RSS
 

Notki z tagiem ‘fragment’

Macie apetyt na „Apetyt…”?

03 lut

Pokazywałam już na Facebooku, pokażę też tutaj: oto okładka „Apetytu na więcej”, trzeciej i ostatniej części serii „Wszystkie smaki życia”. Premiera – 29 marca, a ja obiecuję, że dowiecie się, co będzie dalej z Ewą, Andrzejem i Jimem, jak potoczą się losy Klaudii, czy Tatiana potrafi cieszyć się macierzyństwem, jak postąpi Żaneta oraz co słychać u Barbary.

Oto opis ze strony Wydawcy – poznańskiej Czwartej Strony:

Życie nie zawsze układa się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, a szczęście kryje się w najmniej spodziewanych miejscach. Jak rozpoznać drogę, która do niego prowadzi?

Ewa czuje, że oszukuje siebie i swojego partnera, trwając w pozornie tylko idealnym związku. Kobieta uświadamia sobie, że jedynym mężczyzną, którego naprawdę kocha, jest Andrzej. Jednak na przeszkodzie ich miłości staje ciąg nieporozumień i niedomówień. Tymczasem Klaudia, borykająca się z problemem samoakceptacji, wyrusza na poszukiwania samej siebie i znajduje szczęście w najmniej spodziewanym miejscu.

W trzeciej części bestsellerowego cyklu Agnieszki Olejnik bohaterowie muszą zadać sobie pytanie, kim są i czego pragną, oraz zawalczyć o własne szczęście. Bo życie ma różne smaki, a sztuką jest znaleźć ten, który pokocha się najbardziej.

Ole_Apetyt_300

A dla tych, którzy już mają apetyt na tę wiosenną lekturę – fragmencik ;)

„…Na komodzie w holu rozdzwoniła się komórka, a na wyświetlaczu pojawiło się jego imię. Ewa nie odebrała. Jeszcze nie uporała się z własnymi uczuciami po ich ostatniej rozmowie – tej, po której w jej duszy został jakiś gorzki osad.

Zaczęło się od tego, że Andrzej odwiedził ją w wieczór wigilijny i powiedział, że to nie on jest ojcem dziecka swojej żony. To wprawdzie nie zmieniało faktu, że nie dochował Ewie wierności, ale dawało im obojgu jakieś szanse, by mogli ponownie pomyśleć o wspólnej przyszłości. Dlatego zgodziła się, gdy kilka dni później zadzwonił i poprosił o spotkanie. Jim akurat wyjechał z siostrą do Zakopanego. Ewa pomyślała, że będzie czuła się swobodniej, wiedząc, że Walijczyk nie może w każdej chwili wpaść z wizytą. Babcia z Klaudią wybierały się na wielkie zakupy, ponieważ w większości sklepów trwały szalone wyprzedaże – Ewa zaprosiła więc Andrzeja do siebie.

Sama nie wiedziała, na co liczy – może na spokojną rozmowę, czułe wyznania, może kilka buziaków na przeprosiny. Tymczasem to, co otrzymała, było niczym sesja u psychoterapeuty połączona z atakami zazdrosnego, oszalałego z rozpaczy człowieka.

Andrzej był w kompletnej rozsypce. Najpierw użalał się nad sobą, potem krzyczał. Że jest do niczego, wszystkich rozczarowuje, zawodzi, nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Że zdradzali go wszyscy: najpierw ojciec, potem żona, a teraz ona, Ewa, na którą liczył, której ufał, która była dla niego niemal święta.

-       Nigdy nie udawałam świętej – odpowiedziała wtedy Ewa, na pozór spokojnie, choć w gruncie rzeczy aż się trzęsła ze zdenerwowania. – Nie jestem ani lepsza, ani gorsza od innych znanych ci kobiet.

-       Przed tobą tak naprawdę znałem tylko dwie kobiety – wycedził Andrzej. – Jedna z nich to moja żona i naprawdę wierzyłem, chcę wierzyć nadal, że jesteś od niej lepsza.

Ewa z trudem powstrzymywała łzy.

-       Drugą z tych kobiet była moja matka – ciągnął Andrzej, który też cały drżał z nerwów. – Mimo że ojciec ją zdradzał, ona czekała na niego w domu i zawsze przyjmowała go z powrotem, kiedy wracał skruszony.

-       Więc tego ode mnie oczekujesz?! – zawołała Ewa, w której aż się zagotowało. – Miałabym czekać, aż wiarołomny ukochany znudzi się nową zabawką?

-       Ale o czym my mówimy?! Nie miałem żadnej nowej zabawki! Popełniłem błąd, rozumiesz?

-       Jeśli porównujesz mnie do swojej matki, to bądź też świadom, co z tego porównania wynika! Gdybym była taka jak ona, to wcale by cię nie było w moim życiu! Czekałabym teraz na Mirka, aż wróci do mnie wprost z objęć swojej Tatiany! Więc zastanów się, może to jednak dobrze, że nie przypominam twojej mamy, Andrzej.

Nie odpowiedział wtedy, zamilkł na długo, a ponieważ Ewa także nie miała już nic do powiedzenia, siedzieli w ciężkiej, nieprzyjemnej ciszy, która oddalała ich od siebie równie skutecznie jak najgorsze obelgi. Wreszcie Ewa zdecydowała się przerwać tę okropną sytuację i poprosiła go, żeby już poszedł.

-       Co się z nami stało, Ewuś? – zapytał Andrzej cicho, kiedy zapinał kurtkę, a ona stała w holu, ze wzrokiem wlepionym w podłogę.

Wzruszyła bezradnie ramionami. Zdradziłeś mnie, to się właśnie stało – chciała powiedzieć, ale nie miała siły na kolejną wymianę ciosów.

-       Kocham cię tak, że wszystko mnie z tej miłości boli – wyszeptał jeszcze. – Ale szaleję z zazdrości i zachowuję się jak ostatni idiota, kiedy tylko pomyślę, że spotykasz się z kimś innym, że on mi ciebie odebrał.

-       Nikt mnie nikomu nie odbierał – zaprotestowała słabo.

-       Wiem, wiem, nie kłóćmy się już. Ja sobie zasłużyłem, naprawdę to rozumiem.

-       Idź już, Andrzej. Pozwól mi ochłonąć.

-       Przepraszam.

Nie odpowiedziała, więc wyszedł. Nie widzieli się od tamtej pory. Andrzej dzwonił potem trzykrotnie – dziś właśnie był ten trzeci raz, lecz Ewa nie odbierała. Jeszcze nie. Wciąż się bała, że usłyszy kolejną porcję zarzutów i pretensji zaborczego mężczyzny. A to była ostatnia rzecz, na jaką miałaby teraz ochotę”.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Literatura

 

Dziś w roli przynęty – fragment „Ławeczki pod bzem”

10 lis

U mnie pada śnieg – a u Was? Paskudnie się zrobiło, bo śnieg to ja owszem, lubię, ale tylko kiedy jest leciutki mróz, żeby się toto nie zamieniało w brudną breję, i kiedy słoneczko skrzy się w ośnieżonych gałązkach i czapach białego puchu… Niestety, dziś zrobiło się na świecie ponuro, mokro, zimno i w ogóle, tylko zapaść się w miękki fotel, opatulić wełnianym kocem i poczytać.

A skoro o czytaniu mowa – obiecałam fragment książki, która „właśnie mi się pisze”. Jak już wiecie, będzie to powieść inna niż wszystkie, bo z humorem i przymrużeniem oka. Żadnych (no dooobra, prawie żadnych) poważnych tematów, po prostu relaks i uśmiech.

O poranku wstąpiły we mnie nowe siły. Sprawdziłam ustawienie elementów „wystroju” tarasu – skrzynka po mandarynkach i krzesło stały na swoich miejscach. Zaparzyłam sobie kawę i zasiadłam do jej picia z absolutnym przekonaniem, że sobie poradzę. Jeśli będzie trzeba, zatrudnię kilku ochroniarzy, najprzystojniejszych, jakich tylko znajdę. Kupię sobie broń gazową, paralizator, gaz pieprzowy, łzawiący i rozśmieszający na dodatek. Jednym słowem – stawię czoła własnym lękom. A na początek, postanowiłam, zaczaję się i sprawdzę, czy złoczyńca w ogóle istnieje, czy nie jest to po prostu wytwór mojej znękanej zadawnionymi lękami wyobraźni.

W celu zaczajenia się przeprowadziłam niesłychanie sprytną operację taktyczną: przez cały dzień nie wychodziłam z domu ani nie zapalałam światła. Udawałam, że mnie nie ma. Ukradkiem obserwowałam ulicę. Po południu ostrożnie wychynęłam na taras i wystawiłam tam pudło, w którym kilka tygodni temu przywieziono mi nowy komputer z wielkim monitorem. Uznałam, że to będzie doskonały wabik na złodzieja. Jeśli ten facet rzeczywiście zamierza mnie okraść i krąży wokół domu, to zechce sprawdzić, czy karton jest pusty. Poświęciłam jedną z konturówek do ust i zaznaczyłam krzyżykami na posadzce, gdzie dokładnie znajdują się rogi pudła. Jeśli złodziej przesunie je lub choćby podniesie, na pewno nie odstawi precyzyjnie w to samo miejsce.

Po południu wykąpałam się, przebrałam w wygodną piżamę i mięciutki szlafrok, a następnie – dla kurażu, żeby nie umrzeć ze strachu – napiłam się trochę likieru o smaku cappuccino, który kupiłam w Lidlu, bo miał piękną, smukłą butelkę. Okazał się przepyszny, więc nalałam sobie od razu pół szklanki i zaczęłam wyjadać go łyżeczką. Świat poweselał, strach minął. W tym momencie miałam absolutną pewność, że nawet jeśli złodziej krąży wokół mego domu, to ja sobie z nim bez trudu poradzę. To znaczy nie ja osobiście, tylko moja armia ochroniarzy. Jutro, zatrudnię ich już jutro.

Tymczasem zgłodniałam jak wilk, toteż czym prędzej, korzystając z resztek światła dziennego, usmażyłam sobie naleśniki i zjadłam je z nutellą i bitą śmietaną, wykorzystując likier kawowy jako sosik do polewania. Czegoś tak pysznego w życiu nie jadłam. Zwłaszcza likier pasował idealnie. Zanim się spostrzegłam, smukła butelka była już pusta, a ja pomyślałam, że naukowcy powinni się skupić na wynalezieniu takich naczyń na likiery i inne gęste napoje, żeby dało się to wyżymać albo chociaż przekręcać na drugą stronę w celu wylizania denka.

   Nagle usłyszałam jakiś dźwięk na tarasie. Zapadał już wczesny grudniowy zmrok. Uświadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu nie wyglądałam przez okno, zajęta naleśnikami: najpierw smażeniem, a potem konsumpcją. Wstałam od stołu, przez chwilę łapałam równowagę, po czym – chwyciwszy patelnię, jako że nic innego nie przyszło mi do głowy – ruszyłam ostrożnie w stronę drzwi tarasowych.

Ktoś tam był. Wysoka, szczupła sylwetka. O ile mogłam się zorientować, ten ktoś stał odwrócony tyłem. Gapił się na mój ogród. Jakim prawem przybywał na moim tarasie? Po co tu wlazł? Niewiele myśląc (no dobrze, spójrzmy prawdzie w oczy: nie myśląc w ogóle), otworzyłam drzwi i wypadłam na taras.

Nie mam dla siebie żadnego usprawiedliwienia, poza tym jednym – że wychłeptałam całą butelkę likieru. Wiem, to było głupie. Bezdennie. Normalnie nigdy bym tak nie postąpiła, a jednak… właśnie to zrobiłam. Wyskoczyłam na taras, wrzasnęłam: „Czego tu?!”, a gdy mężczyzna odwrócił się ku mnie i stwierdziłam, że nie jest to żaden z moich znajomych, z całej siły walnęłam go patelnią w głowę. Potem upadliśmy oboje. On – bo go zabiłam, a ja, bo widząc to, zemdlałam.

Dajcie znać, czy Wam się podoba, czy raczej wolicie, żeby było serio, poważnie, nawet traumatycznie i depresyjnie; jednym słowem – listopadowo…

100_3379

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Literatura

 

„Nieobecna” już za miesiąc!

17 lip

Dokładnie za miesiąc, 17 sierpnia, w księgarniach pojawi się moja najnowsza powieść, „Nieobecna”. A ponieważ obiecywałam Wam kolejny fragment, uznałam, że dziś jest idealna okazja, aby uchylić jeszcze jednego rąbka tajemnicy.

Był taki czas, kiedy marzyłam o prasowaniu koszul Marka, o praniu ubrań przesyconych jego zapachem. Wzruszały mnie spodnie wyświecone przy kieszeniach, do których wiecznie wciskał dłonie.

Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, wydał mi się bezbronny. Zaprzeczenie tego, czego szukałam w mężczyznach, o ile w ogóle można powiedzieć, że czegokolwiek szukałam. Spotkałam go w czytelni, do której zawędrowałam, aby przejrzeć nowości; szkoda mi było pieniędzy na kupowanie bestsellerów, skoro większość z nich okazywała się przereklamowana. Poza tym zawsze uwielbiałam czytać w czytelni, to pozwalało mi przez chwilę poczuć się jak wtedy, gdy byłam pełną pasji studentką.

Kucnął przy półce z teorią literatury i czegoś szukał. Z góry widziałam tylko jego zmierzwione włosy i leciutko, naprawdę bardzo delikatnie rysujące się miejsce, gdzie w przyszłości powstanie łysinka. Taki krążek rzadszych włosów. Nie miałam pojęcia, dlaczego mnie to rozczuliło. Patrzyłam przez chwilę, potem przykucnęłam przy sąsiednim regale i zaczęłam przekładać książki, które bez przerwy zsuwały się ze śliskiej metalowej powierzchni. Przytrzymał mi je dłonią, a ja skinęłam głową zamiast podziękować. Gdy znalazłam to, czego szukałam, poszłam do stolika i usiadłam przodem do regału. Z jakiegoś absurdalnego powodu  chciałam mu się przyjrzeć.

Wreszcie wyszedł spomiędzy regałów. Był mały. „Niski” brzmiałoby lepiej, ale to nie byłaby prawda, bo on nie był niski, lecz mały. Miał krótkie nogi i ręce, wydawał się jakby pomniejszony, lecz nie całkiem proporcjonalnie. Głowa była normalna, ramiona szerokie, tors jak u przeciętnie zbudowanego mężczyzny, natomiast ręce i nogi wyraźnie za krótkie. Takie było moje pierwsze wrażenie. Jednak tym, co przyciągnęło moją uwagę, nie była jego sylwetka, lecz sposób, w jaki się poruszał. Bo szedł tak, jak idzie gwiazdor pod obstrzałem fleszy. Jakby był najatrakcyjniejszym facetem na tym świecie, jakby muskały go pożądliwe spojrzenia kobiet i w dodatku – jakby słyszał muzykę. Dobrego bluesa albo rocka.

Mały facecik z kilkudniowym zarostem przykrywającym blizny po trądziku. Brązowe oczy, prostokątne okulary, ciemne zmierzwione włosy i ten krążek rodzącej się łysinki, o którym pewnie nie miał pojęcia. To było coś intymnego, te rzadkie włosy na czubku jego głowy, o których wiedziałam, zupełnie jakbym znała go od lat albo była jego żoną.

Wtedy, pierwszego dnia, nawet na mnie nie spojrzał i byłam pewna, że w ogóle nie zauważył mojego istnienia. Dopiero kilka dni później przekonałam się, że to nieprawda, bo gdy weszłam między regały i sięgnęłam po książkę, usłyszałam ciche „Dzień dobry”. Stał po drugiej stronie regału, znowu w dziale teoretycznoliterackim – i uśmiechał się do mnie między przechylonymi grzbietami książek. Skinęłam głową i odpowiedziałam uśmiechem. I tyle. Serce mi się tłukło jak ćma o szybę, zupełnie bez sensu, bo dlaczego, skąd takie emocje, przecież to tylko nieznajomy, który kilka dni temu przytrzymał mi książki. Nieatrakcyjny. Mały. Z brzydką cerą. A gdy się uśmiechnął, zobaczyłam także, że ma nieładne zęby.

Dla mnie, miłośniczki wszystkiego, co czyste, zadbane, doskonałe, sterylne – taki mężczyzna nie powinien istnieć. Nie powinien wzbudzić we mnie niczego poza niesmakiem, zwłaszcza że później – gdy szedł do swojego stolika i rozkładał na nim książki – przyjrzałam mu się dokładniej i dostrzegłam zażółcone od nikotyny palce, niezbyt świeżą koszulę i sierść na marynarce.

A jednak. Istniał. Niepokojąco i uparcie był. Choć przecież nie wiedziałam o nim nic poza tym, że pali, że zapewne ma psa lub kota i że z jakiegoś powodu interesuje go teoria literatury. 

Przez następne kilka dni nie trafiłam na niego ani razu. Właściwie nie miałam już po co chodzić do czytelni, przeczytałam wszystkie nowości, jakie w ostatnim czasie zakupiła biblioteka. Tak więc nie było sensu tam zaglądać, a jednak robiłam to niemal codziennie, o różnych porach. Wreszcie w pewne piątkowe popołudnie zdarzyło się to, na co czekałam przez cały ten dziwny czas. Kartkowałam katalog, nie szukając właściwie niczego konkretnego, gdy poczułam… bo przecież nie usłyszałam ani nie zobaczyłam, nie był to także zapach… zwyczajnie poczułam, że stoi za mną. Odwróciłam się. Brązowe oczy za okularami. Nieatrakcyjny, zaniedbany. Intrygował mnie.

-       Szuka pani jeszcze? – zapytał, wskazując szufladkę katalogu.

Pokręciłam przecząco głową. Podszedł i zaczął wertować. Nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Powinnam była po prostu odejść, ale wszystko we mnie chciało zostać. Cała ta sytuacja była idiotyczna.

-       Nie mogę znaleźć – mruknął, zanim zdążyłam cokolwiek postanowić.

Zapytałam, czego szuka. I tak zaczęła się nasza pierwsza rozmowa, tak zrobiliśmy ten pierwszy krok, który miał zamienić się we wspólny spacer, a potem w marsz, w szaleńczy bieg ku najsilniejszym emocjom, jakich dane mi było doświadczyć, ku głupiej, beznadziejnej miłości, nadziei i rozpaczy. Gdybym wtedy odeszła, gdybym nie zapytała, czego szuka, gdybym tylko wiedziała, że to ostatni moment, aby się ratować…

„Nieobecną” można już kupić w przedsprzedaży w Ravelo, Świecie Książki i innych księgarniach internetowych. Wkrótce ukaże się także w Empiku i Matrasie, a w połowie sierpnia również w Waszych lokalnych księgarniach.

Nieobecna_baner

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Literatura

 

„Nieobecna” – odsłona trzecia

03 lip

Pamiętacie? Zdradziłam Wam już, jak się zaczyna „Nieobecna”, jaką wiadomość odbiera główna bohaterka i o czym rozmawia z siostrą. Pora na ciąg dalszy…

Włożyłam nową bluzkę. Niby to tylko siostra, ale prawda była taka, że zawsze chciałam zrobić na niej wrażenie, zasłużyć na pochwałę. Julia. Moja bliźniaczka, błyskotliwa, urocza i seksowna Julka. Moja lepsza wersja.

Ona też tak kiedyś powiedziała: że patrząc na mnie widzi lepszą siebie – taką, jaka mogłaby być, gdyby przykładała się do nauki, gdyby umiała zmusić się do pracy nad sobą, gdyby miała silną wolę, nie wydawała tyle na ciuchy i kosmetyki. Obie czegoś sobie nawzajem zazdrościłyśmy. I mimo wszystkich różnic, kłótni i wykrzyczanych złośliwości, byłyśmy sobie niewiarygodnie bliskie, również fizycznie.

Kiedyś jadąc pociągiem stałyśmy przy oknie, otworzyłyśmy je i pozwalałyśmy, by pęd powietrza zamykał nam oczy. Dopiero po długiej chwili zorientowałam się, że trzymamy się za ręce. Dłoń Julki była jak moja własna. Nie czułam jej pod palcami.

 Zanim wyjechałam z domu, podmalowałam mocniej rzęsy. To bez sensu, wiedziałam o tym doskonale. Przecież nie było szans, żebym po drodze spotkała Marka. Nigdy, przez te koszmarne trzy lata, nie udało mi się wpaść na niego przypadkiem. Z jednej strony bardzo tego pragnęłam i szukałam go. Ilekroć kupiłam sobie nowy ciuch, stroiłam się i robiłam na bóstwo, a potem jechałam na zakupy do „jego” centrum handlowego albo snułam się po sklepach, w których on bywał. Najchętniej po księgarniach. Brałam do ręki książki, z którymi chciałam, aby mnie zobaczył, gdy przypadkiem tam wejdzie i będzie mi się ukradkiem przyglądał zza regałów.

Ale z drugiej strony bardzo się bałam, że pewnego dnia się to stanie. Naprawdę zdarzy się tak, że on wejdzie do tej księgarni albo że nasze wózki zderzą się w supermarkecie. Spojrzę na niego, on spojrzy na mnie. Będę wyglądała pięknie i on pomyśli, że mnie kocha i że przez całe życie szukał właśnie mnie. Ale u jego boku będzie żona. Podniesie na niego zdziwiony wzrok i zapyta: „Stało się coś”?

 Stojąc na światłach, usiłowałam sobie przypomnieć, jakie miałam plany na ten urlop. Bo przecież coś planowałam, na pewno nie zamierzałam spędzić wakacji upijając się z tęsknoty, sprzątając w moim czystym mieszkaniu ani łkając rozpaczliwie do piosenek o miłości. Jednak nie mogłam sobie przypomnieć niczego konkretnego. Uświadomiłam sobie, że przez ostatnie trzy lata liczyłam na to, że Marek wygospodaruje dla mnie kilka dni i wyjedziemy gdzieś razem. Dokądkolwiek, nawet do najbliższego motelu za miastem – gdzieś, gdzie nikt nas nie zna i gdzie mogłabym przez cały dzień tylko leżeć wtulona w niego.

Kiedy przestałam na to czekać, urlop przestał być urlopem, lato nie było latem, nie było słońca, nie było w ogóle nic.

 Julka mieszkała w pięknym domu swego cholernie bogatego męża. Nie musiała pracować. Choć skończyłyśmy te same studia i choć to ona była gorszą studentką, miewała poprawki, raz omal nie powtarzała roku – teraz ja biedziłam się nad klasówkami z części mowy, a ona opływała w luksusy. Jednak wcale jej nie zazdrościłam. Dobrze wiedziałam, że nie jest szczęśliwa. Z goryczą opowiadała, że dopiero po ślubie zorientowała się, jaki był ideał życia Patryka: on zarabia pieniądze i ogląda mecz za meczem, a ona pierze jego gacie, prasuje koszule, gotuje, sprząta, zajmuje się ogrodem i jest matką rozkrzyczanego bobasa. Po jakimś czasie wywalczyła tyle, że zatrudnili gosposię.

No dobrze, ten bobas to jedyne, czego jej jednak zazdrościłam.

„Nieobecną” można już kupić w przedsprzedaży, na przykład w księgarni Ravelo, gdzie zdążyła uzyskać status bestsellera.

nieobecna w ravelo

Przypominam, że w księgarniach stacjonarnych książka ukaże się 17 sierpnia 2016. A tymczasem… wypatrujcie kolejnego fragmentu.

Nieobecna_cytat-1

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura

 

Fragment „Nieobecnej”

03 cze

Zastrzeliła mnie jedna z czytelniczek, pisząc, że nie wolno tak kończyć książek – no bo skąd ona ma wiedzieć, co będzie dalej z Ewą i Klaudią ze „Szczęścia na wagę”. Tym, którzy mają podobne odczucia, przypominam, że „Szczęście…” to pierwszy tom trylogii. Dalsze losy poznacie jesienią, czytając „Miłość z nutą imbiru”, a ostatecznie wszystkie nitki rozplączą się na początku 2017 roku w tomie trzecim – „Pełnymi garściami”, który właśnie skończyłam (hurra!!!).

Tymczasem zaś – dokładnie za 75 dni – „Nieobecna”. Jest to zupełnie odmienna opowieść, inna pod względem klimatu, tematyki - w ogóle wszystkiego. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Redaktor Magda z wydawnictwa Czwarta Strona napisała mi, że według niej to najlepsza z moich powieści. Ciekawa jestem, czy zgodzicie się z tą opinią.

Na zaostrzenie apetytu dziś zaserwuję Wam początek. Kolejnych fragmentów wypatrujcie co jakiś czas.

Zaczęło się, jak to często bywa, od nic nieznaczącej błahostki, którą łatwo byłoby zignorować. Mianowicie od natrętnego bulgotania komórki. Swoją drogą kto, do ciężkiej cholery, ustawił taki dziwaczny dźwięk zamiast normalnego dzwonka?

Kto mógł ustawić, jak nie ja. Przecież nie miałam nikogo, kto grzebałby mi w ustawieniach telefonu.

Ubrałam się i wysuszyłam włosy. Poranny prysznic zawsze stawiał mnie na nogi, zwłaszcza jeśli wystarczyło mi silnej woli, aby na koniec opłukać się chłodną wodą. Najczęściej nie wystarczało. Nie mówiąc już o tym, że w tamtym okresie na ogół brakowało mi silnej woli na to, żeby chociaż w najmniejszym stopniu o siebie zadbać. Ale wtedy akurat miałam dobry dzień – chciało mi się wymodelować włosy i wyrównać brwi. To już było coś.

 Zanim odczytałam wiadomość (bo po nieodebranym połączeniu przyszedł także równie „bulgoczący” esemes), zrobiłam jeszcze mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Tak miałam potem pomyśleć: że niepotrzebnych. Jak bardzo błędne było to przekonanie, miało się dopiero okazać. Na razie nie posiadałam tej wiedzy.

Wykorzystałam fakt, że miałam tego dnia ochotę na jakąkolwiek aktywność – wypucowałam lustro, przetarłam okna, wypolerowałam klamki, wytarłam na mokro, a następnie na sucho wszelkie gładkie powierzchnie i poodkurzałam, zaciekle trąc ssawką po włochatym dywanie, który kupiłam, gdy jeszcze myślałam, że będę się na nim kochać z Markiem. Dywan sam w sobie nic mi nie zawinił, ale jego kudły okazały się doskonałym siedliskiem dla paprochów wszelkiej maści. Nienawidziłam tego, jak każdego nieporządku; potrzebowałam sterylnego ładu. Panowałam nad wszystkim w moim idealnym mieszkaniu – z wyjątkiem tego niepokornego, kosmatego dywanu.

Miał kolor gorzkiej czekolady. Głupio się przyznać, ale dobrałam go do Markowych tęczówek.

 O nieodczytanej wiadomości przypomniałam sobie dopiero, gdy usiadłam na moment z filiżanką kawy. Tylko na chwileczkę, aby nie zacząć myśleć, rozpamiętywać, nie wpaść znowu w czarną dziurę depresji, w której jedynym, co potrafiłam i na co miałam siłę, było bezmyślne gapienie się w ścianę.

Najpierw musiałam znaleźć dżinsy, w których chodziłam poprzedniego dnia (oczywiście, telefon został w kieszeni). Otworzyłam klapkę. To od Julki. Jak zwykle w takich razach, poczułam leciutkie ukłucie rozczarowania, że nie od Marka. Marek nie dzwonił, nie esemesował, nie dawał znaku życia. Na moje własne życzenie. Ale przecież moim drugim życzeniem było, żeby przyszedł któregoś dnia i powiedział: „Nic mnie nie obchodzi, co było i co będzie, liczy się dzisiejszy dzień – i chcę go spędzić z tobą”. W tym momencie powinien wziąć mnie mocno w ramiona. Kiczowate i banalne, ale dokładnie takie były moje pragnienia, nic oryginalnego.

Ewentualnie mógłby powiedzieć coś bardziej stanowczego, na przykład: „Wybieram ciebie, odchodzę od żony”. Albo jakoś romantycznie, na pozór wyznanie słabości, ale w gruncie rzeczy twardo i po męsku: „Bez ciebie nie daję rady. Nie umiem”. Odgrywałam sobie te sceny w wyobraźni setki razy, niemal za każdym razem kończąc je jakimiś łzawymi oświadczynami. Zupełnie bez sensu, bo przecież już wiedziałam, że on od żony nie odejdzie.

Tak czy inaczej, to oczywiście nie był esemes od Marka, lecz od Julki. Od mojej siostry.

Przypominam: „Nieobecna” pojawi się w księgarniach 17 sierpnia. Wypatrujcie tej niepokojącej, hipnotyzującej okładki…

Nieobecna_okładka

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii, Literatura