RSS
 

Notki z tagiem ‘likiery’

Likiery na późną jesień

27 lis

Kto śledzi moje konto facebookowe, ten wie, że jakiś czas temu zakończyłam pracę nad „Ławeczką pod bzem” (od razu uprzedzam pytania – okładka jeszcze niegotowa; książka ukaże się latem 2017), a to doniosłe wydarzenie postanowiłam uczcić nastawieniem likieru. Albowiem mój przepis na szczęście jest właśnie taki: ciesz się drobiazgami i celebruj je w taki sposób, jaki sprawia Ci przyjemność.

W ciemne listopadowe i grudniowe wieczory taką właśnie drobną radość sprawimy sobie, wychylając kieliszeczek słodkiego, rozgrzewającego likieru. Ponieważ nie mogłam się zdecydować, zrobiłam ostatecznie trzy: kawowy, toffi i kokosowy. Moją prawdziwą miłością jest ten ostatni, ale trzeba na niego poczekać kilka tygodni, więc dwa pozostałe możemy potraktować jako pocieszaczy w trudnych chwilach.

Likier kawowy

Nie ma chyba na świecie nic prostszego. Bierzemy puszkę mleka skondensowanego słodzonego i około 300 ml wódki (ja kupuję Krupnik do wszystkich nalewek i likierów), mieszamy zawzięcie. Można w blenderze. Zaparzamy baaaaaardzo mocną kawę (u mnie zawsze jest naturalna i potem muszę ją przecedzać przez filtr do ekspresu - ale równie dobrze można użyć rozpuszczalnej) i dodajemy kilka łyżek. Ile? Do smaku. Kto chce bardziej kawowy smak, dodaje więcej, kto lubi łagodniejszy likier, doda tylko troszeczkę. Zresztą tak samo jest z wódką, możecie jej dodać mniej lub więcej w zależności od mocy, jaką chcecie uzyskać. Wolnoć Tomku w swoim gąsiorku.

P.S. Likier kawowy można przyrządzić także w wersji bezmlecznej, ale o tym kiedy indziej.

Likier toffi

Równie łatwy, ale trzeba się za niego zabrać poprzedniego dnia. Puszkę mleka skondensowanego słodzonego umieszczamy w garnuszku i nalewamy tyle wody, aby puszka była przykryta. Stawiamy na kuchence i gotujemy około dwóch godzin, najlepiej pod przykryciem, żeby nie trzeba było uzupełniać wody. Uzyskamy w ten sposób pyszną masę krówkową. Gdy wystygnie (a trwa to naprawdę długo, najlepiej zostawić na noc) otwieramy – nigdy nie otwierajcie gorącej!!! – i mieszamy w blenderze z wódką w takiej ilości, jaka nam się podoba. Podobnie jak poprzednio, można dodać 300 ml, ale można też nieco więcej lub mniej. Wasza wola.

Likier kokosowy

Tutaj już przygotowanie ma w sobie to coś, co uwielbiam w nastawianiu nalewek. Można się poczuć trochę jak szeptucha albo wiedźma z brodawką na nosie, warząca swoje mikstury i szepcząca zaklęcia. Na dno słoja wrzucamy garść rodzynek i łyżkę skórki otartej z cytryny (uprzednio wyparzonej, oczywiście). Dodajemy 150 g wiórków kokosowych i wlewamy dwie puszki mleka skondensowanego słodzonego. Na koniec wódka – całe 0,75 l, czyli w wersji krupnikowej po prostu jeden Krupnik.  Mieszamy i odstawiamy na kilka tygodni. Z moich doświadczeń wynika, że likier ten powinien stać nie mniej niż 2, ale nie więcej niż 4 tygodnie; jeśli za długo, to zrobi się bardzo gęsty i trzeba go jeść łyżeczką, jak Ewa, bohaterka „Szczęścia na wagę” i „Miłości z nutą imbiru” (obie te książki dostępne są w księgarniach stacjonarnych i internetowych – polecam w zestawie jako świetny pomysł na prezent).

baner

Aha, po odcedzeniu wiórki z rodzynkami stanowią wspaniały deser sam w sobie, choć są też rewelacyjnym dodatkiem do lodów. Jednak uprzedzam, że jakoś dziwnie miękną po nich nogi. Według mnie są też jednym z najlepszych sposobów na bezsenność.

Na zdjęciu stoją od lewej panowie: Kawowy, Toffi i Kokosowy.

DSC_0611

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia