RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Styl życia’

Czarny poniedziałek

03 paź

Nie, nie jestem zwolenniczką aborcji. I nie, nie jestem wojującą feministką. Kim więc jestem? Szczęśliwą matką trojga zdrowych dzieci. Jak niemal każda matka, oddałabym życie, żeby chronić moich synów. Ale to nie ma w dzisiejszym proteście żadnego znaczenia. To nie ma nic do rzeczy, bo nie o to chodzi w tym strajku.

Kobiety, które dziś – podobnie jak ja – nie poszły do pracy i które, ubrane na czarno, wezmą udział w wydarzeniach w całej Polsce, też w ogromnej większości nie są zwolenniczkami aborcji. Uważają po prostu, że bywają w życiu sytuacje, kiedy trzeba wybierać między większym a mniejszym cierpieniem. Między większym a mniejszym złem. Jest dla mnie oczywiste, że takie decyzje należy pozostawić kobiecie, której to dotyczy. Nie może o tym decydować nikt inny – nieważne, czy będą to posłowie, czy posłanki. Nie wszystko mieści się w kodeksach i paragrafach. Ludzkie historie często wymykają się prostemu klasyfikowaniu i nie da się ich wetknąć do szufladki z napisem DOBRE i ZŁE. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to znaczy, że niewiele jeszcze przeżył i widział. Albo widział, lecz nie zrozumiał, czyli jest zwyczajnie głupi.

Jeśli naszym rządzącym naprawdę zależy na tym, żeby chronić życie, to niech zaczną od początku. Niech sprawią, żeby młodzież była edukowana seksualnie, żeby młodziutkie dziewczyny nie zachodziły w ciążę z przypadkowym partnerem na zakrapianej imprezie, żeby nie rodziły się niechciane dzieci, którymi ktoś potem rzuca o podłogę. Niech nasi „łaskawie nam panujący” zagwarantują niegotowym jeszcze na macierzyństwo kobietom łatwy dostęp do antykoncepcji. Urodzi się mniej dzieci? Owszem, ale będą to dzieci upragnione, wyczekiwane.

Niech ktoś się wreszcie zajmie żłobkami i przedszkolami, w których wciąż brakuje miejsc, co z pewnością nie sprawia, że kobiety chcą mieć więcej dzieci. I wreszcie – tym, czego potrzebujemy, jest mądry, przemyślany i skuteczny system pomocy samotnym rodzicom. Właśnie to wszystko sprawi, że kobiety nie będą nawet myślały o aborcji jako o sposobie na rozwiązanie „problemu”. Bo po prostu ciąża, nawet ta nieplanowana, nie będzie dłużej „problemem”.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Styl życia

 

Aromatyczna malinówka

29 sie

W moim ogrodzie trwa malinowe szaleństwo. Niemal codziennie zbieramy miseczkę tych cudownie aromatycznych owoców, pijemy koktajle z maślanki albo jogurtu, robimy pyszne desery, a maliny wciąż dojrzewają… Postanowiłam więc nastawić nalewkę, która w zimowe wieczory przypomni mi, jak pięknie pachniał sierpień.

DSC_1373

Potrzebujemy 1 kg malin, 1/2 litra spirytusu, 1/2 litra wódki i pół kilograma cukru. To jest wersja podstawowa. W wersji wzbogaconej można dodać ok. 100 ml ginu lub rumu. Ja dotychczas robiłam bez dodatków, w tym roku zdecydowałam się na gin lubuski, więc moja malinówka będzie miała posmak jałowcowy.

Maliny starannie przebieramy. Moje pochodzą z ekologicznego ogrodu położonego z dala od świata, ale jeśli kupujemy, to warto jednak przepłukać i osuszyć. Następnie wsypujemy je do słoja i zasypujemy cukrem. Niech puszczą trochę soku. Potrząsamy raz i drugi, żeby cukier dobrze oblepił owoce i zostawiamy na jakąś godzinkę. Wreszcie wlewamy alkohol i to już koniec roboty.

Stawiamy nasz słój w słonecznym, ciepłym miejscu na tydzień, codziennie potrząsamy. Po tygodniu odstawiamy na 3 tygodnie w równie ciepłe miejsce, ale w cieniu. Potrząsamy nadal, choć niekoniecznie codziennie.

Znam różne przepisy na malinówkę, w niektórych potrząsania nie ma wcale, w innych jest dwa razy dziennie. Nie sądzę, żeby to miało jakieś wielkie znaczenie. W większości tradycyjnych receptur powtarza się natomiast jedna informacja: że maliny macerowane w alkoholu nie powinny długo stać na słońcu – podobno wówczas z pesteczek uwalnia się gorycz. Ile w tym prawdy, nie mam pojęcia, ale wolę nie ryzykować, dlatego po tygodniu słój wędruje do cienia.

DSC_1357

Po miesiącu płyn zlewamy, resztkę przesączamy przez gazę, bo szkoda, żeby się zmarnowało. Niestety, nie mam patentu na to, co można zrobić z pozostałą ciapką z malin (słyszałam, że niektórzy robią z tego mus alkoholowy do lodów, ale nigdy nie próbowałam).

Po zlaniu nalewki do butelek pozwalamy jej jeszcze dojrzeć. Otwieramy w okolicach Bożego Narodzenia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Cudowny deser z truskawkami

09 cze

Każdy ma swoje pięć minut, nawet truskawka. I teraz właśnie owo truskawkowe pięć minut trwa – tylko w czerwcu możemy cieszyć się smakiem świeżych, dojrzałych, czerwonych, słodkich, soczystych, aromatycznych… i tak dalej. Jestem wielką miłośniczką tych owoców. Lubię też maliny, kocham śliwki, jagody i borówki amerykańskie, ale truskawka ma w sobie coś z magii wczesnego dzieciństwa, coś babciowo-dziadkowego, wakacyjnego.

Truskawki najczęściej jem zwyczajnie, bez cukru, ale jeśli już mi się przejedzą, to przygotowuję koktajl z maślanką lub kefirem. Natomiast nie piekę na ogół ciast z tymi owocami, bo mi zwyczajnie żal – ich urody, soczystości, jędrności. W cieście, choć nadal pyszne, stają się mokrymi plamkami. Szkoda ich na to – jeśli już, to zużyjmy do tego truskawki mrożone, gdy sezon dawno minie, a my zatęsknimy za tym jedynym w świecie smakiem.

W wielu deserach można wykorzystać truskawki świeże, ze wszystkimi ich zaletami. Jednym z takich deserów jest Pavlova – pyszny, a jednocześnie bardzo łatwy torcik bezowy wypełniony puszystym kremem i udekorowany plasterkami truskawek oraz listkami mięty lub stewii. O ile wiem, powstał na cześć rosyjskiej primabaleriny, Anny Pawłowej, podczas jej wizyty w Australii lub Nowej Zelandii (oba kraje spierają się o to, gdzie po raz pierwszy przyrządzono ten rarytas).

Istnieją oczywiście wariacje na temat Pavlovej: można ją podawać z różnymi owocami (słyszałam, że w pierwotnej wersji była z kiwi), można też zamiast kremu dać samą bitą śmietanę. Jak kto lubi.

Podaję składniki:

Beza: 6 białek (jajka średniej wielkości) + 300 g cukru pudru

Krem: serek mascarpone (250 g) + śmietana 36% (200 g) + 50 g cukru pudru (przesiany – żadnych grudek!)

owoce na wierzch – ile kto lubi i jakie kto lubi

Tajemnica przygotowania bezy tkwi podobno w idealnie czystym naczyniu. Nawet odrobina tłuszczu na ściankach może sprawić, że piana spłynie. Druga ważna sprawa to tempo: nie wolno się spieszyć - białka ubijamy długo, a cukier dodajemy bardzo powoli. Ja zaczynam dodawać cukier, gdy piana jest już prawie sztywna, niektórzy sugerują, żeby zrobić to dopiero kiedy już trzyma się ścianek i dna naczynia. Moje doświadczenia z bezą są jednak takie, że lepiej zacząć za wcześnie niż za późno. Tak czy owak, najpierw ubijamy same białka, a gdy staną się one pianą, powiedzmy: prawie sztywną, powoli zaczynamy dodawanie cukru. Po łyżeczce, cierpliwie. U mnie trwa to ok. 30 minut.

Na papierze do pieczenia rysujemy okrąg (na przykład przykładając talerz lub pokrywkę od garnka) i nakładamy sztywną, lśniącą pianę, rozprowadzając ją łyżką tak, aby uformować „miseczkę” – od środka na boki, żeby powstały ścianki. Następnie wkładamy blaszkę do piekarnika rozgrzanego do 120 stopni z termoobiegiem, ale natychmiast zmniejszamy temperaturę do 100 stopni i suszymy bezę przez półtorej do dwóch godzin. Powinna pozostać biała, ewentualnie stać się kremowa. Po upieczeniu pozwalamy jej wystygnąć w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Do zimnej „miseczki” z bezy nakładamy krem. Przygotowuje się go bardzo prosto: ubijamy mocno schłodzoną kremówkę, dosypujemy cukru pudru, a gdy śmietana jest sztywna, delikatnie dodajemy równie schłodzony serek mascarpone i jeszcze trochę miksujemy, ale delikatnie. W moim przepisie jest cukru pudru niewiele, tak więc krem wyjdzie raczej mdły, ale do baaaardzo słodkiej bezy naprawdę nie potrzebujemy słodkiego kremu. Jeśli ktoś lubi słodycz w każdej ilości, można dodać więcej cukru do śmietany, np. 70 g.

Na koniec dekorujemy deser owocami, na przykład pokrojonymi truskawkami. Radzę je nieco odsączyć, bo nadmiar soku będzie się zbierał pod bezą. Wyobrażam sobie, że Pavlova musi być pyszna także z agrestem oraz z porzeczkami, bo jest bardzo słodka, więc coś kwaśnego na wierzchu pięknie by tę słodycz przełamało.

DSC_0055

DSC_0056

DSC_0065

Mogę Wam także zdradzić, że Pavlova pojawi się w jednej z moich książek – w III tomie cyklu „Wszystkie smaki życia”, zatytułowanym „Pełnymi garściami”. Nie zdradzę na razie kto, ale KTOŚ założy tam sympatyczną knajpkę,w której ten deser będzie się serwować o każdej porze roku. Przypominam, że I tom tego cyklu – „Szczęście na wagę” – jest już w księgarniach; znajdziecie go w Empikach, Matrasach, można też zamawiać przez internet.

thumb

Tymczasem jednak trwają przygotowania do sierpniowej premiery „Nieobecnej”. Już wkrótce – kolejny fragment! :)

 

 

 

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Dzień Matki

26 maj

Kiedy byłam młoda i niewiele wiedziałam o życiu, byłam zdania, że pewne rzeczy nam się po prostu należą. A jedną nich, z tych oczywistości, które przyjmuje się w sposób naturalny i bezrefleksyjny, była miłość Mamy, jej opieka i pomoc.

Musiało minąć trochę czasu, musiałam sporo w życiu zobaczyć i przede wszystkim sama doświadczyć macierzyństwa, aby się dowiedzieć, że nic tu nie jest oczywiste, że nic się nikomu nie należy i nic nie przychodzi naturalnie.

Każda matka, która przeżyła bezsenne noce z drącym się wniebogłosy bobasem, wie, że bywają takie chwile, kiedy chciałoby się uciec. Rzucić wszystko w diabły, zabrać kilka najpotrzebniejszych rzeczy i zwyczajnie wyjść, a dokądkolwiek by się doszło, można by zacząć znowu żyć.

A jednak tego nie robimy. Trwamy na posterunku. Małe piąstki zaciskają się na naszych włosach i szarpią je, w brodę wgryzają nam się diabelnie ostre dolne jedynki, ktoś nam obślinia ramię albo zwraca na nową bluzkę nadmiar mleka (już w postaci twarożku), ktoś wali kupę dwie minuty po tym, jak założyłyśmy świeżą pieluszkę i miałyśmy nadzieję na godzinkę snu.

Pewnie, że potem pojawia się pierwszy uśmiech, pierwsze „mama”, pierwsza laurka i serduszko nieporadnie wycięte z piekielnie ważnego dokumentu. Oczywiście, że odczujemy dumę, gdy maluch postawi pierwszy krok, kiedy zaśpiewa w przedszkolu podczas występu albo zatańczy krakowiaczka, kiedy przyniesie pierwszą szóstkę ze szkoły. Ale czy będzie łatwiej? Nie. Bo zacznie też kłamać, używać „wyrazów”, zgubi setny ołówek i pięćsetną temperówkę, zrobi dziurę w nowiutkich spodniach, dostanie gorączki w dniu, kiedy absolutnie nie możemy wziąć opieki, zarzyga świeżą pościel, ukradnie nam dychę z portfela, zacznie się przyjaźnić z absolutnie niewłaściwym kolegą, a na koniec przyłapiemy go/ją z papierosem albo z piwem.

Czy to się kiedyś skończy? Obawiam się, że nie. Mój najstarszy syn ma lat 22, a najmłodszy – 7. Powiem Wam, że nic nie stało się łatwiejsze, wszystkiego jest po prostu więcej. Na pociechę – tych dobrych rzeczy też. Coraz więcej. Każdego dnia umieram z niepokoju, ale też – pękam z dumy. Nie zamieniłabym się z kimś bezdzietnym nawet na jeden dzień. Na noc – okej, może i bym się zamieniła ;) Ale tylko na jedną, bo w tę drugą już bym nie mogła spać z tęsknoty i niepokoju.

A co z tego wszystkiego wynika? Mianowicie to, że teraz już wiem: nic nam się od naszych Mam nie należy. To my jesteśmy im winni opiekę, troskę i miłość. Choćbyśmy próbowali do końca życia, nie zdołamy odwdzięczyć się za to, co otrzymaliśmy.

Dziękuję, Mamo!

DSC_0433

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Styl życia

 

Ciasto i konkurs na Wielkanoc!

26 mar

Przygotowania do Wielkanocy trwają? Mam nadzieję, że bez przesady – w końcu musimy mieć też czas na to, żeby wyjrzeć przez okno i zachwycić się wiosną :)

Ja oczywiście też krzątam się po kuchni, tu coś wymieszam, tu coś posiekam… Uwielbiam ten czas, kiedy moje chłopaczyska zaglądają mi przez ramię i podskubują co smaczniejsze kąski, a ja udaję, że mnie to złości.

Upiekłam dziś ciasto nietypowe, jak na te święta – a to dlatego, że potrzebowałam przepisu bez pszenicy. Jedna z bohaterek „Miłości z nutą imbiru”, nad którą właśnie pracuję, ma nietolerancję pszenicy i próbuje ułożyć sobie dietę bez tego zboża. A że ja zawsze testuję wszystko wraz z moimi bohaterkami, postanowiłam sprawdzić, jak wyglądałyby święta bez pszenicy. No i wymyśliłam, że upiekę pyszne ciasto makowo-kokosowe z lekką, białą masą i wiśniami. Ciasto jest szybkie i bardzo łatwe.

Bierzemy szklankę maku, zalewamy wrzątkiem i stawiamy na maleńkim ogniu – niech mruga, ale nie bulgocze – przez 25 minut. Potem mak na sitko i niech odcieknie. Nie trzeba go mielić, co jest niewątpliwą zaletą tego przepisu.

Ponadto potrzebujemy: szklankę wiórków kokosowych, 6 łyżek cukru, 6 białek (żółtka można wykorzystać do jajecznicy na kolację) i łyżeczkę proszku do pieczenia. Ubijamy białka na sztywną pianę, pod koniec stopniowo dodajemy cukier. Potem delikatnie – łyżką, nie mikserem – mieszamy pianę z wiórkami, makiem (oczywiście już odsączonym i wystudzonym) oraz proszkiem. Całość przekładamy do tortownicy porządnie wysmarowanej masłem i wstawiamy do gorącego piekarnika (180 stopni) na 20 minut. I to by było na tyle, jeśli chodzi o ciasto. Kiedy się upiecze, delikatnie wystawiamy i niech sobie stygnie.

Tymczasem przygotowujemy wiśnie (o tej porze oczywiście mrożone) – umieszczamy je w garnuszku i podgrzewamy z niewielkim dodatkiem cukru, aż puszczą sok. Następnie zagotowujemy i wlewamy rozrobione w ćwierci szklanki wody 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej – powstanie gęsty, słodko-kwaśny kisiel pełen wiśni. Studzimy.

Na zimne ciasto wykładamy masę przygotowaną z serka mascarpone wymieszanego z bitą śmietaną. Tutaj już wszystko można robić na oko – ja wzięłam jeden serek, pół małego kubeczka śmietany i jakieś 3 łyżeczki cukru pudru, po prostu do smaku. Śmietanę ubijamy osobno, pod koniec dodając cukier, dopiero potem delikatnie mieszamy z serkiem.

Masa na ciasto, na to zimne wiśnie – i do lodówki. Naprawdę pyszne!

DSC_1864

A poza przepisem na ciasto mam dla Was jeszcze jeden – literacki, połączony z konkursem. W jednej z moich książek bohaterka przygotowała na Wielkanoc świetną sałatkę. Waszym zadaniem jest odgadnąć, z której książki pochodzi ten fragment (oczywiście imię bohatera musiałam usunąć, oznaczyłam go literą X). Odpowiedzi proszę przysyłać na maila albo jako wiadomość prywatną na Facebooku – absolutnie NIE w komentarzach! Spośród tych, którzy zgadną, wylosuję osobę, która otrzyma w prezencie wybraną książkę mojego autorstwa :)

A oto ten fragment:

W niedzielę wielkanocną objadamy się pysznościami. Śmieję się z X, bo zabawnie je sałatkę z roszpunki. To taki mój wynalazek — oprócz małych listków sałaty wrzucam do miski zielonego ogórka, paprykę, kabanosa i ser blue, oczywiście wszystko drobniutko pokrojone. Do tego oliwa z oliwek, szczypta soli i pieprzu — ot, i cała sałatka. X mruczy, że w życiu nie jadł czegoś tak wspaniałego, po czym pałaszuje jedną porcję przez godzinę, bo każdy składnik przeżuwa osobno.

— Na drugi raz nie będę mieszać, tylko ułożę obok siebie na półmisku — mówię.

— Nie, dobrze, że wymieszałaś, bo powstał taki pyszny sosik — odpowiada zupełnie serio. — A zjadam osobno, żeby nie pogubić smaków. Wszystko jest doskonałe.

Po śniadaniu on sprząta ze stołu, a ja siadam do pisania.

Wiosennej Wielkanocy!

 

Smakowicie i naturalnie na Wielkanoc!

22 mar

Zbliża się Wielkanoc – czas smakowitych, tradycyjnych potraw, wśród których poczesne miejsce zajmują rozmaite dania z mięsa. Tylko jak tu się cieszyć ich smakiem, skoro ostatnio Międzynarodowa Agencja Badania Raka (IARC) ogłosiła, że nie ma już żadnych wątpliwości – wędliny są rakotwórcze; należą do grupy najwyższego ryzyka. Powinniśmy więc jeść ich jak najmniej – najlepiej wcale.

Niewiele lepiej ma się rzecz z mięsem w ogóle, ale nie da się ukryć, że mimo wszystko jeśli już mamy na nie ochotę, to znacznie lepiej przygotować je sobie domowym sposobem, aniżeli kupić gotowy wyrób, w którym tyle samo, co mięsa, będzie też konserwantów i „poprawiaczy” smaku.

Kiedyś pisałam o schabie parzonym, którego przygotowanie nie wymaga żadnych umiejętności – tym, którzy przeoczyli ten przepis, polecam zakładkę „Coś pysznego”, poszperajcie w starszych postach. A dziś pokażę Wam mój sposób na mięsa pieczone, które doskonale zastępują gotowe wędliny. Przygotowuję w ten sposób domową szynkę, karkówkę, boczek, schab, gęś, kaczkę, udka z kurczaka lub indyka - na co mamy tylko ochotę.

Mięso najpierw moczę długo w wodzie – nawet 12 godzin, żeby do roztworu przeszły rozmaite świństwa, którymi mogło być nastrzykiwane przed sprzedażą. Następnie porządnie je osuszam i oczywiście nacieram przyprawami: solą, czubrycą, majerankiem, rozgniecionym czosnkiem, rozmarynem i tak dalej. I tu następuje najważniejszy moment, bowiem na scenie pojawia się cud wynalazek – garnek rzymski. Jest to naczynie gliniane (mój akurat wykonano z transylwańskiej gliny, a ponieważ bardzo ciepło wspominam moją podróż po Rumunii, lubię go już za sam rodowód ;-) ) – ważne, aby nie było szkliwione od wewnątrz. Taki garnek namacza się na pół godziny przed pieczeniem, (pokrywkę także), następnie wodę się wylewa, do naczynia wkłada się mięso, przykrywa się i całość wstawia do zimnego piekarnika. Najpierw ustawiam temperaturę na 100 stopni, a kiedy się nagrzeje, zwiększam do 200 i dopiero od momentu, gdy piekarnik taką temperaturę osiągnie, mierzę czas. Większe porcje mięsa piekę 1,5 godziny, zaś mniejsze (na przykład zwinięty w roladę boczek) – godzinę.

Efekt – mięso soczyste, wilgotne (bo pieczone w parze wodnej), aromatyczne, delikatne. Jeśli chcemy, żeby się mocniej zrumieniło, można zdjąć pokrywę na jakieś piętnaście minut przed końcem pieczenia.

DSC_1857

Garnek rzymski ma – jak dla mnie – tylko jedną wadę: nie wolno go myć detergentami, jedynie gorącą wodą. Dlatego dość szybko robi się brzydki, tworzą się na nim zacieki i nieco ciemnieje. Z tego powodu nie sfotografuję mojego, tylko pokażę go Wam w pełnej krasie – tak wyglądał, zanim został użyty po raz pierwszy :-) Kliknijcie w link, w tym właśnie sklepie go kupiłam. Wybrałam ten model, bo jest wielki, a ja mam trzech synów :) – ale można też znaleźć znacznie mniejsze i w innym kształcie.


http://www.garneczki.pl/produkt/garnek-rzymski-do-pieczenia-i-kiszenia-vitos-keramia-gajusz-6-l,7873

Przed ewentualnym zakupem sprawdźcie wymiary i zmierzcie swój piekarnik!

Jeszcze jedna uwaga – po zakończeniu pieczenia garnek ten stawiamy na czymś ciepłym. Nie ciepłym w tym sensie, że podgrzanym, tylko w sensie: drewniana deska lub podstawka, kilkakrotnie złożona ścierka itd. Nie kamienny blat lub szklana płyta, nie metalowa obudowa zlewu itd. Glina nie lubi nagłych różnic temperatur, może popękać.

Polecam serdecznie i życzę smacznych, zdrowych potraw na Waszych stołach.

 

 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Niesamowite, niemożliwe – a jednak! O pewnym eksperymencie.

07 lut

Rzadko brakuje mi słów, na ogół mam ich pod dostatkiem; oto dlaczego zostałam pisarką. A jednak dzisiaj mam problem z wyrażeniem własnych myśli. Może dlatego, że wciąż ich nie uporządkowałam – nie ogarniam jeszcze tego, co wynika ze wspomnianego w tytule eksperymentu. Ale po kolei.

Być może słyszeliście o Masaru Emoto. Jeśli nie, to możecie zajrzeć do Wikipedii albo wyguglać sobie masę innych stron: dowiecie się, że był japońskim naukowcem badającym niezwykłe właściwości wody – między innymi to, jak zmienia się ona pod wpływem naszych myśli, słów i emocji. W większości tych artykułów pojawi się cudzysłów przy słowach „niezwykłe”, „badającym” oraz „naukowcem”. Za naukowe uznaje się bowiem wyłącznie to, co jest możliwe do zweryfikowania, powtarzalne, działające zawsze tak samo, metodologicznie poprawne i tak dalej – i ja to oczywiście rozumiem.

Jednak badania Masaru Emoto nad właściwościami wody były tak interesujące, że jego eksperymenty zaczęli powtarzać ludzie na całym świecie. Ponieważ większość z nich nie posiada sprzętu do obserwacji kryształów (cząsteczek?) wody, poprzestali na ryżu. Zwyczajnie: gotuje się ryż, zalewa się go wodą i odstawia. W zależności od tego, czy będziemy go lubić, czy nie – mówić do niego albo myśleć o nim dobrze lub źle – ryż będzie zachowywał się inaczej. Brzmi głupio? Powiedziałabym nawet, że idiotycznie!

Jestem strasznym niedowiarkiem. Kiedy usłyszałam o tym eksperymencie, miałam ochotę popukać się w czoło. Uznałam jednak, że jest tak banalnie prosty, że w zasadzie… co mi szkodzi. Jeśli nie sprawdzę, nigdy się nie przekonam.

Wzięłam trzy jednakowe słoiki – wszystkie czyste, wyparzone, suche. Umieściłam w nich mniej więcej taką samą porcję ugotowanego ryżu, zalałam przegotowaną wodą – tyle, aby woda minimalnie przykryła ziarenka. Postawiłam na parapecie, obok siebie. Wszystkie trzy słoiki stoją więc w takiej samej temperaturze, mają tyle samo światła i tak dalej.

Na jednym słoiku nakleiłam karteczkę z napisem „Kochamy cię, ryżu”, na drugim: „Nienawidzimy cię, ryżu”. Między nimi znajduje się słoik z pustą karteczką. Na ten słoik nie zwracam uwagi, staram się na niego nawet nie patrzeć. Innymi słowy, jest to ryż ignorowany.

Do ryżu w słoiku „Kochamy…” uśmiecham się codziennie, mówię mu, że jest śliczny, że go kocham, że lubię, że mu dziękuję. Czasem zamiast mówić, myślę. Patrzę na niego i myślę sobie „Jakiś ty ładny, bialutki” – i tak dalej.

Do ryżu w słoiku „Nienawidzimy…” mówię złe rzeczy. Że jest wstrętny, że go nie lubię, mam nadzieję, że zgnije i że mam ochotę go wywalić.

Idiotyczne? A jakże. Trzy tygodnie temu też uważałam, że to głupie, i naprawdę robiłam to wyłącznie po to, by się przekonać, jak wielka jest to bzdura. Uznałam za rzecz oczywistą, że ugotowany ryż trzymany na parapecie w zamkniętym słoiku musi się zepsuć. Spleśnieć lub zgnić. I tyle.

A oto dokumentacja fotograficzna:

Pierwszego dnia:

DSC_1162

Po jedenastu dniach:

DSC_1280

Po 21 dniach:

DSC_1290

„Ryż ignorowany” – tak jak się spodziewałam – zaczął się psuć. Jest na nim mała plamka pleśni, zbiera się piana. Wszystko jasne.

DSC_1293

„Ryż nienawidzony” psuje się znacznie bardziej, jest pokryty paskudną żółtą mazią, ma więcej pleśni.

DSC_1292

„Ryż kochany” już po kilku dniach pokrył się wodą. Nie pytajcie mnie, skąd się wzięła, po prostu zebrała się na górze. Ziarenka nie pleśnieją, nie zmieniają koloru. Zupełnie jakby dobre słowa chroniły go przed procesem, który wydawał się nieunikniony.

DSC_1295

I właśnie tu jest ten moment, w którym brakuje mi słów. Bo jak nazwać to, co wynika z tego eksperymentu? Jak to zmieścić w kilku zdaniach, żeby niczego nie pominąć? Przecież jeżeli to działa (A działa! Zobaczcie, ile jest w internecie zdjęć, które potwierdzają, że u innych też zadziałało!), to znaczy, że co? Że myśl jest energią? Że słowa niosą energię? Że możemy myślami lub słowami zmieniać ludzi? Że nasze słowa i myśli – i emocje, bo o nie tu przecież chodzi – mogą leczyć, nieść dobro? Ale też mogą wyrządzać krzywdę? Mam na myśli krzywdę fizyczną, ale także realne, materialne, namacalne dobro, które możemy czynić.

Tysiące razy słyszeliśmy o mocy pozytywnego myślenia, ale czy traktujemy te słowa poważnie? Czy nie bywa tak, że psioczymy na wszystko – na swoje życie, na samych siebie, na kiepski los? Ileż razy mruczymy pod nosem słowa pełne złości – na siebie, na tych, których kochamy, na dzieci, męża, żonę, brata, na psa, kota i tak dalej.

Jeśli człowiek składa się głównie z wody, jeśli składają się z niej zwierzęta i rośliny, jeśli nasz świat, nasza planeta, nasze pożywienie ma w sobie tyle wody – a ta woda reaguje na ludzkie emocje, a ludzi są miliardy, to…

No właśnie. Brak słów. To jest za duże, żeby tak zwyczajnie zamknąć to w jednym zdaniu. Po prostu przemyślcie to. Ja też myślę. Patrzę na mój ryż i nadal nie ogarniam tego, jak wiele w sobie muszę zmienić.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Styl życia

 

Zimowe zamyślenie

20 sty

Niedawno odpowiadałam na pytania do wywiadu (ukazał się jeszcze bardziej niedawno ;-) pod adresem
http://qulturaslowa.blogspot.com/2016/01/rozmowy-z-autorem-agnieszka-olejnik.html

Jedno z pytań dotyczyło życia określanego mianem „slow life” – co jest dla mnie jego największą wartością. Długo się zastanawiałam nad odpowiedzią. Niełatwo jest rozprawiać o życiu, o szczęściu i wartościach, bo są to sprawy, które czujemy, a nie obejmujemy rozumem – więcej tu intuicji niż przemyśleń. Ostatecznie, jak możecie się przekonać czytając wywiad, odpowiedziałam, że najwspanialsze jest dla mnie poczucie, że żyję w rytmie natury. Oczywiście nie jest to pełna odpowiedź, ale w pewien sposób dotyka sedna sprawy.

To nie jest tak, że życie na skraju lasu to sielanka od rana do wieczora. My tutaj też gnamy do pracy, wracamy z niej zmęczeni do nieprzytomności, bywamy zestresowani i podenerwowani. Ale na przykład w niedzielny poranek zamiast włączyć telewizor czy radio i słuchać cywilizacyjnego jazgotu, wychodzimy z domu i stajemy się częścią tego, co wokół nas. Patrzymy na sarny za ogrodzeniem, one też patrzą na nas uważnie. Czasem wyciągniemy spod samochodu jeża, który w swej naiwności schował się tam przed Dantem. Niekiedy śmignie nam szop pracz. Sójka śmiesznie przekrzywia łepek i sprawdza, czy nie chcemy jej zabrać żołędzi.

Zimą uwielbiam dokarmianie ptaków. Kiedy mieszkałam w mieście, stawiałam na balkonie karmnik i tyle. Nie miałam czasu zobaczyć, kto go odwiedza. Choć przecież czas to życie. Czas jest zawsze. Tylko nie zawsze umiemy go znaleźć, poświęcić właśnie na to, na co warto go poświęcać.

Teraz siadam sobie przy oknie i zamiast oglądać telewizję albo przewijać kolejną stronę internetową w poszukiwaniu wielkich mądrości, patrzę, jak ptaki częstują się ziarnami. Wczoraj najpierw przyleciała sikorka, ale zaraz po niej pojawił się dzwoniec.

DSC_1166

Później do sikorki przyleciała koleżanka, ale widząc to, dzwoniec wezwał posiłki.

DSC_1176

Sikorka mogła już tylko bezradnie obserwować, jak bezczelne dzwońce opanowują karmnik… (druga zwiała)

DSC_1222

DSC_1232

A w końcu dzwońce zaczęły się kłócić między sobą.

DSC_1233

Sikorki oczywiście zrezygnowały z takiego towarzystwa i zabrały się za kule z ziaren i tłuszczu, które wiszą na dębach.

Zdjęcia są byle jakie, bo robione zza szyby (żeby nie spłoszyć gości stołówkowych) – ale w sumie jakie to ma znaczenie? ;-)

A na Facebooku możecie zobaczyć jemiołuszki, które odwiedziły mój ogród przed trzema laty. Pojawiły się nagle, spadły całą chmarą na drzewa, na których wisiały jabłka, i w mgnieniu oka zjadły wszystko, co było do zjedzenia. Nie znałam wcześniej tych ptaszków, nie miałam pojęcia, że są tak piękne! Tutaj tyko jedno zdjęcie z tamtego dnia, resztę obejrzyjcie w starym albumie na FB.

65796_525497157483313_1203524392_n

 

Radosnych Świąt!

23 gru

Dziś będzie krótko i nieco filozoficznie. Krótko dlatego, że garnki i rondle tęsknie wołają do mnie z kuchni – w jednym barszcz, w drugim grzyby na uszka, w trzecim (największym) bigos. Zrobiłam już śledzie, ugotowałam komput z suszu, upiekłam świąteczne ciasteczka, które mój synek następnie przyozdobił, może nieco nieporadnie, ale przecież ślicznie:

DSC_0665

Filozoficznie zaś będzie dlatego, że przy okazji przygotowań do Świąt przytrafiła nam się rozmowa o sensie życia. A było to tak: sprzątałam jadalnię. Przetarłam tapicerkę krzeseł, poustawiałam je równiutko, zmieniłam obrus, na parapetach wykonałam cud-dekoracje i tak dalej. Całość wyglądała pięknie, no po prostu miód malina. Następnie wzięłam się do działań kuchennych. Na jakiś czas musiałam wyjść z kuchni, jakieś tam buraczki przynieść, wody psom nalać i tak dalej. Wracam – a jadalnia zamieniona w pole bitwy. Obrus zsunięty, krzesła poprzewracane, a niektóre ustawione w dziwny ciąg. Mój sześciolatek pełza po podłodze w salonie (domyślam się, że przed chwilą wypełzł spod tych krzeseł).

- Synku, mama przed chwilą tak pięknie posprzątała. Proszę poustawiać krzesła z powrotem i przetrzeć szmatką, bo znowu pełno na nich odcisków twoich łapek – powiedziałam.

Posłusznie wykonał zadanie. Kiedy skończył, powiedziałam:

- No widzisz, teraz znów jest pięknie.

- Ale ja miałem taką fajną zabawę – odparł.

- W życiu nie chodzi o zabawę – rzuciłam trochę bezmyślnie, obierając buraczki.

Dziecko popatrzyło na mnie z powagą i zapytało:

- Aha, czyli w życiu chodzi o porządek?

I w tym momencie zupełnie mnie zatkało. Nie, przecież nie mogę mu powiedzieć, że w życiu chodzi o porządek. Co więcej, gdybym miała sporządzić listę spraw, które coś dla mnie znaczą, które mają prawdziwą wartość, pewnie wcale nie byłoby na niej porządku… A jeśli już o coś w tej naszej wędrówce chodzi, to właśnie o to, żeby przeżyć ją radośnie, żeby się bawić, sprawiać radość innym i samemu sobie. Lubić to życie, cieszyć się nim, i znajdować w nim frajdę. Zarówno w przygotowaniach do Świąt, jak i w całej reszcie tego, co robimy i co nas spotyka.

I takiego właśnie Bożego Narodzenia Wam życzę: pełnego dziecięcej frajdy (bo przecież w każdym z nas, głęboko ukryte, wciąż tkwi dziecko), wypełnionego przyjemnościami i wesołością. A potem niech nadejdzie jeszcze wspanialszy, radośniejszy i lepszy niż wszystkie dotąd – Nowy Rok!

DSC_0669

 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Styl życia

 

Idą Święta!

07 gru

…i jak co roku wszyscy przebierają kopytkami ze zniecierpliwienia, chcieliby tylko mówić i myśleć o zapachu choinki, makowcu i w ogóle…

Ja też się poddaję tej magii, a jakże. Trzy okna już udekorowałam, za resztę zabiorę się w czwartek, bo wcześniej nie dam rady. Szykuję prezenty i dekupażowe drobiazgi. Upiekłam próbny keks (bo miałam resztę porzeczek z nalewki), teraz czas na przedświąteczne ciastka. Piekę ich spore ilości, bo są niezwykle łatwe i mogą długo leżeć – a i tak jakoś znikają w ekspresowym tempie.

Na kilogram mąki bierzemy 60 dkg margaryny (albo masła – będą lepsze, ale droższe), 25 dkg cukru pudru, 3 jajka, 3 opakowania cukru wanilinowego i półtorej łyżeczki proszku do pieczenia. Do ozdoby – coś, co lubimy. Mogą to być kamyczki (orzeszki w polewie), powidła, orzechy włoskie, migdały w karmelu; co kto lubi.

Przepis jest tak prosty, że prostszych nie ma: trzeba zagnieść ciasto i już. Wałkujemy je dość grubo, na ok. pół cm, a potem wycinamy takie kształty, jakie lubimy. Pieczemy, aż się zrumienią – w 180 stopniach trwa to przeważnie ok. 15 minut.

Swego czasu zawieszałam takie ciasteczka na choince, ale odkąd mamy psy, trzeba było tego zaprzestać :)

nasze rodzinne ciacha

(zdjęcie z ubiegłego roku, oczywiście)

A jako że o Świętach mogę rozprawiać godzinami, zapraszam Was na bloga Przegląd Czytelniczy, gdzie znajdziecie więcej mojego bajdurzenia:


http://przeglad-czytelniczy.blogspot.com/2015/12/agnieszka-olejnik-cudowne-dni-kiedy.html

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia