RSS
 

„Nieobecna” – odsłona trzecia

03 lip

Pamiętacie? Zdradziłam Wam już, jak się zaczyna „Nieobecna”, jaką wiadomość odbiera główna bohaterka i o czym rozmawia z siostrą. Pora na ciąg dalszy…

Włożyłam nową bluzkę. Niby to tylko siostra, ale prawda była taka, że zawsze chciałam zrobić na niej wrażenie, zasłużyć na pochwałę. Julia. Moja bliźniaczka, błyskotliwa, urocza i seksowna Julka. Moja lepsza wersja.

Ona też tak kiedyś powiedziała: że patrząc na mnie widzi lepszą siebie – taką, jaka mogłaby być, gdyby przykładała się do nauki, gdyby umiała zmusić się do pracy nad sobą, gdyby miała silną wolę, nie wydawała tyle na ciuchy i kosmetyki. Obie czegoś sobie nawzajem zazdrościłyśmy. I mimo wszystkich różnic, kłótni i wykrzyczanych złośliwości, byłyśmy sobie niewiarygodnie bliskie, również fizycznie.

Kiedyś jadąc pociągiem stałyśmy przy oknie, otworzyłyśmy je i pozwalałyśmy, by pęd powietrza zamykał nam oczy. Dopiero po długiej chwili zorientowałam się, że trzymamy się za ręce. Dłoń Julki była jak moja własna. Nie czułam jej pod palcami.

 Zanim wyjechałam z domu, podmalowałam mocniej rzęsy. To bez sensu, wiedziałam o tym doskonale. Przecież nie było szans, żebym po drodze spotkała Marka. Nigdy, przez te koszmarne trzy lata, nie udało mi się wpaść na niego przypadkiem. Z jednej strony bardzo tego pragnęłam i szukałam go. Ilekroć kupiłam sobie nowy ciuch, stroiłam się i robiłam na bóstwo, a potem jechałam na zakupy do „jego” centrum handlowego albo snułam się po sklepach, w których on bywał. Najchętniej po księgarniach. Brałam do ręki książki, z którymi chciałam, aby mnie zobaczył, gdy przypadkiem tam wejdzie i będzie mi się ukradkiem przyglądał zza regałów.

Ale z drugiej strony bardzo się bałam, że pewnego dnia się to stanie. Naprawdę zdarzy się tak, że on wejdzie do tej księgarni albo że nasze wózki zderzą się w supermarkecie. Spojrzę na niego, on spojrzy na mnie. Będę wyglądała pięknie i on pomyśli, że mnie kocha i że przez całe życie szukał właśnie mnie. Ale u jego boku będzie żona. Podniesie na niego zdziwiony wzrok i zapyta: „Stało się coś”?

 Stojąc na światłach, usiłowałam sobie przypomnieć, jakie miałam plany na ten urlop. Bo przecież coś planowałam, na pewno nie zamierzałam spędzić wakacji upijając się z tęsknoty, sprzątając w moim czystym mieszkaniu ani łkając rozpaczliwie do piosenek o miłości. Jednak nie mogłam sobie przypomnieć niczego konkretnego. Uświadomiłam sobie, że przez ostatnie trzy lata liczyłam na to, że Marek wygospodaruje dla mnie kilka dni i wyjedziemy gdzieś razem. Dokądkolwiek, nawet do najbliższego motelu za miastem – gdzieś, gdzie nikt nas nie zna i gdzie mogłabym przez cały dzień tylko leżeć wtulona w niego.

Kiedy przestałam na to czekać, urlop przestał być urlopem, lato nie było latem, nie było słońca, nie było w ogóle nic.

 Julka mieszkała w pięknym domu swego cholernie bogatego męża. Nie musiała pracować. Choć skończyłyśmy te same studia i choć to ona była gorszą studentką, miewała poprawki, raz omal nie powtarzała roku – teraz ja biedziłam się nad klasówkami z części mowy, a ona opływała w luksusy. Jednak wcale jej nie zazdrościłam. Dobrze wiedziałam, że nie jest szczęśliwa. Z goryczą opowiadała, że dopiero po ślubie zorientowała się, jaki był ideał życia Patryka: on zarabia pieniądze i ogląda mecz za meczem, a ona pierze jego gacie, prasuje koszule, gotuje, sprząta, zajmuje się ogrodem i jest matką rozkrzyczanego bobasa. Po jakimś czasie wywalczyła tyle, że zatrudnili gosposię.

No dobrze, ten bobas to jedyne, czego jej jednak zazdrościłam.

„Nieobecną” można już kupić w przedsprzedaży, na przykład w księgarni Ravelo, gdzie zdążyła uzyskać status bestsellera.

nieobecna w ravelo

Przypominam, że w księgarniach stacjonarnych książka ukaże się 17 sierpnia 2016. A tymczasem… wypatrujcie kolejnego fragmentu.

Nieobecna_cytat-1

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura

 

Idealny deser na upały

26 cze

Podczas upałów ciężko się pisze książki, nawet wiatrak nie pomaga. W takie dni humor poprawia mi tylko coś pysznego, lekkiego i ZIMNEGO, czyli na przykład taki deser, jak ten dzisiejszy.

Przygotowujemy: galaretkę wiśniową (albo inną, według uznania), serek mascarpone, śmietanę 36%, dowolne owoce, cukier puder, kawałek czekolady, płatki migdałów.

Galaretkę rozpuszczamy w mniejszej ilości wody, niż podano na opakowaniu. Do szklanek wrzucamy owoce – u mnie były to wiśnie - po czym zalewamy ostudzoną galaretką i wstawiamy do lodówki w pozycji przechylonej. Ja ustawiam je w keksówce, z jednej strony podkładając drewnianą łyżkę.

Kiedy galaretka zastygnie, ubijam śmietanę z 2-3 łyżkami cukru pudru – nie daję za dużo cukru, bo przecież galaretka jest słodka. Następnie dodaję serek mascarpone i jeszcze chwilę ubijam, żeby się wszystko pięknie wymieszało. Na zastygniętą ukośnie galaretkę nakładam krem śmietankowy, na to sypię startą na tarce czekoladę, kładę dowolne owoce (u mnie były to czerwone porzeczki – ich kwaśny smak idealnie pasował do czekolady), potem jeszcze po łyżce kremu i uprażone lekko płatki migdałów.

Deser trzymamy w lodówce aż do momentu podania. Moim nieskromnym zdaniem – rewelacja.

DSC_0462

DSC_0465

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego

 

Drugi fragment „Nieobecnej”

12 cze

Zakończyłam pracę nad III tomem cyklu, zamknęłam wszystkie wątki i pomyślałam, że czas na opowieść o kimś zupełnie innym. Jakiś czas temu moje czytelniczki na FB zadecydowały, iż główna bohaterka tej nowej książki zwać się będzie Iga. Tak więc siedzę nad opowieścią o Idze, wstępnie zatytułowaną „Ławeczka pod bzem”. Jeśli jednak sądzicie, że to będzie łzawa opowieść o romantycznej miłości, to się mylicie. Może i będzie trochę opowieścią o miłości, ale na pewno nie łzawą. ;)

Tymczasem zaś zbliża się premiera „Nieobecnej”, książki mocnej i wyrazistej. Pamiętacie? Poprzedni fragment skończył się na tym, że główna bohaterka odebrała esemesa od swojej siostry…

Dlaczego nie odbierasz? Zadzwoń!!!

Tyle wykrzykników? Julia była wprawdzie bardzo emocjonalna, jednak ta wiadomość zdziwiła mnie swoją krzykliwością. No i prośba o telefon. Przecież się pokłóciłyśmy. Nie widziałyśmy się od… zaraz, od miesiąca. Sprawdziłam: siedem połączeń nieodebranych. Na pewno wszystkie z dzisiaj? Zerknęłam na datę – owszem, szósty lipca. Musiała dzwonić, gdy byłam pod prysznicem, a że ustawiłam ten idiotyczny dzwonek – bulgotanie, nie miałam szans usłyszeć. To musiało być coś ważnego.

Wybrałam jej numer.

- Co się dzieje? Dlaczego każesz mi dzwonić?

- Co się dzieje?! To ty mi powiedz, co się dzieje! Nie odbierasz, dzwoniłam chyba dziesięć razy. Marek jest u ciebie?

- Siedem, a nie dziesięć. A Marka nie ma. I już go u mnie nie będzie. Nigdy.

Umilkła na chwilę, po czym wyszeptała:

- Zerwałaś?

- Przecież do tego mnie namawiałaś, prawda? Według ciebie powinnam była to zrobić już dawno!

- Tak, wiem. Nie kłóćmy się znowu – ucięła szybko.

Za szybko. Miała coś na sumieniu albo czegoś ode mnie chciała.

- Jula, potrzebuję twojej pomocy. I rozmowy. Przyjedź – poprosiła.

- Pomocy? Niby w czym?

- Przypilnujesz mi małego? Tylko kilka godzin, no, najwyżej do rana.

Zaskoczyła mnie. Nigdy dotąd  – to znaczy odkąd została matką – nie spędziła nocy poza domem.

- Na tak długo? Dlaczego? Co się stało?

- Porozmawiamy, wszystko ci wyjaśnię. Powiedz tylko, czy możesz, czy nie masz niczego w planach.

- Ja nie miewam planów, przecież wiesz – odpowiedziałam, starając się, żeby to nie brzmiało jak biadolenie starej panny.

- Kocham cię, siostrzyczko. Przyjedź, błagam. Musimy pogadać.

Rozłączyła się. Dziwne. Była nienormalnie podekscytowana, nawet jak na nią.

      Później wiele razy miałam wracać w myślach do tych chwil. Co by było, gdyby… Gdybym nie odczytała wiadomości lub odczytała dopiero po kilku godzinach, gdybym nie oddzwoniła albo odmówiła spełnienia jej prośby. Czy cała lawina zdarzeń potoczyłaby się tym samym torem? Zapewne tak, bo przecież ktoś gdzieś już podjął pewne decyzje i poczynił przygotowania – ale wszystko to stałoby się bez mojego udziału. I ostatecznie bardzo trudno było mi odpowiedzieć na pytanie, czy wolałabym pozostać na zewnątrz, być tylko przerażonym widzem i nie wdepnąć w tę ponurą historię.

„Nieobecna” już niedługo pojawi się w przedsprzedaży. Tymczasem zaś wypatrujcie kolejnego fragmentu…

Nieobecna_okładka

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Literatura

 

Cudowny deser z truskawkami

09 cze

Każdy ma swoje pięć minut, nawet truskawka. I teraz właśnie owo truskawkowe pięć minut trwa – tylko w czerwcu możemy cieszyć się smakiem świeżych, dojrzałych, czerwonych, słodkich, soczystych, aromatycznych… i tak dalej. Jestem wielką miłośniczką tych owoców. Lubię też maliny, kocham śliwki, jagody i borówki amerykańskie, ale truskawka ma w sobie coś z magii wczesnego dzieciństwa, coś babciowo-dziadkowego, wakacyjnego.

Truskawki najczęściej jem zwyczajnie, bez cukru, ale jeśli już mi się przejedzą, to przygotowuję koktajl z maślanką lub kefirem. Natomiast nie piekę na ogół ciast z tymi owocami, bo mi zwyczajnie żal – ich urody, soczystości, jędrności. W cieście, choć nadal pyszne, stają się mokrymi plamkami. Szkoda ich na to – jeśli już, to zużyjmy do tego truskawki mrożone, gdy sezon dawno minie, a my zatęsknimy za tym jedynym w świecie smakiem.

W wielu deserach można wykorzystać truskawki świeże, ze wszystkimi ich zaletami. Jednym z takich deserów jest Pavlova – pyszny, a jednocześnie bardzo łatwy torcik bezowy wypełniony puszystym kremem i udekorowany plasterkami truskawek oraz listkami mięty lub stewii. O ile wiem, powstał na cześć rosyjskiej primabaleriny, Anny Pawłowej, podczas jej wizyty w Australii lub Nowej Zelandii (oba kraje spierają się o to, gdzie po raz pierwszy przyrządzono ten rarytas).

Istnieją oczywiście wariacje na temat Pavlovej: można ją podawać z różnymi owocami (słyszałam, że w pierwotnej wersji była z kiwi), można też zamiast kremu dać samą bitą śmietanę. Jak kto lubi.

Podaję składniki:

Beza: 6 białek (jajka średniej wielkości) + 300 g cukru pudru

Krem: serek mascarpone (250 g) + śmietana 36% (200 g) + 50 g cukru pudru (przesiany – żadnych grudek!)

owoce na wierzch – ile kto lubi i jakie kto lubi

Tajemnica przygotowania bezy tkwi podobno w idealnie czystym naczyniu. Nawet odrobina tłuszczu na ściankach może sprawić, że piana spłynie. Druga ważna sprawa to tempo: nie wolno się spieszyć - białka ubijamy długo, a cukier dodajemy bardzo powoli. Ja zaczynam dodawać cukier, gdy piana jest już prawie sztywna, niektórzy sugerują, żeby zrobić to dopiero kiedy już trzyma się ścianek i dna naczynia. Moje doświadczenia z bezą są jednak takie, że lepiej zacząć za wcześnie niż za późno. Tak czy owak, najpierw ubijamy same białka, a gdy staną się one pianą, powiedzmy: prawie sztywną, powoli zaczynamy dodawanie cukru. Po łyżeczce, cierpliwie. U mnie trwa to ok. 30 minut.

Na papierze do pieczenia rysujemy okrąg (na przykład przykładając talerz lub pokrywkę od garnka) i nakładamy sztywną, lśniącą pianę, rozprowadzając ją łyżką tak, aby uformować „miseczkę” – od środka na boki, żeby powstały ścianki. Następnie wkładamy blaszkę do piekarnika rozgrzanego do 120 stopni z termoobiegiem, ale natychmiast zmniejszamy temperaturę do 100 stopni i suszymy bezę przez półtorej do dwóch godzin. Powinna pozostać biała, ewentualnie stać się kremowa. Po upieczeniu pozwalamy jej wystygnąć w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Do zimnej „miseczki” z bezy nakładamy krem. Przygotowuje się go bardzo prosto: ubijamy mocno schłodzoną kremówkę, dosypujemy cukru pudru, a gdy śmietana jest sztywna, delikatnie dodajemy równie schłodzony serek mascarpone i jeszcze trochę miksujemy, ale delikatnie. W moim przepisie jest cukru pudru niewiele, tak więc krem wyjdzie raczej mdły, ale do baaaardzo słodkiej bezy naprawdę nie potrzebujemy słodkiego kremu. Jeśli ktoś lubi słodycz w każdej ilości, można dodać więcej cukru do śmietany, np. 70 g.

Na koniec dekorujemy deser owocami, na przykład pokrojonymi truskawkami. Radzę je nieco odsączyć, bo nadmiar soku będzie się zbierał pod bezą. Wyobrażam sobie, że Pavlova musi być pyszna także z agrestem oraz z porzeczkami, bo jest bardzo słodka, więc coś kwaśnego na wierzchu pięknie by tę słodycz przełamało.

DSC_0055

DSC_0056

DSC_0065

Mogę Wam także zdradzić, że Pavlova pojawi się w jednej z moich książek – w III tomie cyklu „Wszystkie smaki życia”, zatytułowanym „Pełnymi garściami”. Nie zdradzę na razie kto, ale KTOŚ założy tam sympatyczną knajpkę,w której ten deser będzie się serwować o każdej porze roku. Przypominam, że I tom tego cyklu – „Szczęście na wagę” – jest już w księgarniach; znajdziecie go w Empikach, Matrasach, można też zamawiać przez internet.

thumb

Tymczasem jednak trwają przygotowania do sierpniowej premiery „Nieobecnej”. Już wkrótce – kolejny fragment! :)

 

 

 

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Fragment „Nieobecnej”

03 cze

Zastrzeliła mnie jedna z czytelniczek, pisząc, że nie wolno tak kończyć książek – no bo skąd ona ma wiedzieć, co będzie dalej z Ewą i Klaudią ze „Szczęścia na wagę”. Tym, którzy mają podobne odczucia, przypominam, że „Szczęście…” to pierwszy tom trylogii. Dalsze losy poznacie jesienią, czytając „Miłość z nutą imbiru”, a ostatecznie wszystkie nitki rozplączą się na początku 2017 roku w tomie trzecim – „Pełnymi garściami”, który właśnie skończyłam (hurra!!!).

Tymczasem zaś – dokładnie za 75 dni – „Nieobecna”. Jest to zupełnie odmienna opowieść, inna pod względem klimatu, tematyki - w ogóle wszystkiego. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Redaktor Magda z wydawnictwa Czwarta Strona napisała mi, że według niej to najlepsza z moich powieści. Ciekawa jestem, czy zgodzicie się z tą opinią.

Na zaostrzenie apetytu dziś zaserwuję Wam początek. Kolejnych fragmentów wypatrujcie co jakiś czas.

Zaczęło się, jak to często bywa, od nic nieznaczącej błahostki, którą łatwo byłoby zignorować. Mianowicie od natrętnego bulgotania komórki. Swoją drogą kto, do ciężkiej cholery, ustawił taki dziwaczny dźwięk zamiast normalnego dzwonka?

Kto mógł ustawić, jak nie ja. Przecież nie miałam nikogo, kto grzebałby mi w ustawieniach telefonu.

Ubrałam się i wysuszyłam włosy. Poranny prysznic zawsze stawiał mnie na nogi, zwłaszcza jeśli wystarczyło mi silnej woli, aby na koniec opłukać się chłodną wodą. Najczęściej nie wystarczało. Nie mówiąc już o tym, że w tamtym okresie na ogół brakowało mi silnej woli na to, żeby chociaż w najmniejszym stopniu o siebie zadbać. Ale wtedy akurat miałam dobry dzień – chciało mi się wymodelować włosy i wyrównać brwi. To już było coś.

 Zanim odczytałam wiadomość (bo po nieodebranym połączeniu przyszedł także równie „bulgoczący” esemes), zrobiłam jeszcze mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Tak miałam potem pomyśleć: że niepotrzebnych. Jak bardzo błędne było to przekonanie, miało się dopiero okazać. Na razie nie posiadałam tej wiedzy.

Wykorzystałam fakt, że miałam tego dnia ochotę na jakąkolwiek aktywność – wypucowałam lustro, przetarłam okna, wypolerowałam klamki, wytarłam na mokro, a następnie na sucho wszelkie gładkie powierzchnie i poodkurzałam, zaciekle trąc ssawką po włochatym dywanie, który kupiłam, gdy jeszcze myślałam, że będę się na nim kochać z Markiem. Dywan sam w sobie nic mi nie zawinił, ale jego kudły okazały się doskonałym siedliskiem dla paprochów wszelkiej maści. Nienawidziłam tego, jak każdego nieporządku; potrzebowałam sterylnego ładu. Panowałam nad wszystkim w moim idealnym mieszkaniu – z wyjątkiem tego niepokornego, kosmatego dywanu.

Miał kolor gorzkiej czekolady. Głupio się przyznać, ale dobrałam go do Markowych tęczówek.

 O nieodczytanej wiadomości przypomniałam sobie dopiero, gdy usiadłam na moment z filiżanką kawy. Tylko na chwileczkę, aby nie zacząć myśleć, rozpamiętywać, nie wpaść znowu w czarną dziurę depresji, w której jedynym, co potrafiłam i na co miałam siłę, było bezmyślne gapienie się w ścianę.

Najpierw musiałam znaleźć dżinsy, w których chodziłam poprzedniego dnia (oczywiście, telefon został w kieszeni). Otworzyłam klapkę. To od Julki. Jak zwykle w takich razach, poczułam leciutkie ukłucie rozczarowania, że nie od Marka. Marek nie dzwonił, nie esemesował, nie dawał znaku życia. Na moje własne życzenie. Ale przecież moim drugim życzeniem było, żeby przyszedł któregoś dnia i powiedział: „Nic mnie nie obchodzi, co było i co będzie, liczy się dzisiejszy dzień – i chcę go spędzić z tobą”. W tym momencie powinien wziąć mnie mocno w ramiona. Kiczowate i banalne, ale dokładnie takie były moje pragnienia, nic oryginalnego.

Ewentualnie mógłby powiedzieć coś bardziej stanowczego, na przykład: „Wybieram ciebie, odchodzę od żony”. Albo jakoś romantycznie, na pozór wyznanie słabości, ale w gruncie rzeczy twardo i po męsku: „Bez ciebie nie daję rady. Nie umiem”. Odgrywałam sobie te sceny w wyobraźni setki razy, niemal za każdym razem kończąc je jakimiś łzawymi oświadczynami. Zupełnie bez sensu, bo przecież już wiedziałam, że on od żony nie odejdzie.

Tak czy inaczej, to oczywiście nie był esemes od Marka, lecz od Julki. Od mojej siostry.

Przypominam: „Nieobecna” pojawi się w księgarniach 17 sierpnia. Wypatrujcie tej niepokojącej, hipnotyzującej okładki…

Nieobecna_okładka

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii, Literatura

 

Dzień Matki

26 maj

Kiedy byłam młoda i niewiele wiedziałam o życiu, byłam zdania, że pewne rzeczy nam się po prostu należą. A jedną nich, z tych oczywistości, które przyjmuje się w sposób naturalny i bezrefleksyjny, była miłość Mamy, jej opieka i pomoc.

Musiało minąć trochę czasu, musiałam sporo w życiu zobaczyć i przede wszystkim sama doświadczyć macierzyństwa, aby się dowiedzieć, że nic tu nie jest oczywiste, że nic się nikomu nie należy i nic nie przychodzi naturalnie.

Każda matka, która przeżyła bezsenne noce z drącym się wniebogłosy bobasem, wie, że bywają takie chwile, kiedy chciałoby się uciec. Rzucić wszystko w diabły, zabrać kilka najpotrzebniejszych rzeczy i zwyczajnie wyjść, a dokądkolwiek by się doszło, można by zacząć znowu żyć.

A jednak tego nie robimy. Trwamy na posterunku. Małe piąstki zaciskają się na naszych włosach i szarpią je, w brodę wgryzają nam się diabelnie ostre dolne jedynki, ktoś nam obślinia ramię albo zwraca na nową bluzkę nadmiar mleka (już w postaci twarożku), ktoś wali kupę dwie minuty po tym, jak założyłyśmy świeżą pieluszkę i miałyśmy nadzieję na godzinkę snu.

Pewnie, że potem pojawia się pierwszy uśmiech, pierwsze „mama”, pierwsza laurka i serduszko nieporadnie wycięte z piekielnie ważnego dokumentu. Oczywiście, że odczujemy dumę, gdy maluch postawi pierwszy krok, kiedy zaśpiewa w przedszkolu podczas występu albo zatańczy krakowiaczka, kiedy przyniesie pierwszą szóstkę ze szkoły. Ale czy będzie łatwiej? Nie. Bo zacznie też kłamać, używać „wyrazów”, zgubi setny ołówek i pięćsetną temperówkę, zrobi dziurę w nowiutkich spodniach, dostanie gorączki w dniu, kiedy absolutnie nie możemy wziąć opieki, zarzyga świeżą pościel, ukradnie nam dychę z portfela, zacznie się przyjaźnić z absolutnie niewłaściwym kolegą, a na koniec przyłapiemy go/ją z papierosem albo z piwem.

Czy to się kiedyś skończy? Obawiam się, że nie. Mój najstarszy syn ma lat 22, a najmłodszy – 7. Powiem Wam, że nic nie stało się łatwiejsze, wszystkiego jest po prostu więcej. Na pociechę – tych dobrych rzeczy też. Coraz więcej. Każdego dnia umieram z niepokoju, ale też – pękam z dumy. Nie zamieniłabym się z kimś bezdzietnym nawet na jeden dzień. Na noc – okej, może i bym się zamieniła ;) Ale tylko na jedną, bo w tę drugą już bym nie mogła spać z tęsknoty i niepokoju.

A co z tego wszystkiego wynika? Mianowicie to, że teraz już wiem: nic nam się od naszych Mam nie należy. To my jesteśmy im winni opiekę, troskę i miłość. Choćbyśmy próbowali do końca życia, nie zdołamy odwdzięczyć się za to, co otrzymaliśmy.

Dziękuję, Mamo!

DSC_0433

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Styl życia

 

Zapowiedź „Nieobecnej”

13 maj

Cudownie ciepły maj mija mi pod znakiem intensywnej pracy nad „Pełnymi garściami”, czyli trzecią częścią „Wszystkich smaków życia” (zdradzę Wam tylko tyle, że bohaterowie mi się rozjechali po świecie, to Walia, to Czarnogóra, to znów jakaś Prowansja im w głowie) – a tymczasem Wydawca przygotował zapowiedź „Nieobecnej”.

Premierę zapowiedziano na 17 sierpnia, a oto jak brzmi nota wydawnicza:

Dwie bliźniaczki, Julia i Julita, prowadzą osobliwą grę: zamieniają się ubraniem, zmieniają makijaż i fryzurę, żeby przejąć tożsamość tej drugiej.

Julita jest beznadziejnie zakochaną singielką, która pragnie stabilizacji i rodzinnego ciepła.

Julii na pozór niczego nie brakuje, żyje otoczona luksusem, z własną gosposią i ogrodnikiem. Ma męża i syna, ale niestety jej życie pozbawione jest miłości… Męża traktuje przedmiotowo, a synem niemal wcale się nie interesuje.

Julita często odwiedza Julię i zajmuje jej miejsce, opiekując się siostrzeńcem, podczas gdy Julia spotyka się z kochankami. W ten sposób obie znajdują szczęście i spełnienie. Do czasu. W trakcie jednej z tych osobliwych zamian Julia i jej kochanek zostają znalezieni martwi. Wszyscy są przekonani, że zginęła jej siostra… Do czego doprowadzi skradziona tożsamość?

Najnowszy kryminał Agnieszki Olejnik to pełna niepokoju historia sióstr, które przekroczyły dozwolone granice.

Gdyby to ode mnie zależało, po pierwsze nie zdradziłabym Wam tak wiele z treści, ale cóż, nie miałam na to wpływu. Po drugie, nie użyłabym słowa „kryminał”. Moim zdaniem „Nieobecna” to po prostu powieść z wielką tajemnicą w tle – albo z wieloma tajemnicami. Jedne są bardziej mroczne, inne mniej, jedne sprzed lat, inne zaledwie sprzed paru dni. Przy czytaniu towarzyszyć Wam będzie napięcie i nie będziecie pewni, kto jest kim. Tyle mogę obiecać. Tego, że uda mi się wywieść Was w pole, nie obiecuję – ale bardzo się postaram.

A oto okładka:

Nieobecna_okładka

Podoba Wam się? Dajcie znać!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Literatura

 

„Szczęście na wagę” już w księgarniach

30 kwi

Moja najnowsza książka pojawiła się już na półkach w księgarniach – dostaję sporo maili i wiadomości, że owszem, jest, nareszcie! Za wszystkie takie ciepłe słowa bardzo wam dziękuję, bo zagrzewają mnie do boju; dzięki temu z ogromną radością siadam codziennie do pisania trzeciego tomu historii Ewy Krasickiej. Drugi tom („Miłość z nutą imbiru”) jest gotowy od dawna, a w połowie maja szykuje się jego redakcja. Potem tylko okładka – i gotowe.

A propos okładek, to otrzymałam już wstępny projekt okładki „Nieobecnej”, powieści, która ukaże się 17 sierpnia. Jest zupełnie inna niż się spodziewałam – ale naprawdę dobra, intrygująca, niepokojąca. Na razie nie mogę jej Wam pokazać, ale myślę, że już wkrótce. „Nieobecna” będzie powieścią o zupełnie innym charakterze, chwilami nieco mroczną i trzymającą w napięciu, ale jeśli znacie już inne moje książki, to wiecie, że znajdzie się tam również spora dawka miłości, dobra i nadziei.

Wracając do „Szczęścia na wagę” – otrzymałam już pierwsze recenzje. Oto fragmenty:

Wpadłam po uszy! Zakochałam się w niepowtarzalnym klimacie „Szczęścia na wagę”, rozkoszowałam cudowną atmosferą, podziwiając niebanalny styl autorki i jej dojrzały warsztat. Agnieszce Olejnik udało się napisać powieść, w której łzy pojawiają się na naszej twarzy zaraz po szerokim uśmiechu, a dojrzały humor przeplata się z trudnymi, wzruszającymi wątkami. - Przegląd Czytelniczy

Trudno mi było napisać dla Was recenzję tej książki – nadmiar emocji i refleksji nie pozwala sformułować krótkiej i klarownej opinii. Zbyt wiele jest do powiedzenia. Język jak zwykle piękny i przyjemny w odbiorze, bohaterowie starannie wykreowani, akcja ciekawa i wciągająca od pierwszych stron, a przy tym bardzo prawdziwa… Gdybym była zmuszona powiedzieć jednym słowem, o czym jest książka, odparłabym, że o miłości (w wielu wcieleniach).Kto czyta, nie pyta

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej lektury. Wspaniała, pełna ciepła i życiowej mądrości historia. Aż roi się w niej od trafnych spostrzeżeń na temat złożoności relacji rodzinnych, poczuciu wyobcowania i niezrozumienia przez najbliższych, słabościach ludzkiej natury oraz braku tolerancji wobec wszelkiej odmienności i wszelkiej inności. - Literacki Świat Cyrysi

Dostałam także bardzo interesujący list od czytelniczki, która zamierza odchudzać się z moimi bohaterkami i pyta, czy jadłospisy zamieszczone w książce można wykorzystać. Oczywiście, że można. Ja sama, pisząc „Szczęście na wagę”, stosowałam się do zasad opisanego w książce sposobu odżywiania. Może pamiętacie, że pierwotnie książka miała nosić tytuł „6 kilo młodsza” -  teraz już wiecie, dlaczego. Dokładnie tyle schudłam jedząc według podanych tam jadłospisów :) Od razu muszę dodać, że w przeciwieństwie do Ewy i Klaudii – nie ćwiczyłam. Gdybym tak jak one dołożyła do diety trening, to pewnie byłoby „12 kilo młodsza”…

Miłego czytania! Czekam na Wasze wiadomości, czy się podobało!

thumb

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Literatura

 

Za tydzień premiera!

20 kwi

Dokładnie za tydzień, 27 kwietnia – premiera mojej najnowszej książki „Szczęście na wagę”. Z tej okazji – fragment i konkurs.

Najpierw fragment:

„…jednym z jej marzeń był pies. Malutki piesek. No, tylko na początku malutki. Chciała mieć dużego psa, docelowo dużego. Sama była niewysoka i właściwie nawet z jamnikiem na końcu smyczy czułaby się dobrze, ale gdy pomyślała, że Klaudia miałaby wziąć na spacer taką kruszynkę… Wyglądałoby to zaiste groteskowo.

Wracając do psa, a odsuwając myśl o rozmiarach Klaudii – Ewa marzyła o nim od zawsze. W jej domu rodzinnym psy po prostu były naturalnym elementem życia, równie oczywistym jak kalendarz, zegar z kukułką w dużym pokoju czy miękkie, wygodne kapcie. Kiedy Ewa przeniosła się do akademika, właśnie psia morda była tym, za czym tęskniła najbardziej. Przez całe studia wyobrażała sobie, jak będzie wyglądało jej dorosłe, samodzielne życie – zamieszka w pięknym domu z ogrodem, będzie miała przystojnego, inteligentnego i zabawnego męża oraz pięknego psa; i mimo tego ogródka oboje z mężem będą chodzili na długie spacery po lesie, bo pies się w ogródku nudzi, a jak się nudzi, to kopie dołki i niszczy rośliny. Rośliny też będzie miała piękne, kolorowe, kwitnące, nie tak jak na wsi u rodziców, gdzie ogród oznaczał niemal wyłącznie warzywa i owoce, do tego może ze dwie kępki floksów i malwy pod oknem.

Kiedy poznała Mirka, sceneria w tych marzeniach uległa pewnej transformacji – las przeistoczył się w park, bo Mirek zdecydowanie nie pasował do lasu. Okazał się nieco zbyt wymuskany i „cywilizowany”, niezupełnie przystający do wcześniejszych fantazji Ewy na ten temat, ale postanowiła się nie czepiać, bo z drugiej strony był niezwykle przystojny i imponował jej jakąś taką powagą, dorosłością.

Z biegiem czasu spraw, których Ewa „postanawiała się nie czepiać”, pojawiło się coraz więcej – rezygnowała z kolejnych marzeń, takich jak właśnie pies albo na przykład kwiaty w ogródku (Mirek lubił tylko ogrody nowoczesne, z iglakami ciętymi w kulkę, smukłymi kępami traw i białym żwirem zamiast trawnika – twierdził, że tradycyjny ogród wiejski, taki z kwitnącymi chaszczami, jest bałaganiarski i podśmierduje obornikiem).

Wracając do tu i teraz – co jeszcze? Aha, zapisze się na kurs angielskiego. Zawsze chciała wiedzieć, o czym śpiewają jej ulubieni piosenkarze, w młodości marzył jej się wyjazd do Szkocji i Irlandii, zwiedzanie starych zamków, lekcje tańca celtyckiego i dobre piwo w pubie. Teraz wystarczyłyby jej te piosenki, może jakiś dobry film bez lektora, nie mówiąc już o tym, jak cudownie byłoby móc przeczytać książkę w oryginale. Już nawet znalazła szkołę językową, zajęcia w grupie dorosłych są w środy wieczorem i w soboty rano. Idealnie.

I będzie lepszą matką. Konsekwentną, ale czułą (o ile Klaudia jej na to pozwoli, oczywiście). Mądrą. Zrobi coś – nie miała jeszcze pojęcia, co by to miało być – żeby córka schudła; przecież to okropne, żeby nastolatka ważyła prawie setkę. W ogóle zamierzała postępować z nią jakoś inaczej niż dotychczas, lepiej. Tylko niezupełnie wiedziała, na czym to ma polegać.

Jako prezent pod choinkę kupiła sobie ładny, gruby zeszyt z okładką w żaby i eleganckie pióro Parkera. Właściwie miał to być notatnik na zajęcia z angielskiego, ale jakoś ją dzisiaj podkusiło, żeby wypróbować pióro – i zrobił jej się z tego zeszytu rodzaj pamiętnika. Pisanie zadziałało jak kozetka psychoterapeuty. Z Ewy zaczęły się wylewać niespełnione zamierzenia i plany. Cóż, może tego właśnie potrzebowała”.

A teraz konkurs – ostatni z zaplanowanych na ten miesiąc. Otóż Waszym zadaniem jest odgadnąć, w jakim polskim mieście rozgrywa się akcja tej powieści. Wszyscy mają równe szanse, więc jest to wyłącznie kwestia szczęścia (albo intuicji). Oczywiście w konkursie nie mogą wziąć udziału blogerzy, którzy otrzymali książkę przed premierą :)

Nagrodą będzie egzemplarz „Szczęścia na wagę” lub innej książki mojego autorstwa. Jako dodatek – zakładka drewniana wykonana przez autorkę techniką decoupage. 8-)

DSC_0201

Jeśli nikt nie zgadnie – wygra ten, kto strzeli najbliżej (wyliczymy kilometry :-? ), a jeśli zgadnie kilka osób – będzie trzeba zrobić losowanie. Na odpowiedzi czekam do niedzieli 24 kwietnia – można przysyłać je mailem, w wiadomości prywatnej na FB  albo wpisać jako komentarz.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura

 

Zaproszenie na Targi Książki

15 kwi

Do zobaczenia na Warszawskich Targach Książki – w niedzielę 22 maja będę podpisywała książki na stoisku wydawnictwa Czwarta Strona.

Zapraszam Was serdecznie!

grafika targowa_agnieszka olejnik

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura