RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Styl życia’

Dzień Matki

26 maj

Kiedy byłam młoda i niewiele wiedziałam o życiu, byłam zdania, że pewne rzeczy nam się po prostu należą. A jedną nich, z tych oczywistości, które przyjmuje się w sposób naturalny i bezrefleksyjny, była miłość Mamy, jej opieka i pomoc.

Musiało minąć trochę czasu, musiałam sporo w życiu zobaczyć i przede wszystkim sama doświadczyć macierzyństwa, aby się dowiedzieć, że nic tu nie jest oczywiste, że nic się nikomu nie należy i nic nie przychodzi naturalnie.

Każda matka, która przeżyła bezsenne noce z drącym się wniebogłosy bobasem, wie, że bywają takie chwile, kiedy chciałoby się uciec. Rzucić wszystko w diabły, zabrać kilka najpotrzebniejszych rzeczy i zwyczajnie wyjść, a dokądkolwiek by się doszło, można by zacząć znowu żyć.

A jednak tego nie robimy. Trwamy na posterunku. Małe piąstki zaciskają się na naszych włosach i szarpią je, w brodę wgryzają nam się diabelnie ostre dolne jedynki, ktoś nam obślinia ramię albo zwraca na nową bluzkę nadmiar mleka (już w postaci twarożku), ktoś wali kupę dwie minuty po tym, jak założyłyśmy świeżą pieluszkę i miałyśmy nadzieję na godzinkę snu.

Pewnie, że potem pojawia się pierwszy uśmiech, pierwsze „mama”, pierwsza laurka i serduszko nieporadnie wycięte z piekielnie ważnego dokumentu. Oczywiście, że odczujemy dumę, gdy maluch postawi pierwszy krok, kiedy zaśpiewa w przedszkolu podczas występu albo zatańczy krakowiaczka, kiedy przyniesie pierwszą szóstkę ze szkoły. Ale czy będzie łatwiej? Nie. Bo zacznie też kłamać, używać „wyrazów”, zgubi setny ołówek i pięćsetną temperówkę, zrobi dziurę w nowiutkich spodniach, dostanie gorączki w dniu, kiedy absolutnie nie możemy wziąć opieki, zarzyga świeżą pościel, ukradnie nam dychę z portfela, zacznie się przyjaźnić z absolutnie niewłaściwym kolegą, a na koniec przyłapiemy go/ją z papierosem albo z piwem.

Czy to się kiedyś skończy? Obawiam się, że nie. Mój najstarszy syn ma lat 22, a najmłodszy – 7. Powiem Wam, że nic nie stało się łatwiejsze, wszystkiego jest po prostu więcej. Na pociechę – tych dobrych rzeczy też. Coraz więcej. Każdego dnia umieram z niepokoju, ale też – pękam z dumy. Nie zamieniłabym się z kimś bezdzietnym nawet na jeden dzień. Na noc – okej, może i bym się zamieniła ;) Ale tylko na jedną, bo w tę drugą już bym nie mogła spać z tęsknoty i niepokoju.

A co z tego wszystkiego wynika? Mianowicie to, że teraz już wiem: nic nam się od naszych Mam nie należy. To my jesteśmy im winni opiekę, troskę i miłość. Choćbyśmy próbowali do końca życia, nie zdołamy odwdzięczyć się za to, co otrzymaliśmy.

Dziękuję, Mamo!

DSC_0433

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Styl życia

 

Ciasto i konkurs na Wielkanoc!

26 mar

Przygotowania do Wielkanocy trwają? Mam nadzieję, że bez przesady – w końcu musimy mieć też czas na to, żeby wyjrzeć przez okno i zachwycić się wiosną :)

Ja oczywiście też krzątam się po kuchni, tu coś wymieszam, tu coś posiekam… Uwielbiam ten czas, kiedy moje chłopaczyska zaglądają mi przez ramię i podskubują co smaczniejsze kąski, a ja udaję, że mnie to złości.

Upiekłam dziś ciasto nietypowe, jak na te święta – a to dlatego, że potrzebowałam przepisu bez pszenicy. Jedna z bohaterek „Miłości z nutą imbiru”, nad którą właśnie pracuję, ma nietolerancję pszenicy i próbuje ułożyć sobie dietę bez tego zboża. A że ja zawsze testuję wszystko wraz z moimi bohaterkami, postanowiłam sprawdzić, jak wyglądałyby święta bez pszenicy. No i wymyśliłam, że upiekę pyszne ciasto makowo-kokosowe z lekką, białą masą i wiśniami. Ciasto jest szybkie i bardzo łatwe.

Bierzemy szklankę maku, zalewamy wrzątkiem i stawiamy na maleńkim ogniu – niech mruga, ale nie bulgocze – przez 25 minut. Potem mak na sitko i niech odcieknie. Nie trzeba go mielić, co jest niewątpliwą zaletą tego przepisu.

Ponadto potrzebujemy: szklankę wiórków kokosowych, 6 łyżek cukru, 6 białek (żółtka można wykorzystać do jajecznicy na kolację) i łyżeczkę proszku do pieczenia. Ubijamy białka na sztywną pianę, pod koniec stopniowo dodajemy cukier. Potem delikatnie – łyżką, nie mikserem – mieszamy pianę z wiórkami, makiem (oczywiście już odsączonym i wystudzonym) oraz proszkiem. Całość przekładamy do tortownicy porządnie wysmarowanej masłem i wstawiamy do gorącego piekarnika (180 stopni) na 20 minut. I to by było na tyle, jeśli chodzi o ciasto. Kiedy się upiecze, delikatnie wystawiamy i niech sobie stygnie.

Tymczasem przygotowujemy wiśnie (o tej porze oczywiście mrożone) – umieszczamy je w garnuszku i podgrzewamy z niewielkim dodatkiem cukru, aż puszczą sok. Następnie zagotowujemy i wlewamy rozrobione w ćwierci szklanki wody 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej – powstanie gęsty, słodko-kwaśny kisiel pełen wiśni. Studzimy.

Na zimne ciasto wykładamy masę przygotowaną z serka mascarpone wymieszanego z bitą śmietaną. Tutaj już wszystko można robić na oko – ja wzięłam jeden serek, pół małego kubeczka śmietany i jakieś 3 łyżeczki cukru pudru, po prostu do smaku. Śmietanę ubijamy osobno, pod koniec dodając cukier, dopiero potem delikatnie mieszamy z serkiem.

Masa na ciasto, na to zimne wiśnie – i do lodówki. Naprawdę pyszne!

DSC_1864

A poza przepisem na ciasto mam dla Was jeszcze jeden – literacki, połączony z konkursem. W jednej z moich książek bohaterka przygotowała na Wielkanoc świetną sałatkę. Waszym zadaniem jest odgadnąć, z której książki pochodzi ten fragment (oczywiście imię bohatera musiałam usunąć, oznaczyłam go literą X). Odpowiedzi proszę przysyłać na maila albo jako wiadomość prywatną na Facebooku – absolutnie NIE w komentarzach! Spośród tych, którzy zgadną, wylosuję osobę, która otrzyma w prezencie wybraną książkę mojego autorstwa :)

A oto ten fragment:

W niedzielę wielkanocną objadamy się pysznościami. Śmieję się z X, bo zabawnie je sałatkę z roszpunki. To taki mój wynalazek — oprócz małych listków sałaty wrzucam do miski zielonego ogórka, paprykę, kabanosa i ser blue, oczywiście wszystko drobniutko pokrojone. Do tego oliwa z oliwek, szczypta soli i pieprzu — ot, i cała sałatka. X mruczy, że w życiu nie jadł czegoś tak wspaniałego, po czym pałaszuje jedną porcję przez godzinę, bo każdy składnik przeżuwa osobno.

— Na drugi raz nie będę mieszać, tylko ułożę obok siebie na półmisku — mówię.

— Nie, dobrze, że wymieszałaś, bo powstał taki pyszny sosik — odpowiada zupełnie serio. — A zjadam osobno, żeby nie pogubić smaków. Wszystko jest doskonałe.

Po śniadaniu on sprząta ze stołu, a ja siadam do pisania.

Wiosennej Wielkanocy!

 

Smakowicie i naturalnie na Wielkanoc!

22 mar

Zbliża się Wielkanoc – czas smakowitych, tradycyjnych potraw, wśród których poczesne miejsce zajmują rozmaite dania z mięsa. Tylko jak tu się cieszyć ich smakiem, skoro ostatnio Międzynarodowa Agencja Badania Raka (IARC) ogłosiła, że nie ma już żadnych wątpliwości – wędliny są rakotwórcze; należą do grupy najwyższego ryzyka. Powinniśmy więc jeść ich jak najmniej – najlepiej wcale.

Niewiele lepiej ma się rzecz z mięsem w ogóle, ale nie da się ukryć, że mimo wszystko jeśli już mamy na nie ochotę, to znacznie lepiej przygotować je sobie domowym sposobem, aniżeli kupić gotowy wyrób, w którym tyle samo, co mięsa, będzie też konserwantów i „poprawiaczy” smaku.

Kiedyś pisałam o schabie parzonym, którego przygotowanie nie wymaga żadnych umiejętności – tym, którzy przeoczyli ten przepis, polecam zakładkę „Coś pysznego”, poszperajcie w starszych postach. A dziś pokażę Wam mój sposób na mięsa pieczone, które doskonale zastępują gotowe wędliny. Przygotowuję w ten sposób domową szynkę, karkówkę, boczek, schab, gęś, kaczkę, udka z kurczaka lub indyka - na co mamy tylko ochotę.

Mięso najpierw moczę długo w wodzie – nawet 12 godzin, żeby do roztworu przeszły rozmaite świństwa, którymi mogło być nastrzykiwane przed sprzedażą. Następnie porządnie je osuszam i oczywiście nacieram przyprawami: solą, czubrycą, majerankiem, rozgniecionym czosnkiem, rozmarynem i tak dalej. I tu następuje najważniejszy moment, bowiem na scenie pojawia się cud wynalazek – garnek rzymski. Jest to naczynie gliniane (mój akurat wykonano z transylwańskiej gliny, a ponieważ bardzo ciepło wspominam moją podróż po Rumunii, lubię go już za sam rodowód ;-) ) – ważne, aby nie było szkliwione od wewnątrz. Taki garnek namacza się na pół godziny przed pieczeniem, (pokrywkę także), następnie wodę się wylewa, do naczynia wkłada się mięso, przykrywa się i całość wstawia do zimnego piekarnika. Najpierw ustawiam temperaturę na 100 stopni, a kiedy się nagrzeje, zwiększam do 200 i dopiero od momentu, gdy piekarnik taką temperaturę osiągnie, mierzę czas. Większe porcje mięsa piekę 1,5 godziny, zaś mniejsze (na przykład zwinięty w roladę boczek) – godzinę.

Efekt – mięso soczyste, wilgotne (bo pieczone w parze wodnej), aromatyczne, delikatne. Jeśli chcemy, żeby się mocniej zrumieniło, można zdjąć pokrywę na jakieś piętnaście minut przed końcem pieczenia.

DSC_1857

Garnek rzymski ma – jak dla mnie – tylko jedną wadę: nie wolno go myć detergentami, jedynie gorącą wodą. Dlatego dość szybko robi się brzydki, tworzą się na nim zacieki i nieco ciemnieje. Z tego powodu nie sfotografuję mojego, tylko pokażę go Wam w pełnej krasie – tak wyglądał, zanim został użyty po raz pierwszy :-) Kliknijcie w link, w tym właśnie sklepie go kupiłam. Wybrałam ten model, bo jest wielki, a ja mam trzech synów :) – ale można też znaleźć znacznie mniejsze i w innym kształcie.


http://www.garneczki.pl/produkt/garnek-rzymski-do-pieczenia-i-kiszenia-vitos-keramia-gajusz-6-l,7873

Przed ewentualnym zakupem sprawdźcie wymiary i zmierzcie swój piekarnik!

Jeszcze jedna uwaga – po zakończeniu pieczenia garnek ten stawiamy na czymś ciepłym. Nie ciepłym w tym sensie, że podgrzanym, tylko w sensie: drewniana deska lub podstawka, kilkakrotnie złożona ścierka itd. Nie kamienny blat lub szklana płyta, nie metalowa obudowa zlewu itd. Glina nie lubi nagłych różnic temperatur, może popękać.

Polecam serdecznie i życzę smacznych, zdrowych potraw na Waszych stołach.

 

 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Niesamowite, niemożliwe – a jednak! O pewnym eksperymencie.

07 lut

Rzadko brakuje mi słów, na ogół mam ich pod dostatkiem; oto dlaczego zostałam pisarką. A jednak dzisiaj mam problem z wyrażeniem własnych myśli. Może dlatego, że wciąż ich nie uporządkowałam – nie ogarniam jeszcze tego, co wynika ze wspomnianego w tytule eksperymentu. Ale po kolei.

Być może słyszeliście o Masaru Emoto. Jeśli nie, to możecie zajrzeć do Wikipedii albo wyguglać sobie masę innych stron: dowiecie się, że był japońskim naukowcem badającym niezwykłe właściwości wody – między innymi to, jak zmienia się ona pod wpływem naszych myśli, słów i emocji. W większości tych artykułów pojawi się cudzysłów przy słowach „niezwykłe”, „badającym” oraz „naukowcem”. Za naukowe uznaje się bowiem wyłącznie to, co jest możliwe do zweryfikowania, powtarzalne, działające zawsze tak samo, metodologicznie poprawne i tak dalej – i ja to oczywiście rozumiem.

Jednak badania Masaru Emoto nad właściwościami wody były tak interesujące, że jego eksperymenty zaczęli powtarzać ludzie na całym świecie. Ponieważ większość z nich nie posiada sprzętu do obserwacji kryształów (cząsteczek?) wody, poprzestali na ryżu. Zwyczajnie: gotuje się ryż, zalewa się go wodą i odstawia. W zależności od tego, czy będziemy go lubić, czy nie – mówić do niego albo myśleć o nim dobrze lub źle – ryż będzie zachowywał się inaczej. Brzmi głupio? Powiedziałabym nawet, że idiotycznie!

Jestem strasznym niedowiarkiem. Kiedy usłyszałam o tym eksperymencie, miałam ochotę popukać się w czoło. Uznałam jednak, że jest tak banalnie prosty, że w zasadzie… co mi szkodzi. Jeśli nie sprawdzę, nigdy się nie przekonam.

Wzięłam trzy jednakowe słoiki – wszystkie czyste, wyparzone, suche. Umieściłam w nich mniej więcej taką samą porcję ugotowanego ryżu, zalałam przegotowaną wodą – tyle, aby woda minimalnie przykryła ziarenka. Postawiłam na parapecie, obok siebie. Wszystkie trzy słoiki stoją więc w takiej samej temperaturze, mają tyle samo światła i tak dalej.

Na jednym słoiku nakleiłam karteczkę z napisem „Kochamy cię, ryżu”, na drugim: „Nienawidzimy cię, ryżu”. Między nimi znajduje się słoik z pustą karteczką. Na ten słoik nie zwracam uwagi, staram się na niego nawet nie patrzeć. Innymi słowy, jest to ryż ignorowany.

Do ryżu w słoiku „Kochamy…” uśmiecham się codziennie, mówię mu, że jest śliczny, że go kocham, że lubię, że mu dziękuję. Czasem zamiast mówić, myślę. Patrzę na niego i myślę sobie „Jakiś ty ładny, bialutki” – i tak dalej.

Do ryżu w słoiku „Nienawidzimy…” mówię złe rzeczy. Że jest wstrętny, że go nie lubię, mam nadzieję, że zgnije i że mam ochotę go wywalić.

Idiotyczne? A jakże. Trzy tygodnie temu też uważałam, że to głupie, i naprawdę robiłam to wyłącznie po to, by się przekonać, jak wielka jest to bzdura. Uznałam za rzecz oczywistą, że ugotowany ryż trzymany na parapecie w zamkniętym słoiku musi się zepsuć. Spleśnieć lub zgnić. I tyle.

A oto dokumentacja fotograficzna:

Pierwszego dnia:

DSC_1162

Po jedenastu dniach:

DSC_1280

Po 21 dniach:

DSC_1290

„Ryż ignorowany” – tak jak się spodziewałam – zaczął się psuć. Jest na nim mała plamka pleśni, zbiera się piana. Wszystko jasne.

DSC_1293

„Ryż nienawidzony” psuje się znacznie bardziej, jest pokryty paskudną żółtą mazią, ma więcej pleśni.

DSC_1292

„Ryż kochany” już po kilku dniach pokrył się wodą. Nie pytajcie mnie, skąd się wzięła, po prostu zebrała się na górze. Ziarenka nie pleśnieją, nie zmieniają koloru. Zupełnie jakby dobre słowa chroniły go przed procesem, który wydawał się nieunikniony.

DSC_1295

I właśnie tu jest ten moment, w którym brakuje mi słów. Bo jak nazwać to, co wynika z tego eksperymentu? Jak to zmieścić w kilku zdaniach, żeby niczego nie pominąć? Przecież jeżeli to działa (A działa! Zobaczcie, ile jest w internecie zdjęć, które potwierdzają, że u innych też zadziałało!), to znaczy, że co? Że myśl jest energią? Że słowa niosą energię? Że możemy myślami lub słowami zmieniać ludzi? Że nasze słowa i myśli – i emocje, bo o nie tu przecież chodzi – mogą leczyć, nieść dobro? Ale też mogą wyrządzać krzywdę? Mam na myśli krzywdę fizyczną, ale także realne, materialne, namacalne dobro, które możemy czynić.

Tysiące razy słyszeliśmy o mocy pozytywnego myślenia, ale czy traktujemy te słowa poważnie? Czy nie bywa tak, że psioczymy na wszystko – na swoje życie, na samych siebie, na kiepski los? Ileż razy mruczymy pod nosem słowa pełne złości – na siebie, na tych, których kochamy, na dzieci, męża, żonę, brata, na psa, kota i tak dalej.

Jeśli człowiek składa się głównie z wody, jeśli składają się z niej zwierzęta i rośliny, jeśli nasz świat, nasza planeta, nasze pożywienie ma w sobie tyle wody – a ta woda reaguje na ludzkie emocje, a ludzi są miliardy, to…

No właśnie. Brak słów. To jest za duże, żeby tak zwyczajnie zamknąć to w jednym zdaniu. Po prostu przemyślcie to. Ja też myślę. Patrzę na mój ryż i nadal nie ogarniam tego, jak wiele w sobie muszę zmienić.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Styl życia

 

Zimowe zamyślenie

20 sty

Niedawno odpowiadałam na pytania do wywiadu (ukazał się jeszcze bardziej niedawno ;-) pod adresem
http://qulturaslowa.blogspot.com/2016/01/rozmowy-z-autorem-agnieszka-olejnik.html

Jedno z pytań dotyczyło życia określanego mianem „slow life” – co jest dla mnie jego największą wartością. Długo się zastanawiałam nad odpowiedzią. Niełatwo jest rozprawiać o życiu, o szczęściu i wartościach, bo są to sprawy, które czujemy, a nie obejmujemy rozumem – więcej tu intuicji niż przemyśleń. Ostatecznie, jak możecie się przekonać czytając wywiad, odpowiedziałam, że najwspanialsze jest dla mnie poczucie, że żyję w rytmie natury. Oczywiście nie jest to pełna odpowiedź, ale w pewien sposób dotyka sedna sprawy.

To nie jest tak, że życie na skraju lasu to sielanka od rana do wieczora. My tutaj też gnamy do pracy, wracamy z niej zmęczeni do nieprzytomności, bywamy zestresowani i podenerwowani. Ale na przykład w niedzielny poranek zamiast włączyć telewizor czy radio i słuchać cywilizacyjnego jazgotu, wychodzimy z domu i stajemy się częścią tego, co wokół nas. Patrzymy na sarny za ogrodzeniem, one też patrzą na nas uważnie. Czasem wyciągniemy spod samochodu jeża, który w swej naiwności schował się tam przed Dantem. Niekiedy śmignie nam szop pracz. Sójka śmiesznie przekrzywia łepek i sprawdza, czy nie chcemy jej zabrać żołędzi.

Zimą uwielbiam dokarmianie ptaków. Kiedy mieszkałam w mieście, stawiałam na balkonie karmnik i tyle. Nie miałam czasu zobaczyć, kto go odwiedza. Choć przecież czas to życie. Czas jest zawsze. Tylko nie zawsze umiemy go znaleźć, poświęcić właśnie na to, na co warto go poświęcać.

Teraz siadam sobie przy oknie i zamiast oglądać telewizję albo przewijać kolejną stronę internetową w poszukiwaniu wielkich mądrości, patrzę, jak ptaki częstują się ziarnami. Wczoraj najpierw przyleciała sikorka, ale zaraz po niej pojawił się dzwoniec.

DSC_1166

Później do sikorki przyleciała koleżanka, ale widząc to, dzwoniec wezwał posiłki.

DSC_1176

Sikorka mogła już tylko bezradnie obserwować, jak bezczelne dzwońce opanowują karmnik… (druga zwiała)

DSC_1222

DSC_1232

A w końcu dzwońce zaczęły się kłócić między sobą.

DSC_1233

Sikorki oczywiście zrezygnowały z takiego towarzystwa i zabrały się za kule z ziaren i tłuszczu, które wiszą na dębach.

Zdjęcia są byle jakie, bo robione zza szyby (żeby nie spłoszyć gości stołówkowych) – ale w sumie jakie to ma znaczenie? ;-)

A na Facebooku możecie zobaczyć jemiołuszki, które odwiedziły mój ogród przed trzema laty. Pojawiły się nagle, spadły całą chmarą na drzewa, na których wisiały jabłka, i w mgnieniu oka zjadły wszystko, co było do zjedzenia. Nie znałam wcześniej tych ptaszków, nie miałam pojęcia, że są tak piękne! Tutaj tyko jedno zdjęcie z tamtego dnia, resztę obejrzyjcie w starym albumie na FB.

65796_525497157483313_1203524392_n

 

Radosnych Świąt!

23 gru

Dziś będzie krótko i nieco filozoficznie. Krótko dlatego, że garnki i rondle tęsknie wołają do mnie z kuchni – w jednym barszcz, w drugim grzyby na uszka, w trzecim (największym) bigos. Zrobiłam już śledzie, ugotowałam komput z suszu, upiekłam świąteczne ciasteczka, które mój synek następnie przyozdobił, może nieco nieporadnie, ale przecież ślicznie:

DSC_0665

Filozoficznie zaś będzie dlatego, że przy okazji przygotowań do Świąt przytrafiła nam się rozmowa o sensie życia. A było to tak: sprzątałam jadalnię. Przetarłam tapicerkę krzeseł, poustawiałam je równiutko, zmieniłam obrus, na parapetach wykonałam cud-dekoracje i tak dalej. Całość wyglądała pięknie, no po prostu miód malina. Następnie wzięłam się do działań kuchennych. Na jakiś czas musiałam wyjść z kuchni, jakieś tam buraczki przynieść, wody psom nalać i tak dalej. Wracam – a jadalnia zamieniona w pole bitwy. Obrus zsunięty, krzesła poprzewracane, a niektóre ustawione w dziwny ciąg. Mój sześciolatek pełza po podłodze w salonie (domyślam się, że przed chwilą wypełzł spod tych krzeseł).

- Synku, mama przed chwilą tak pięknie posprzątała. Proszę poustawiać krzesła z powrotem i przetrzeć szmatką, bo znowu pełno na nich odcisków twoich łapek – powiedziałam.

Posłusznie wykonał zadanie. Kiedy skończył, powiedziałam:

- No widzisz, teraz znów jest pięknie.

- Ale ja miałem taką fajną zabawę – odparł.

- W życiu nie chodzi o zabawę – rzuciłam trochę bezmyślnie, obierając buraczki.

Dziecko popatrzyło na mnie z powagą i zapytało:

- Aha, czyli w życiu chodzi o porządek?

I w tym momencie zupełnie mnie zatkało. Nie, przecież nie mogę mu powiedzieć, że w życiu chodzi o porządek. Co więcej, gdybym miała sporządzić listę spraw, które coś dla mnie znaczą, które mają prawdziwą wartość, pewnie wcale nie byłoby na niej porządku… A jeśli już o coś w tej naszej wędrówce chodzi, to właśnie o to, żeby przeżyć ją radośnie, żeby się bawić, sprawiać radość innym i samemu sobie. Lubić to życie, cieszyć się nim, i znajdować w nim frajdę. Zarówno w przygotowaniach do Świąt, jak i w całej reszcie tego, co robimy i co nas spotyka.

I takiego właśnie Bożego Narodzenia Wam życzę: pełnego dziecięcej frajdy (bo przecież w każdym z nas, głęboko ukryte, wciąż tkwi dziecko), wypełnionego przyjemnościami i wesołością. A potem niech nadejdzie jeszcze wspanialszy, radośniejszy i lepszy niż wszystkie dotąd – Nowy Rok!

DSC_0669

 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Styl życia

 

Idą Święta!

07 gru

…i jak co roku wszyscy przebierają kopytkami ze zniecierpliwienia, chcieliby tylko mówić i myśleć o zapachu choinki, makowcu i w ogóle…

Ja też się poddaję tej magii, a jakże. Trzy okna już udekorowałam, za resztę zabiorę się w czwartek, bo wcześniej nie dam rady. Szykuję prezenty i dekupażowe drobiazgi. Upiekłam próbny keks (bo miałam resztę porzeczek z nalewki), teraz czas na przedświąteczne ciastka. Piekę ich spore ilości, bo są niezwykle łatwe i mogą długo leżeć – a i tak jakoś znikają w ekspresowym tempie.

Na kilogram mąki bierzemy 60 dkg margaryny (albo masła – będą lepsze, ale droższe), 25 dkg cukru pudru, 3 jajka, 3 opakowania cukru wanilinowego i półtorej łyżeczki proszku do pieczenia. Do ozdoby – coś, co lubimy. Mogą to być kamyczki (orzeszki w polewie), powidła, orzechy włoskie, migdały w karmelu; co kto lubi.

Przepis jest tak prosty, że prostszych nie ma: trzeba zagnieść ciasto i już. Wałkujemy je dość grubo, na ok. pół cm, a potem wycinamy takie kształty, jakie lubimy. Pieczemy, aż się zrumienią – w 180 stopniach trwa to przeważnie ok. 15 minut.

Swego czasu zawieszałam takie ciasteczka na choince, ale odkąd mamy psy, trzeba było tego zaprzestać :)

nasze rodzinne ciacha

(zdjęcie z ubiegłego roku, oczywiście)

A jako że o Świętach mogę rozprawiać godzinami, zapraszam Was na bloga Przegląd Czytelniczy, gdzie znajdziecie więcej mojego bajdurzenia:


http://przeglad-czytelniczy.blogspot.com/2015/12/agnieszka-olejnik-cudowne-dni-kiedy.html

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Śliwkowy zawrót głowy!

19 wrz

Jakieś nowiny? Po pierwsze, moja najnowsza powieść – „A potem przyszła wiosna” – jest już dostępna w przedsprzedaży. Na przykład w Empiku i w Matrasie. Po drugie, zakwitła barbula, i jest to wiadomość równie ważna (zwłaszcza dla moich ukochanych gości ogródkowych – pszczół):

DSC_0281

A po trzecie, gdzie nie spojrzę – śliwki. Obdarowali nas nimi przyjaciele, obrodziły nam drzewka, jednym słowem – śliwkowy raj!

Najpierw upiekłam ciasto jogurtowe ze śliwkami (według przepisu na ciasto z agrestem, wyszło rewelacyjne). Następnie nastawiłam śliwkówkę. A wreszcie: smażę powidła.

Opowiem o śliwkówce. Będzie gotowa w styczniu, w sam raz do degustacji w pierwszy wieczór Nowego Roku. Bierzemy kilogram śliwek (im dojrzalsze i bardziej pomarszczone, tym lepiej), myjemy je i  usuwamy pestki. Zalewamy owoce litrem wódki oraz szklanką spirytusu. Zamykamy słój i stawiamy w ciepłym miejscu – niech śliwki sobie stoją i oddają smak alkoholowi. Mniej więcej w mikołajki w drugim słoiku umieszczamy 10 dkg śliwek suszonych, także bez pestek. Zalewamy litrem wódki i również odstawiamy. Obie nalewki łączymy zaraz po Bożym Narodzeniu. Suszone śliwki mogą sobie jeszcze zostać w nalewce, natomiast połówki świeżych (to znaczy one już świeże nie są, ale były w momencie zalewania) zasypujemy grubo cukrem i zostawiamy, aż się cały cukier rozpuści (trzeba mu pomóc, potrząsając słojem). Następnie zlewamy utworzony w ten sposób syrop i po wymieszaniu całości sprawdzamy, czy taka nalewka nam smakuje. Jeśli jest zbyt wytrawna, zagotowujemy jeszcze syrop ze szklanki wody i cukru (1/2 kilograma dla tych, którzy lubią słodkie nalewki, ale jeśli ktoś nie lubi ulepków, może dać mniej). Teraz wystarczy całość przefiltrować (mocno odcisnąć suszone śliwki) i zamknąć na tydzień, aby móc cieszyć się wybornym trunkiem w Nowy Rok.

Wracając do powideł – ostatnio z wielką uciechą przysłuchiwałam się niezwykle interesującej dyskusji pod hasłem: mieszać czy nie mieszać. Ponieważ uważam się za osobę o umyśle otwartym i pozbawioną przesądów, mimo iż zawsze mieszałam, postanowiłam w tym roku spróbować nie mieszać. Nie ukrywam, że taka metoda smażenia powideł przemawia do mnie przez wszystkim dlatego, że mogę sobie wyjść z kuchni i w spokoju pisać (albo czytać) kolejną książkę.

A zatem: wzięłam dwa i pół kilograma śliwek (bo tyle akurat mi zostało) i dwadzieścia dekagramów cukru trzcinowego (ponieważ śliweczki były raczej kwaśne i nie tak dojrzałe, jak być powinny). Przesypałam warstwy śliwek cukrem, po czym odstawiłam na noc (garnek obwiązałam ściereczką, żeby owocówki się nie potopiły). Następnego ranka ustawiłam na małym ogniu. I zostawiłam na 5 godzin. Tak po prostu. Nie zaglądałam, nie interweniowałam. Prychciło się, plumkało, mrugało, a ja robiłam swoje. Po pięciu godzinach zlałam odrobinę „rzadkiego” do kubeczka (kiedy wystygło, dolałam do nalewki – ciekawe, co z tego wyjdzie). A gęste poszło do słoiczków. Jeśli ktoś nie ma zimnej spiżarki, radziłabym pasteryzować, ale ja z czystego lenistwa i z wiary w to, że 1) w mojej garażowej spiżarni będzie w tym roku zimno oraz 2) powidła są tak pyszne, że i tak nie doczekają do zimy, nie pasteryzowałam.

A garnek? W stanie idealnym (nic się nie przypaliło), został wylizany do czysta, co stanowi najlepszy znany mi sposób testowania powideł. Test wypadł na szóstkę z plusem, tak więc  oficjalnie potwierdzam: można nie mieszać!

DSC_0273

 

 

 

Obiad na upalny dzień – placuszki z cukinii

07 sie

Nie wiem, jak znosicie upał – ja fatalnie. Zdecydowanie jestem stworzeniem wiosenno-jesiennym, bo słońce w nadmiarze pozbawia mnie energii. O pisaniu nowej książki nawet nie ma mowy (na szczęście „6 kilo młodsza” już skończona, zaś „A potem przyszła wiosna” po redakcji otrzymała cudną okładkę i czeka sobie w zapowiedziach wydawnictwa). Kto ciekaw, jak będzie wyglądała – proszę bardzo:

A-potem-przyszła-wiosna_okladka

Kiedy temperatura wzrasta powyżej 30 stopni, najchętniej tylko bym pływała albo leżała na mokrym piasku (w cieniu, co na ogół trudno osiągnąć). A już prawdziwym wyzwaniem okazuje się podczas upałów gotowanie – dla czterech chłopaków, z których każdy ma żołądek bez dna…

Na szczęście kiedy jest tak ciepło, ich apetyt nieco maleje i dzięki temu mogę poprzestać na szybkich, lekkich obiadkach.

Przedwczoraj były drożdżowe racuszki z porzeczką i malinami (przepis już zamieszczałam), a wczoraj placki z cukinii. Szybkie, zdrowe i smaczne. Żeby chłopaków bardziej nasycić, dodałam do nich żółtego sera, ale i bez tego są pyszne.

Bierzemy startą na grubej tarce cukinię, jajko (jeśli cukinia jest wielka, to nawet dwa lub trzy), kilka łyżek mąki (znów w zależności od wielkości cukinii, ja przeważnie biorę 3 łyżki mąki na 1 jajo), łyżkę oleju, zmiażdżony ząbek czosnku, posiekaną cebulkę, przyprawy, jakie lubimy (ja dodałam czubricę, pieprz i odrobinę soli), zioła (np. oregano, czosnek niedźwiedzi, natkę pietruszki) – i mieszamy wszystko. W ramach urozmaicenia można dodać drobno pokrojone pieczarki, żółty ser starty na tarce, drobno pokrojoną szynkę albo boczek, co kto lubi. Smażymy na oleju z obu stron, mniej więcej po 5 minut. Smakowite zwłaszcza z dobrym sosem pomidorowym – ale mnie się w  tym upale nie chciało go przyrządzać, więc zjedliśmy z pomidorem prosto z krzaczka :D

DSC_0036

 

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Suszymy lawendę

01 sie

Lawenda stała się ostatnio bardzo modna. I niech sobie będzie modna, czemu nie. Moja miłość do tej krzewinki ma znacznie więcej lat niż moda – zakochałam się w niej kilka (a może kilkanaście?) lat temu, kiedy zobaczyłam w jakimś czasopiśmie budowlanym zdjęcie domu Magdy Umer. Nie mam pojęcia, czy był to Murator, czy jakieś inne pismo, w każdym razie fotografia przedstawiała ścieżkę wiodącą do domu, obsadzoną kwitnącą lawendą. W Polsce się wtedy lawendy nie widywało, a przynajmniej ja nigdy wcześniej nie widziałam. Myśl, że ta roślina może u nas przetrwać zimę i TAK kwitnąć, a w dodatku – że latem tak pachnie i że wystarczy przejść taką ścieżką, muskając łydkami delikatne łodyżki, żeby wzniecić obłok aromatu… Ta myśl nie dawała mi spokoju, choć jeszcze wtedy nie sądziłam, że będę miała własny dom, własną ścieżkę i własną lawendę.

Kiedy już ten mój wymarzony dom zaczął powstawać, wróciło tamto marzenie o zapachu. I co się okazało? Że takiej ścieżki mieć nie mogę. A to dlatego, że ścieżka do mojego domu wiedzie pod wspaniałymi dębami, które rzucają głęboki cień, a lawenda kocha słońce. I jeszcze – że mam kwaśną glebę, a ona lubi wapienną. I tak dalej.

Jednak zawsze byłam dość zawzięta, jeśli chodzi o spełnianie marzeń. Metodą prób i błędów (przenosiłam te nieszczęsne sadzonki chyba z pięć razy), znalazłam dla niej miejsce. I mam. Kwitnie i pachnie tak, że można się zakochać na zabój. A kiedy przekwitnie, należy ją ściąć, związać, ususzyć, połamać na drobne kawałki i wsadzić do woreczków, niech pachnie dalej w szafce z pościelą. Teoretycznie cały proces ścinania i suszenia powinno się zacząć, zanim do końca przekwitnie – ale ja mam w nosie teorię. Na lawendzie harcują tysiące owadów, a widok ten jest tak niesamowity (raj dla amatorów fotografii), że nigdy w życiu nie ścięłabym tego brzęczącego lawendowego obłoku. Dlatego zawsze czekam, aż brzęczenie trochę ustanie – i dopiero wtedy ścinam fioletowe łebki. Rano, w słoneczny dzień, żeby zachować jak najwięcej aromatu. Związane w suche bukiety wieszam gdzieś w domu, w przewiewnym miejscu. Trochę się kruszą i trzeba po nich odkurzać, ale co tam, dzieci i psy „kruszą się” jeszcze bardziej :)

Wracając do woreczków – mogą być zwyczajne bawełniane lub lniane, uszyte byle jak albo elegancko, jak kto lubi. Ja swoich nie szyję sama, tylko kupuję, ale za to własnoręcznie ozdabiam je dekupażowo. Kiedyś, gdy będę akurat ozdabiać kolejne, zrobię zdjęcia i wyjaśnię, jak to się robi (a sprawa jest niezwykle prosta). Tymczasem tylko zdjęcia zeszłorocznych woreczków – już wkrótce wypełnię je nowym, pachnącym suszem.

DSC_0030 DSC_0032

A wracając do fotografowania lawendy – robię to godzinami, nigdy nie mam dość. Oczywiście najprzyjemniej byłoby się pochwalić takimi zdjęciami, ale… No właśnie, tu jest problem. Ten blog ma określoną pojemność, jeśli chodzi o zdjęcia. Mimo że je zmniejszam, wciąż wyświetla mi się informacja, że wykorzystałam już ileś tam procent miejsca (i to jest zawsze liczba w okolicach dziewięćdziesiątki). A galerii stworzyć nie umiem. No po prostu klikam w przycisk „galeria” i nic mi się nie otwiera. Dlatego też postanowiłam założyć stronę na facebooku. Wprawdzie mam już profil, ale jest on bardzo wyspecjalizowany, psio-wyżłowaty, a nie pisarsko-fotograficzny. Postanowiłam więc rzecz całą lepiej zorganizować: tutaj pisać większe posty, na przykład nalewkowo-kulinarne, na FB zamieszczać sprawy drobniejsze, na przykład zdjęcia i linki do recenzji.

Dlatego też wszystkich moich blogowych przyjaciół, czytelników, Krewnych-i-Znajomych-Królika i całą resztę zapraszam do polubienia mojej strony na FB :)

A lawendy i tak sobie nie daruję, kilka zdjęć się przecież zmieści ;)

DSC_0003  DSC_0007  DSC_1676