

 

Lato w pełni – więc o podróżach

20 lip

Jedną z moich wielkich miłości są podróże. Jednak zupełnie nie chodzi tu o podróżowanie od hotelu do hotelu, z biurem podróży, z przewodnikiem. Podróż to przygoda. A przygoda nie może być przygodą, gdy ktoś mnie prowadzi. Nie – wędrować muszę sama.

No, niezupełnie sama; wolę z bliskimi mi ludźmi. Chodzi tu o pewien rodzaj wolności – o to, że nikt nam nie dyktuje, dokąd się udać i czym się zachwycić. Sami to odkrywamy. Z pewnością w ten sposób przeoczymy wiele miejsc, za to piękno tych, które znaleźliśmy, przeżyjemy zupełnie po swojemu.

Najpiękniejszym miejscem, jakie w życiu widziałam, był półwysep Mageroya na północy Norwegii, tam gdzie kończy się Europa. Na pewno jeszcze tam wrócę. Ponieważ jednak nie mam w pamięci komputera zdjęć, a skanowanie tych tradycyjnych zajęłoby sporo czasu, dziś nie będzie o Norwegii, lecz o innym kraju, w którym znalazłam piękno nieco pokrewne temu ze Skandynawii – o Czarnogórze.

Kraj piękny, bo łączący w sobie to, co tygrysy lubią najbardziej – wodę i góry, nowoczesność i zamierzchłą przeszłość – jednym słowem: kontrasty. Co nas zaskoczyło? Podejście do czasu. Jeśli gdzieś wisi informacja, że coś zostanie otwarte/rozpoczęte o godzinie 10, to należy nastawić się na to, że stanie się to o 14. I nie ma w tym nic dziwnego. Wszyscy się uśmiechają,  nie ma typowo polskich awantur, że jak to, przecież było napisane… Pełen relaks.

Ludzie są otwarci, życzliwi i uśmiechnięci. W Starym Barze zaczepił nas chłopiec, może 11-letni. Zapytał, skąd jesteśmy. Jakimś cudem zrozumieliśmy i odpowiedzieliśmy, że z Polski, a wtedy on – łamaną polszczyzną! – zapytał: Warszawa? Kraków? Katowice?

W Barze nie mogliśmy trafić pod odpowiedni adres, gdzie zarezerwowałam nocleg. Zapytany przez nas przechodzień wsiadł do samochodu i pokierował nas do pensjonatu, nie bacząc na to, że oddala się kilka kilometrów od własnego domu. Przeżyliśmy przy tym zabawne chwile, bo okazało się, że kiedy człowiek ten mówił: Prawo! – nie należało wcale skręcić w prawo, tylko jechać prosto! :)

Czarnogóra w wielkim skrócie to kaniony z niesamowitymi mostami, urwiska schodzące wprost do błękitu morza, ruiny starych zamków, Jezioro Szkoderskie, wykopaliska Starego Baru i niezwykłe miasto – Kotor, a także Zatoka Kotorska, zwana najdalej na południe wysuniętym fiordem Europy. Do fiordów norweskich jej wprawdzie daleko, ale i tak jest piękna.

Resztę niech powiedzą za mnie zdjęcia.

Kanion rzeki Piwy:

100_0355

Widoczki z wybrzeża:

 

100_0444

100_0484

 

100_0471

Najstarsze drzewo Europy – oliwka (wbrew pozorom jest to JEDNO drzewo, a nie kilka rosnących obok siebie):

100_0634

100_0639

Stary Bar:

100_0592

100_0619

Jezioro Szkoderskie:

100_0679

100_0693

Miasto Kotor:

 

100_0713

I Zatoka Kotorska:

100_0733

Żółw, który zaszedł nam drogę:

100_0702

 

W drodze powrotnej – widoczek z Chorwacji:

100_0778

i pociąg z tęczą na Słowacji:

100_0813

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Styl życia

 

Nietrwałe piękno, czyli o motylach

16 lip

Wczoraj polowałam z aparatem na motyle. Darzę je wielką sympatią. Są dla mnie dowodem, że najpierw musi trochę pobyć brzydko, żeby potem mogło być cudnie. I jeszcze przypominają mi, że na świecie jest mnóstwo piękna, którego na co dzień nie zauważamy. A przecież właśnie ładne drobiazgi decydują o urodzie życia.

Motyle kojarzą mi się też przemijaniem. Ich piękno jest nietrwałe, kruche; tym bardziej cenne. Jeśli się nad tym zastanowić – to dobrze, że wszystko przemija. Dzięki temu wciąż coś się dzieje, na coś czekamy. Kończy się jeden dzień, zaczyna drugi; kończy się smutek, pojawia się szansa na radość. A gdy kończy się jedna radość, pora powalczyć o kolejną.

Zaproście do swojego otoczenia motyle. Do ogrodu, a jeśli go nie macie, to przed blok albo na balkon. Wystarczy kilka roślin, które je przyciągną – liatra kłosowa, jeżówki, budleja albo tawlina jarzębolistna. A potem aparat w dłoń, duuużo cierpliwości – i do dzieła! A jeśli ktoś nie lubi fotografować, niech tylko patrzy na te maleńkie cuda.

Moje zdjęcia z wczorajszego polowania – jak zwykle należy oglądać w powiększeniu:

100_7820    100_7831

 

 
 

Jak to było z tym lataniem?

14 lip

Odkąd na okładce „Zabłądziłam” pojawił się mój biogram zawierający zdanie: „Pochodzi z rodziny lotniczej, sama jednak poprzestała na szybownictwie” – wiele osób pyta mnie o owe lotnicze powiązania. Odpowiadam więc.

Mój Tata był pilotem wojskowych myśliwców. Wychowywałam się w niewielkich miastach w pobliżu lotnisk, nad głową huczały nam MiG-i, aż szyby w oknach drżały. Dla mnie był to jeden z najpiękniejszych dźwięków na świecie. Niekiedy jeździliśmy z bratem na lotnisko pobawić się w symulatorze lotów. Nic dziwnego, że oboje chcieliśmy pójść w ślady ojca – i bratu się to udało, dziś jest pilotem (tyle że zamiast MiG-a ma zapewne rumaka o imieniu F-16 albo coś w tym stylu), natomiast ja… No cóż. Dziewczyn wtedy do Dęblina nie brali. A w Dęblinie znajdowała się jedyna szkoła wyższa szkoląca pilotów myśliwców. Mnie nie interesowały loty pasażerskie czy rozrzucanie nawozu z powietrza, ja chciałam tym MiG-iem.

Po namyśle uznałam, że jedynym słusznym substytutem – czymś, co da mi złudzenie wolności i otworzy przede mną przestrzeń – będą szybowce. I tak zaczęła się moja przygoda z tym sportem.

Szybownictwo, spadochroniarstwo i inne sporty lotnicze uprawiało się wtedy za darmo – dziś już tak nie jest. W każdym razie wystarczyło być w miarę inteligentnym (po kursie teoretycznym zdawało się egzaminy) oraz bardzo zdrowym (trzeba było pojechać do wrocławskiego GOBLL na wnikliwe badania) – i już zaczynało się szkolenie praktyczne.

Dla ciekawskich – latałam w Aeroklubie Bydgoskim, na „Bocianie” i „Puchaczu”, zdobyłam III klasę pilotażu, na „Jantara” przesiąść się nie zdążyłam.

Czy szybownictwo dało mi to, czego szukałam? Nie do końca. Nie wszyscy wiedzą, że aby szybowiec mógł sobie poszybować przed siebie, najpierw musi się mozolnie „wspinać”, cierpliwie nabierać wysokości krążąc w kominie powietrznym (na ogół pod dużymi chmurami). Ten komin trzeba sobie najpierw znaleźć (bo przecież go nie widać, to jest po prostu cieplejsze powietrze). Zdarzają się takie loty, że człowiek wystartuje, leci pod jedną chmurę, nic go nie „nosi”, leci pod drugą (w międzyczasie traci wysokość) – tam też nic, no i okazuje się, że na wysokościomierzu mamy już tak niewiele, że pora lądować. Ale zdarzają się też loty pięciogodzinne, nieustanne kręcenie się do podstawy chmury, szybowanie, i znów kręcenie…

Tak czy owak, pewnie pozostałabym przy tym sporcie, gdyby nie mała kontuzja. Otóż każdy pilot musi oddać jeden skok spadochronowy (taki treningowy, na wypadek, gdyby kiedyś musiał wyskoczyć ze swojego statku powietrznego). Skok sam w sobie bardzo mi się podobał, fajna przygoda – tyle że to nie były takie spadochrony jak teraz, że z boku jakieś rączki, że się podciągnę i leciutko dotknę trawki – to były starej daty „mięśnioloty” i jak się gruchnęło o ziemię, to człowiek wszystkie gwiazdy mógł oglądać. I ja tak właśnie gruchnęłam, i coś mi strzyknęło w kręgosłupie… A podczas kolejnych badań we Wrocławiu usłyszałam: No, panienko, ty już sobie nie polatasz…

I to był koniec. Ale nie płaczę z tego powodu. Przeżyłam swoją wielką przygodę i nigdy jej nie zapomnę. Wolność i przestrzeń, których szukałam, odnalazłam później w Tatrach i innych polskich górach, o których też będzie innym razem ;)

P.S. Do tego wpisu nie ma zdjęć z bardzo prostego powodu – na lotnisku nie wolno było fotografować. Ojczyzna była komunistyczna, wróg nie spał, szpieg czuwał - takie zdjęcie mogłoby wywołać wojnę! ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Styl życia

 

Po prostu miodzio.

09 lip

Dziś będzie dwa w jednym – o roślinach i zwierzątkach zarazem, czyli o… miodzie.

Żeby obraz był pełny, muszę zacząć od przeszłości, czyli od mojej młodzieńczej owadofobii. Każdy, kto mnie znał w dzieciństwie i wczesnej młodości, potwierdzi ochoczo, że na widok biegających, fruwających i wszystko-jedno-co-robiących owadów wpadałam w panikę. Wcale nie ułatwiało mi to życia, na przykład podczas nocy spędzonych na podłogach tatrzańskich schronisk, podczas czołgania się przez Jaskinię Berkową, gdzie nad głową wisiały tłuściutkie pająki –  albo w namiocie, gdziekolwiek podczas wędrówki. Bez wędrowania nie wyobrażałam sobie życia, ale nie umiałam też nie wrzeszczeć na widok owada…
Efekty tego połączenia były często żałosne.

Potem nadszedł taki moment w moim życiu, kiedy zamieszkałam tu, pod dębami. Jak dęby, to ptaki. A jak ptaki, to muszą być owady, bo co by jadły te ptaki. A poza tym ogród. A jak ogród, to muszą być pszczoły… No i właśnie pszczoły pokochałam wielką miłością.

Ale żeby to wyjaśnić, znów muszę się trochę cofnąć w czasie. Mój najmłodszy synek ma obecnie pięć lat. Kiedy miał trzy, poszedł do przedszkola (jak większość polskich dzieci) i zaczął strasznie chorować (jak większość dzieci, które poszły do przedszkola). Tyle, że on nie zdrowiał. Wcale. Z jednej choroby przechodził z drugą, i w trzecią. Beczałam po nocach, biegałam do pani doktor (a panią doktor mamy mądrą, nie wali antybiotykiem od razu, tylko czeka, czy by się nie dało bez tego)…

I wiecie co? Pewnego dnia zdarzyło się coś niezwykłego. Teraz, kiedy o tym myślę, przypomina mi się takie wschodnie przysłowie, chyba chińskie: „Kiedy uczeń jest gotów, pojawia się mistrz”. Byłam już zdesperowana. Mój czteroletni wtedy synek miał jednocześnie zapalenie oskrzeli i krtani, do tego biegunkę i wymioty, tak więc nie mógł przyjmować doustnie antybiotyków. Kiedy pielęgniarka wkłuwała igłę w tę jego chudą pupkę, nawet nie podnosił główki. Ja płakałam zamiast niego.

Po południu zadzwoniła moja Mama. Powiedziałam jej wtedy, że szukam ratunku. Czegokolwiek. Może jakiś kit pszczeli, może jakieś szczepionki. Mama na to: „A propos kitu i pszczół, to słyszałaś o takim miodzie z Nowej Zelandii? Nazywa się miód Manuka…”

I tak zaczęła się nasza przygoda z miodem Manuka, spożywanym od tamtej pory codziennie na czczo, po łyżeczce. Nie będę tu opisywać efektów, bo nie jest to artykuł reklamowy. Kto potrzebuje, ten znajdzie. „Kiedy uczeń jest gotów, pojawia się mistrz” ;) Powiem tylko, że mój synek ma teraz nieco ponad pięć lat, a ostatni antybiotyk brał właśnie wtedy, rok temu, podczas tamtego zapalenia oskrzeli i krtani.

A pszczoły od tamtego czasu kocham bezwarunkowo. Żadna tam owadofobia. W moim ogrodzie zagościły rośliny miododajne. Zresztą spójrzcie, jakie piękne i pracowite są te pszczółki.

 

100_7699

100_7642  100_6829

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Mój ogród, Natura, Styl życia

 

Ulubione róże Alka

08 lip

Komary mnie wczoraj nie zjadły, choć chwilami było naprawdę niebezpiecznie ;) Tak czy owak, nastał kolejny dzień, a ja obiecałam, że dziś będzie o roślinach. Nie o wszystkich na raz, piękno tej miary trzeba dawkować.

Zacznę od tego, że jeszcze cztery lata temu sądziłam, że cierpię na coś w rodzaju glebowstrętu i gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że ogród stanie się jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu, niezawodnie pękłabym ze śmiechu. Kupiliśmy wtedy ziemię pod dębami i mozolnie zaczęliśmy wznosić dom, ale nie zamierzałam zakładać ogrodu kwiatowego – myślałam o trawie i drzewach (bo drzewa kocham od zawsze). Pamiętam, że jedna z moich uczennic podarowała mi wówczas jakieś cebulki, chyba mieczyków – tak na dobry początek – a ja kompletnie nie wiedziałam, co z tym zrobić. W końcu spleśniały, bo nie wyciągnęłam ich od razu z torebki foliowej…

Tak czy owak, zgodnie z zasadą, że człowiek uczy się przez całe życie, i ja otrzymałam interesującą lekcję. Pierwsza dotyczyła mnie samej – bo wcale siebie, jak się okazuje, nie znałam; nie miałam pojęcia, że tak mnie weźmie. Kiedy pierwszy zasiany przeze mnie kwiatek wystawił z ziemi zielony ząbek, kiedy zakwitła lawenda kupiona na ryneczku, kiedy… i tak dalej… Jednym słowem, zakochałam się w ogrodnictwie.

A druga lekcja? Druga nadal trwa. Uczę się każdego dnia. Że hortensje ogrodowe są kapryśne, ale już bukietowe zupełnie nie. Że piwonie to rośliny dla cierpliwych, potrafią się naburmuszyć i nie kwitnąć przez kilka lat. Albo nagle zakwitnąć w zupełnie innym kolorze niż powinny. Że rozwar wyłazi z ziemi bardzo późno, kiedy już kombinujemy, co by posadzić zamiast niego, skoro nie przeżył zimy. I tak dalej.

Jeśli ktoś z Was czytał już „Zabłądziłam”, to wie, że moją miłość do kwiatów przekazałam Alkowi. Kiedy przeglądał książkę otrzymaną od Majki w prezencie, szczególnie zachwyciły go dwie odmiany – Ballerina i Sekel. Ballerina ma setki drobnych kwiatków, jest delikatna, kojarzy mi się z dawnymi wiejskimi ogrodami. Sekel to zupełnie inna róża. Ma duże kwiaty o bardzo zmiennych barwach. W pąku potrafi być krwistoczerwona, potem rozwija się w subtelną żółć, by na koniec zaróżowić się różnymi odcieniami. Oto one:

Ballerina

100_7637

A teraz Sekel - zmienna jak każda kobieta :)

 

100_7577

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Mój ogród