RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Styl życia’

Chleb jedyny w swoim rodzaju

11 cze

Wszelkie zmiany należy wprowadzać stopniowo, bo przecież nie chcemy wywoływać rewolucji, prawda? Tak też postanowiłam postąpić w kwestii glutenu. Tyle się naczytałam o tym, jak bardzo jest podstępny i szkodliwy, że wywaliłam go z diety. Zrobiłam to ponad rok temu i szczerze mówiąc – rezultaty są dla mnie zdumiewające. Nie będę opisywać wszystkich, wspomnę tylko o migrenach, które moje wnikliwe czytelniczki pamiętają zapewne z „Dantego na tropie”. Tak, tak – migreny Anny Drozd to były moje migreny. Tak czy owak, minęły bez śladu, teraz od czasu do czasu miewam zwykły ból głowy, który na ogół przechodzi bez środków przeciwbólowych; na przykład gdy się przeziębię albo gdy spada ciśnienie i wieje paskudny wiatr (na takie zjawiska zawsze reagowałam jak barometr).

Upewniona w kwestii tego, że bez glutenu można i warto żyć, postanowiłam stopniowo zacząć „wyprowadzać” go z diety moich chłopaków. Mąż dał się namówić bez trudu, z dziećmi jest zawsze trudniej. Desery bez mąki – bardzo proszę, przecież najlepsze są te z owoców i czekolady. Sosy – nie ma problemu, można zagęścić mielonym lnem. Schabowy panierowany w mące kokosowej – nie ma sprawy, naprawdę smaczny. Ale chleb? Jak tu żyć bez pysznych kanapek?

Postanowiłam więc pokazać chłopcom, że kanapkę można przyrządzić również z czegoś, co wcale chlebem nie jest (choć wygląda jak chleb), ale w zamian stanowi istną skarbnicę zdrowia. Przepis na „chleb bez mąki” wygrzebałam na blogu Olgi Smile, nieco go zmodyfikowałam i oto jest.

DSC_1558

Robi się go długo, ale właściwie powinnam napisać: on SAM robi się długo, bo głównie po prostu leżakuje. W dni powszednie nie mam czasu, by się nim zająć, dlatego piekę go w weekendy, a ponieważ przechowuje się taki bochenek w lodówce, można upiec jeden w sobotę, drugi w niedzielę i mieć na cały tydzień. A jeśli ktoś ma dwie foremki keksowe, to może machnąć od razu dwa chlebki. Ja używam keksówki o długości 40 cm i masa wypełnia ją w 2/3 – jeśli macie mniejszą, około 30 cm, to chleb powinien wypełnić Wam ładnie foremkę.

Składniki: 2,5 szklanki słonecznika, 2 szklanki niepalonej kaszy gryczanej, 1 szklanka siemienia lnianego (tu akurat dałam złociste, ale często stosuję to zwyczajne, jest tańsze), 3/4 szklanki nasion chia, 80 ml łupiny babki jajowatej, 2 łyżeczki soli, 4 szklanki wody, 2 łyżki pestek dyni, łyżeczka czarnuszki, łyżka świeżo zmielonego ostropestu, szczypta kminku lub kuminu rzymskiego (uwaga, ma specyficzny smak i zapach, ale pięknie wspomaga odchudzanie), 0,5 szklanki suszonych owoców berberysu albo aronii (w oryginalnym przepisie były rodzynki lub żurawina, ale mnie nie smakuje słodki chleb, chyba że do powideł). Myślę, że suszone owoce można pominąć.

Kaszę wsypujemy do miski i wlewamy wodę. Mieszamy i zostawiamy na 3 godziny, niech sobie mięknie i pęcznieje. Następnie dosypujemy wszystkie pozostałe produkty, mieszamy łyżką, odstawiamy na 15 minut. Przekładamy do wysmarowanej tłuszczem keksówki (ja natłuszczam olejem kokosowym), wygładzamy, można też uformować elegancki grzbiet, bo ten chleb nie rośnie podczas pieczenia, więc bochenek sam nam się nie wypiętrzy. :) Wymieszana masa wygląda tak:

DSC_1553

Keksówkę z masą przykrywamy wąskim paskiem folii aluminiowej i zostawiamy na kolejne 2 godziny, żeby wszystko się ładnie połączyło. Następnie (wciąż pod folią) wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy 60 minut, po czym ściągamy folię, zmniejszamy temperaturę do 160 stopni, dopiekamy przez 10 minut, później znów zmiana na 120 stopni i ostatnie 10 minut. Studzimy przy otwartym piekarniku, żeby chleb odparował. Przechowujemy w lodówce. Jeśli mamy porządny, ostry nóż, to powinien się ładnie kroić nawet w cieniutkie kromeczki.

Smacznego!

DSC_1556  DSC_1557

A przy okazji przypominam Wam o lipcowej premierze – już za miesiąc premiera mojej najnowszej powieści – „Ławeczka pod bzem”. Jest już dostępna w przedsprzedaży w kilku księgarniach internetowych, póki co w bardzo dobrej cenie. Moim nieskromnym zdaniem będzie to świetna lektura na wakacje – lekka i zabawna.

laweczka_135_205_1a

 

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Skarb prosto z łąki, czyli syrop z mniszka

07 maj

Wiosna – jak to już stwierdziliśmy – jest w tym roku opieszała, ale nie zawiodła aż tak, żeby nie było mniszków. Co to, to nie! Mniszek, czyli popularny mlecz, jest zawsze, czy się go chce, czy się nie chce – a wiedzą o tym doskonale ogrodnicy usiłujący wytępić go w swoim ogrodzie.

Nieliczne chwile ładnej pogody warto więc wykorzystać na to, by udać się spacerkiem (albo na rowerze, jak kto woli) w odludne miejsce, gdzie nie ma spalin i innych paskudztw, i nazbierać główek mniszka na syrop, który jest po pierwsze przepyszny, a po drugie bardzo zdrowy. Można stosować go przy przeziębieniach i osłabieniu; ja robię sobie na przykład lemoniadę słodzoną tym syropem, gdy bierze mnie coś „grypopodobnego”.

Mniszki warto zbierać w rękawiczkach, chyba że nie przewidujemy w najbliższym czasie pokazywania komukolwiek dłoni. ;)

DSC_1026

W internecie krąży wiele przepisów na ten pyszny syrop, zwany miodem z mniszka – możecie więc znaleźć zupełnie inne proporcje niż moje. Myślę, że tak czy owak syrop się uda.

A zatem – jak to się robi? Zbieramy 500 główek mniszka (same kwiatki) i rozsypujemy na gazetach, żeby wszelkiej maści robaczki poszły sobie w świat. Następnie kwiatki jeszcze przedmuchujemy (mój mąż robi to wiertarką!). Zalewamy litrem wody i gotujemy pół godziny (czas mierzymy od momentu zagotowania). Następnie przykrywamy taką „zupę” ściereczką i odstawiamy na 24 godziny.

Następnego dnia przecedzamy przez gazę, odciskamy porządnie, dodajemy sok z 2 cytryn oraz kilogram cukru i stawiamy na niewielkim ogniu. Gotujemy, mieszając, by cukier się rozpuścił. Mówiąc szczerze, nie mam pojęcia, ile to trwa – po prostu gotuje się go tak długo, aż się zagęści i nabierze konsystencji miodu. Ja zawsze przeprowadzam test, kapiąc odrobinę na talerzyk (a następnie ochoczo zlizując te gęstniejące krople).

Gotowy, gorący syrop przelewamy do wyparzonych słoiczków i zakręcamy. Nie trzeba go pasteryzować. Ja przechowuję w lodowce, ale chyba nie jest to konieczne. Zażywamy w okresie przeziębieniowym profilaktycznie łyżkę dziennie (dla dzieci – łyżeczkę), a jeśli już nas dopadnie jakieś paskudztwo, to nawet do trzech łyżek. Wspaniale smakuje jako słodzik do herbaty albo lemoniady, zamiast miodu na rogaliku, jako polewa na lodach lub innym deserze albo zwyczajnie – prosto z łyżki.

DSC_1030

 

 
 

Moje wiosenne slow life

22 kwi

Wiosna nie rozpieszcza nas w tym roku ciepłem, ale zanim się na nią obrazimy, przypomnijmy sobie jedno z najbardziej znanych polskich przysłów, to o kwietniu, i stanie się jasne, że wszystko jest w porządku. Tak właśnie ma być, nawet jeśli z powodu ostatnich przymrozków nie zobaczę w tym roku jednej z moich azalii japońskich, bo właśnie obmarzły jej śliczne różowe pączki.

Piszę sobie powolutku II tom „Mansardy pod aniołami”, dla którego póki co nie mogę wymyślić tytułu. Może „Rozstania i powroty”? A może „Wyznania”? Oczywiście nie mogę Wam zdradzić, kto odejdzie, kto powróci i kto komu będzie wyznawał sekrety, ale to będzie taka właśnie książka: pełna szeptów, tajemnic, próśb o wybaczenie i powoli rodzącej się miłości. I tom trafił już do wydawcy i z teraz z utęsknieniem będę czekała na projekt okładki.

Tymczasem, zgodnie z moją filozofią, żyję sobie pomaluśku, ciesząc się drobiazgami, starając się wyrzucić z głowy i serca to, co mnie zatruwa. Patrzę na najpiękniejsze w świecie szafirki i cały świat robi mi się od nich niebieski.

DSC_1003

Eksperymentuję w kuchni – ostatni mój pomysł to mus z aquafaby z gorzką czekoladą – coś wspaniałego!

DSC_0993  DSC_0996

Zbieram ostatnie fiołki tej wiosny i smażę z nimi naleśniki, oczywiście posypane cukrem fiołkowym.

DSC_0961  DSC_0966  DSC_0967

Hoduję sobie trawę pszeniczną, której źdźbła dodaję do koktajli owocowych i od razu jestem młoda, silna i witaminy wyłażą mi uszami. ;) O tym, że młodziutka trawa jest bardzo zdrowa, przeczytałam kiedyś w książce o survivalu, a teraz mam własną trawkę i mogę ją przemycać do sałatek i smoothies albo wyciskać z niej sok. A przy tym jak ślicznie wygląda taka zielona grzywka! Stanowiła piękną ozdobę wielkanocnego stołu, a w cieplejsze dni pyszni się na tarasie. Przyjemnie jest pić w jej towarzystwie kawę.

DSC_1012  DSC_1000

Żeby nie było tak sennie i leniwie, w najbliższym czasie planuję dwa spotkania z czytelnikami. Pierwsze – w czwartek 27 kwietnia o 17:30 w Bibliotece Publicznej w Jasieniu, zaś kolejne – w piątek 5 maja o 18:00 w Bibliotece Publiczno-Szkolnej w Młynisku koło Wielunia. Zapraszam Was serdecznie. Poopowiadam trochę o „Ławeczce pod bzem”, która ukaże się tego lata, o „Cudach i cudeńkach”, czyli pierwszym tomie „Mansardy…” – no i zdradzę coś niecoś z moich planów pisarskich.

Mam nadzieję, że się zobaczymy!

 

Nareszcie kwiecień, czyli coś dla kwiatowych zjadaczy…

01 kwi

Kwiecień to między innymi czas fiołków. Lubicie fiołki? Ale nie mówię o bukiecikach, o zapachu, który nie ma sobie równych… Mówię o smakowitych kwiatkach i listkach.

Tak, owszem: smakowitych. Większość osób wie, że niektóre kwiaty są jadalne – ale niewielu jest amatorów fiołkowych listków do sałatki (na przykład: wrzucamy do miseczki opłukane i wysuszone listki, dodajemy drobno pokrojonego pora albo dymkę, rwiemy na kawałki sałatę rzymską, sypiemy posiekanym koperkiem i/albo szczypiorkiem, mieszamy, na to kładziemy pokrojone na ćwiartki jajko na półmiękko i polewamy odrobiną oliwy wymieszanej z sokiem z cytryny). Smaczne i zdrowe, bo listki fiołka to między innymi mnóstwo witaminy C.

Ale chyba jeszcze mniej jest osób zjadających śliczne fioletowe kwiatuszki. Są delikatne w smaku, lekko słodkie, a działają antybakteryjnie, antywirusowo i – uwaga!: poprawiają nastrój, poleca się je więc w depresji.

Ponieważ moja trasa nordic walking wiedzie przez śliczne fiołkowe zakątki, często podskubuję trochę pachnących główek; pod pretekstem zebrania garści lub dwóch robię sobie odpoczynek. Po powrocie do domu oczywiście płuczę je porządnie i osuszam. Co się z nimi dzieje później, to już zależy od mojej fantazji. Czasem stanowią dodatek do naleśników, czasem do sałatki owocowej albo surówki. Robię z nich także liliowy cukier (który wspaniale nadaje się do ozdabiania kruchych ciastek i muffinek), a także dodaję do koktajli.

Dziś na przykład znalazłam w zamrażalniku resztę jagód z ubiegłego lata. Połowę zostawiłam na niedzielne naleśniki, a z połowy zrobiłam koktajl jagodowo-fiołkowy. Trochę jagód, garść  fiołków, szklanka mleka owsiano-kokosowego i łyżka ksylitolu – blendujemy, posypujemy z wierzchu kwiatuszkami - i pijemy na zdrowie.

DSC_0958  DSC_0959  DSC_0960

 
 

Napój owsiany, czyli oczyszczania ciąg dalszy

08 mar

W jednym z komentarzy na Facebooku pojawiła się sugestia, żebym podzieliła się przepisem na „mleko” owsiane. Tak zwane mleka roślinne dostępne w sklepach są dość drogie, niezbyt smaczne, a w dodatku – nie ma siły – muszą być czymś konserwowane, skoro stoją dość długo na półkach i się nie psują.

Przepisów na napoje roślinne krąży w sieci mnóstwo. Można znaleźć receptury na mleko migdałowe, orzechowe, z ryżu, z kasz i tak dalej. Ja robię owsiane, bo orzechy i migdały wolę zjeść w postaci „do schrupania”, a poza tym płatki owsiane górskie są tanie, łatwo dostępne i kupuję ich spore ilości, jako że moje dzieciaki zjadają coś w rodzaju muesli na śniadanie.

Mój sposób jest taki: wsypuję do miseczki szklankę płatków owsianych i czubatą łyżkę (albo nawet dwie) wiórków kokosowych. Zalewam wrzątkiem – tylko tyle, żeby było przykryte – i zostawiam. Niech napęcznieje i wystygnie.

Kiedy płatki są już wystudzone, przekładam je do blendera i zalewam trzema szklankami przegotowanej wody o temperaturze pokojowej. Miksuję porządnie, po czym przecedzam przez bardzo gęste sito. Wytłoczki pozostałe na sicie przelewam jeszcze jedną szklanką przegotowanej wody i odciskam, np. jakimś spodeczkiem. Czyli w sumie proporcje są takie: 1 część płatków, 4 części wody, dowolny dodatek wiórków.

Gotowe mleko przelewam do butelki i mam na 2-3 dni do koktajli owocowych i do puddingu chia. Można nim także zaprawiać zupy i sosy (uwaga – gęstnieje po podgrzaniu!) Wiem, że niektórzy stosują napoje roślinne do naleśników, ale jeszcze nie próbowałam.

Mleka owsianego niczym nie doprawiam, bo według mnie ma interesujący smak (i pięknie pachnie kokosem) – ale można dodać szczyptę soli, ksylitolu, kapkę miodu. Czasem zdarza mi się dosypać odrobinę cynamonu, ale to tylko do puddingu chia.

IMG_20170308_101239

Często spotykam się z pytaniami, po co tyle zachodu, skoro można kupić mleko krowie. Cóż, osoby z nietoleracją laktozy chyba wiedzą, po co „tyle zachodu”. Znam też bardzo wiele osób, u których nie stwierdzono nietolerancji, ale które zauważyły znaczącą poprawę stanu zdrowia po odstawieniu produktów mlecznych. Są tacy, którym nareszcie odtyka się nos, są i tacy, którzy pozbywają się zmian skórnych albo problemów jelitowych. Wreszcie kwestia logiki – żaden ssak na świecie nie spożywa mleka jako osobnik dorosły. Dlaczego my to robimy?

Jakie zalety mleka owsianego sprawiają, że jest ono zdecydowanie lepszym wyborem niż krowie? Cóż, jeśli poszperamy trochę w zasobach internetu, dowiemy się, że jest ono bogate w błonnik i kwas foliowy, zawiera mnóstwo witamin i minerałów, w tym spore ilości wapnia, który w tej postaci jest znacznie lepiej przyswajalny aniżeli ten z mleka krowiego; polecane jest także przy anemii ze względu na zawartość żelaza, zawiera tzw. fitochemikalia, czyli roślinne substancje czynne, które hamują rozwój komórek nowotworowych, działają antybakteryjnie, zapobiegają udarowi i chorobom serca oraz potrafią obniżyć poziom cholesterolu. Podobno ma też działanie uspokajające.

A u mnie dziś – jako wspomagacz przy pisaniu II tomu „Mansardy pod aniołami” – koktajl z mleka owsianego, plastra ananasa, pomarańczy i suszonej żurawiny. Polecam!

IMG_20170308_101647 IMG_20170308_101738 IMG_20170308_101657

Aha, zapomniałabym o bardzo ważnej sprawie: wytłoczki owsiane przekładamy z powrotem do miseczki i mamy wspaniały, naturalny preparat oczyszczający skórę. Można się nim „namydlić” w kąpieli, a można myć tylko twarz lub dłonie. Podobno przy dłuższym stosowaniu rewelacyjnie leczy zmiany trądzikowe. Ponadto skóra staje się jedwabista i promienna. Polecam!

A w oczekiwaniu na wiosnę – zajrzyjcie do księgarni w poszukiwaniu serii „Wszystkie smaki życia”! :) Lada dzień pojawi się trzeci tom – „Apetyt na więcej„, a póki co – zachęcam do przeczytania dwóch pierwszych.

851x315_Apetyt-na-więcej

 
 

Wiosenne oczyszczenie

05 mar

Chyba wszyscy lubimy na przedwiośniu trochę się „przewietrzyć” – wewnętrznie i zewnętrznie. Stąd przecież tradycja wiosennych porządków, stąd także w niektórych kulturach i religiach idea wiosennego postu. Wiele osób o tej właśnie porze roku podejmuje nowe wyzwania – zmieniają dietę, zaczynają uprawiać sport na świeżym powietrzu i tak dalej.

Ja też uległam tej potrzebie wprowadzenia zmian. Przyjrzałam się uważnie temu, co jem, i doszłam do wniosku, że wbrew własnemu przeświadczeniu, jakobym się zdrowo odżywiała, w mojej diecie brakuje błonnika. Wiadomo, że latem, gdy będą dostępne świeże cudeńka prosto z ogrodu i sadu, nie będzie z tym problemu, ale teraz, właśnie na przedwiośniu, kiedy kończą się zimowe zapasy, a dostępne w sklepach owoce i warzywa to jakieś sztuczne twory, podobne do tych prawdziwych tylko z kształtu i koloru, ale bez właściwego smaku i zapachu – trzeba o zawartość błonnika w diecie zadbać szczególnie.

Poszperałam więc, poczytałam – i znalazłam. Nasiona chia, czyli szałwii hiszpańskiej!

Te niepozorne kuleczki – jak się dowiedziałam  – są prawdziwym skarbem. Są świetnym źródłem białka, zawierają kwasy omega-3, potas, wapń, fosfor, żelazo i magnez, tak więc wprowadzając je do naszej diety, oddajemy przysługę naszemu sercu, kościom, układowi nerwowemu, oczom i jelitom. Ponoć nasiona chia poprawiają pamięć i koncentrację, działają antydepresyjnie i uspokajająco, pomagają unormować ciśnienie, zapobiegają miażdżycy i demencji, a także rewelacyjnie usprawniają działanie układu pokarmowego (to ze względy na wspomniany wcześniej błonnik).

Zresztą kto jest ciekaw, poszuka sobie informacji i wyciągnie wnioski.

W pierwszej chwili pomyślałam, że mimo tych wszystkich zalet nasionka chia nie są dla mnie – a to z powodu wysokiej ceny. Okazało się jednak, że dzienna porcja to zaledwie 2 łyżki. Tak więc nawet jeśli zapłacę za kilogramową paczkę prawie 30 złotych (bo moim zdaniem nie należy kupować tych najtańszych – z czegoś ta ich taniość wynika, może np. ktoś oszczędza na oczyszczaniu nasionek), to mam śniadania lub kolacje na naprawdę długo.

Jest mnóstwo sposobów wykorzystania nasion chia w kuchni; mnie przypadł do gustu pomysł na poranny pudding. Wiele osób przyrządza go z całych nasion, jednak o ile wiem, marnuje się wówczas mnóstwo wartości odżywczych. Dlatego ja swoje nasionka mielę w starym młynku do kawy, który mam specjalnie do takich zadań. Wieczorem wsypuję do niego 2 łyżki nasion, rozdrabniam, przesypuję do miseczki, zalewam szklanką napoju roślinnego (migdałowego, kokosowego lub owsianego domowej roboty), mieszam, odstawiam na 10 minut, mieszam jeszcze raz i wkładam na noc do lodówki. Rano mam gęsty pudding (jeśli nasionka nie zostaną zmielone, będzie odrobinę rzadszy, ale też bardzo zgęstnieje). Jeżeli mam do niego słodkie owoce, to nie słodzę go, ale kiedy zamierzam go zjeść np. z rozmrożonymi wcześniej wiśniami lub porzeczkami, to dosładzam ksylitolem, miodem lub stewią. W blenderze robię mus owocowy – najbardziej lubię z pomarańczy i kiwi, ale świetny jest też ze wszelkich mrożonych owoców, np. z jagód albo malin z dodatkiem banana, albo z ananasem z puszki (tyle że wtedy zawiera sporo cukru).

Dla mnie – bomba (błonnikowa, ale także smakowa)!

IMG_20170305_081020    IMG_20170305_081146

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Likiery na późną jesień

27 lis

Kto śledzi moje konto facebookowe, ten wie, że jakiś czas temu zakończyłam pracę nad „Ławeczką pod bzem” (od razu uprzedzam pytania – okładka jeszcze niegotowa; książka ukaże się latem 2017), a to doniosłe wydarzenie postanowiłam uczcić nastawieniem likieru. Albowiem mój przepis na szczęście jest właśnie taki: ciesz się drobiazgami i celebruj je w taki sposób, jaki sprawia Ci przyjemność.

W ciemne listopadowe i grudniowe wieczory taką właśnie drobną radość sprawimy sobie, wychylając kieliszeczek słodkiego, rozgrzewającego likieru. Ponieważ nie mogłam się zdecydować, zrobiłam ostatecznie trzy: kawowy, toffi i kokosowy. Moją prawdziwą miłością jest ten ostatni, ale trzeba na niego poczekać kilka tygodni, więc dwa pozostałe możemy potraktować jako pocieszaczy w trudnych chwilach.

Likier kawowy

Nie ma chyba na świecie nic prostszego. Bierzemy puszkę mleka skondensowanego słodzonego i około 300 ml wódki (ja kupuję Krupnik do wszystkich nalewek i likierów), mieszamy zawzięcie. Można w blenderze. Zaparzamy baaaaaardzo mocną kawę (u mnie zawsze jest naturalna i potem muszę ją przecedzać przez filtr do ekspresu - ale równie dobrze można użyć rozpuszczalnej) i dodajemy kilka łyżek. Ile? Do smaku. Kto chce bardziej kawowy smak, dodaje więcej, kto lubi łagodniejszy likier, doda tylko troszeczkę. Zresztą tak samo jest z wódką, możecie jej dodać mniej lub więcej w zależności od mocy, jaką chcecie uzyskać. Wolnoć Tomku w swoim gąsiorku.

P.S. Likier kawowy można przyrządzić także w wersji bezmlecznej, ale o tym kiedy indziej.

Likier toffi

Równie łatwy, ale trzeba się za niego zabrać poprzedniego dnia. Puszkę mleka skondensowanego słodzonego umieszczamy w garnuszku i nalewamy tyle wody, aby puszka była przykryta. Stawiamy na kuchence i gotujemy około dwóch godzin, najlepiej pod przykryciem, żeby nie trzeba było uzupełniać wody. Uzyskamy w ten sposób pyszną masę krówkową. Gdy wystygnie (a trwa to naprawdę długo, najlepiej zostawić na noc) otwieramy – nigdy nie otwierajcie gorącej!!! – i mieszamy w blenderze z wódką w takiej ilości, jaka nam się podoba. Podobnie jak poprzednio, można dodać 300 ml, ale można też nieco więcej lub mniej. Wasza wola.

Likier kokosowy

Tutaj już przygotowanie ma w sobie to coś, co uwielbiam w nastawianiu nalewek. Można się poczuć trochę jak szeptucha albo wiedźma z brodawką na nosie, warząca swoje mikstury i szepcząca zaklęcia. Na dno słoja wrzucamy garść rodzynek i łyżkę skórki otartej z cytryny (uprzednio wyparzonej, oczywiście). Dodajemy 150 g wiórków kokosowych i wlewamy dwie puszki mleka skondensowanego słodzonego. Na koniec wódka – całe 0,75 l, czyli w wersji krupnikowej po prostu jeden Krupnik.  Mieszamy i odstawiamy na kilka tygodni. Z moich doświadczeń wynika, że likier ten powinien stać nie mniej niż 2, ale nie więcej niż 4 tygodnie; jeśli za długo, to zrobi się bardzo gęsty i trzeba go jeść łyżeczką, jak Ewa, bohaterka „Szczęścia na wagę” i „Miłości z nutą imbiru” (obie te książki dostępne są w księgarniach stacjonarnych i internetowych – polecam w zestawie jako świetny pomysł na prezent).

baner

Aha, po odcedzeniu wiórki z rodzynkami stanowią wspaniały deser sam w sobie, choć są też rewelacyjnym dodatkiem do lodów. Jednak uprzedzam, że jakoś dziwnie miękną po nich nogi. Według mnie są też jednym z najlepszych sposobów na bezsenność.

Na zdjęciu stoją od lewej panowie: Kawowy, Toffi i Kokosowy.

DSC_0611

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Czarny poniedziałek

03 paź

Nie, nie jestem zwolenniczką aborcji. I nie, nie jestem wojującą feministką. Kim więc jestem? Szczęśliwą matką trojga zdrowych dzieci. Jak niemal każda matka, oddałabym życie, żeby chronić moich synów. Ale to nie ma w dzisiejszym proteście żadnego znaczenia. To nie ma nic do rzeczy, bo nie o to chodzi w tym strajku.

Kobiety, które dziś – podobnie jak ja – nie poszły do pracy i które, ubrane na czarno, wezmą udział w wydarzeniach w całej Polsce, też w ogromnej większości nie są zwolenniczkami aborcji. Uważają po prostu, że bywają w życiu sytuacje, kiedy trzeba wybierać między większym a mniejszym cierpieniem. Między większym a mniejszym złem. Jest dla mnie oczywiste, że takie decyzje należy pozostawić kobiecie, której to dotyczy. Nie może o tym decydować nikt inny – nieważne, czy będą to posłowie, czy posłanki. Nie wszystko mieści się w kodeksach i paragrafach. Ludzkie historie często wymykają się prostemu klasyfikowaniu i nie da się ich wetknąć do szufladki z napisem DOBRE i ZŁE. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to znaczy, że niewiele jeszcze przeżył i widział. Albo widział, lecz nie zrozumiał, czyli jest zwyczajnie głupi.

Jeśli naszym rządzącym naprawdę zależy na tym, żeby chronić życie, to niech zaczną od początku. Niech sprawią, żeby młodzież była edukowana seksualnie, żeby młodziutkie dziewczyny nie zachodziły w ciążę z przypadkowym partnerem na zakrapianej imprezie, żeby nie rodziły się niechciane dzieci, którymi ktoś potem rzuca o podłogę. Niech nasi „łaskawie nam panujący” zagwarantują niegotowym jeszcze na macierzyństwo kobietom łatwy dostęp do antykoncepcji. Urodzi się mniej dzieci? Owszem, ale będą to dzieci upragnione, wyczekiwane.

Niech ktoś się wreszcie zajmie żłobkami i przedszkolami, w których wciąż brakuje miejsc, co z pewnością nie sprawia, że kobiety chcą mieć więcej dzieci. I wreszcie – tym, czego potrzebujemy, jest mądry, przemyślany i skuteczny system pomocy samotnym rodzicom. Właśnie to wszystko sprawi, że kobiety nie będą nawet myślały o aborcji jako o sposobie na rozwiązanie „problemu”. Bo po prostu ciąża, nawet ta nieplanowana, nie będzie dłużej „problemem”.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Styl życia

 

Aromatyczna malinówka

29 sie

W moim ogrodzie trwa malinowe szaleństwo. Niemal codziennie zbieramy miseczkę tych cudownie aromatycznych owoców, pijemy koktajle z maślanki albo jogurtu, robimy pyszne desery, a maliny wciąż dojrzewają… Postanowiłam więc nastawić nalewkę, która w zimowe wieczory przypomni mi, jak pięknie pachniał sierpień.

DSC_1373

Potrzebujemy 1 kg malin, 1/2 litra spirytusu, 1/2 litra wódki i pół kilograma cukru. To jest wersja podstawowa. W wersji wzbogaconej można dodać ok. 100 ml ginu lub rumu. Ja dotychczas robiłam bez dodatków, w tym roku zdecydowałam się na gin lubuski, więc moja malinówka będzie miała posmak jałowcowy.

Maliny starannie przebieramy. Moje pochodzą z ekologicznego ogrodu położonego z dala od świata, ale jeśli kupujemy, to warto jednak przepłukać i osuszyć. Następnie wsypujemy je do słoja i zasypujemy cukrem. Niech puszczą trochę soku. Potrząsamy raz i drugi, żeby cukier dobrze oblepił owoce i zostawiamy na jakąś godzinkę. Wreszcie wlewamy alkohol i to już koniec roboty.

Stawiamy nasz słój w słonecznym, ciepłym miejscu na tydzień, codziennie potrząsamy. Po tygodniu odstawiamy na 3 tygodnie w równie ciepłe miejsce, ale w cieniu. Potrząsamy nadal, choć niekoniecznie codziennie.

Znam różne przepisy na malinówkę, w niektórych potrząsania nie ma wcale, w innych jest dwa razy dziennie. Nie sądzę, żeby to miało jakieś wielkie znaczenie. W większości tradycyjnych receptur powtarza się natomiast jedna informacja: że maliny macerowane w alkoholu nie powinny długo stać na słońcu – podobno wówczas z pesteczek uwalnia się gorycz. Ile w tym prawdy, nie mam pojęcia, ale wolę nie ryzykować, dlatego po tygodniu słój wędruje do cienia.

DSC_1357

Po miesiącu płyn zlewamy, resztkę przesączamy przez gazę, bo szkoda, żeby się zmarnowało. Niestety, nie mam patentu na to, co można zrobić z pozostałą ciapką z malin (słyszałam, że niektórzy robią z tego mus alkoholowy do lodów, ale nigdy nie próbowałam).

Po zlaniu nalewki do butelek pozwalamy jej jeszcze dojrzeć. Otwieramy w okolicach Bożego Narodzenia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Cudowny deser z truskawkami

09 cze

Każdy ma swoje pięć minut, nawet truskawka. I teraz właśnie owo truskawkowe pięć minut trwa – tylko w czerwcu możemy cieszyć się smakiem świeżych, dojrzałych, czerwonych, słodkich, soczystych, aromatycznych… i tak dalej. Jestem wielką miłośniczką tych owoców. Lubię też maliny, kocham śliwki, jagody i borówki amerykańskie, ale truskawka ma w sobie coś z magii wczesnego dzieciństwa, coś babciowo-dziadkowego, wakacyjnego.

Truskawki najczęściej jem zwyczajnie, bez cukru, ale jeśli już mi się przejedzą, to przygotowuję koktajl z maślanką lub kefirem. Natomiast nie piekę na ogół ciast z tymi owocami, bo mi zwyczajnie żal – ich urody, soczystości, jędrności. W cieście, choć nadal pyszne, stają się mokrymi plamkami. Szkoda ich na to – jeśli już, to zużyjmy do tego truskawki mrożone, gdy sezon dawno minie, a my zatęsknimy za tym jedynym w świecie smakiem.

W wielu deserach można wykorzystać truskawki świeże, ze wszystkimi ich zaletami. Jednym z takich deserów jest Pavlova – pyszny, a jednocześnie bardzo łatwy torcik bezowy wypełniony puszystym kremem i udekorowany plasterkami truskawek oraz listkami mięty lub stewii. O ile wiem, powstał na cześć rosyjskiej primabaleriny, Anny Pawłowej, podczas jej wizyty w Australii lub Nowej Zelandii (oba kraje spierają się o to, gdzie po raz pierwszy przyrządzono ten rarytas).

Istnieją oczywiście wariacje na temat Pavlovej: można ją podawać z różnymi owocami (słyszałam, że w pierwotnej wersji była z kiwi), można też zamiast kremu dać samą bitą śmietanę. Jak kto lubi.

Podaję składniki:

Beza: 6 białek (jajka średniej wielkości) + 300 g cukru pudru

Krem: serek mascarpone (250 g) + śmietana 36% (200 g) + 50 g cukru pudru (przesiany – żadnych grudek!)

owoce na wierzch – ile kto lubi i jakie kto lubi

Tajemnica przygotowania bezy tkwi podobno w idealnie czystym naczyniu. Nawet odrobina tłuszczu na ściankach może sprawić, że piana spłynie. Druga ważna sprawa to tempo: nie wolno się spieszyć - białka ubijamy długo, a cukier dodajemy bardzo powoli. Ja zaczynam dodawać cukier, gdy piana jest już prawie sztywna, niektórzy sugerują, żeby zrobić to dopiero kiedy już trzyma się ścianek i dna naczynia. Moje doświadczenia z bezą są jednak takie, że lepiej zacząć za wcześnie niż za późno. Tak czy owak, najpierw ubijamy same białka, a gdy staną się one pianą, powiedzmy: prawie sztywną, powoli zaczynamy dodawanie cukru. Po łyżeczce, cierpliwie. U mnie trwa to ok. 30 minut.

Na papierze do pieczenia rysujemy okrąg (na przykład przykładając talerz lub pokrywkę od garnka) i nakładamy sztywną, lśniącą pianę, rozprowadzając ją łyżką tak, aby uformować „miseczkę” – od środka na boki, żeby powstały ścianki. Następnie wkładamy blaszkę do piekarnika rozgrzanego do 120 stopni z termoobiegiem, ale natychmiast zmniejszamy temperaturę do 100 stopni i suszymy bezę przez półtorej do dwóch godzin. Powinna pozostać biała, ewentualnie stać się kremowa. Po upieczeniu pozwalamy jej wystygnąć w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Do zimnej „miseczki” z bezy nakładamy krem. Przygotowuje się go bardzo prosto: ubijamy mocno schłodzoną kremówkę, dosypujemy cukru pudru, a gdy śmietana jest sztywna, delikatnie dodajemy równie schłodzony serek mascarpone i jeszcze trochę miksujemy, ale delikatnie. W moim przepisie jest cukru pudru niewiele, tak więc krem wyjdzie raczej mdły, ale do baaaardzo słodkiej bezy naprawdę nie potrzebujemy słodkiego kremu. Jeśli ktoś lubi słodycz w każdej ilości, można dodać więcej cukru do śmietany, np. 70 g.

Na koniec dekorujemy deser owocami, na przykład pokrojonymi truskawkami. Radzę je nieco odsączyć, bo nadmiar soku będzie się zbierał pod bezą. Wyobrażam sobie, że Pavlova musi być pyszna także z agrestem oraz z porzeczkami, bo jest bardzo słodka, więc coś kwaśnego na wierzchu pięknie by tę słodycz przełamało.

DSC_0055

DSC_0056

DSC_0065

Mogę Wam także zdradzić, że Pavlova pojawi się w jednej z moich książek – w III tomie cyklu „Wszystkie smaki życia”, zatytułowanym „Pełnymi garściami”. Nie zdradzę na razie kto, ale KTOŚ założy tam sympatyczną knajpkę,w której ten deser będzie się serwować o każdej porze roku. Przypominam, że I tom tego cyklu – „Szczęście na wagę” – jest już w księgarniach; znajdziecie go w Empikach, Matrasach, można też zamawiać przez internet.

thumb

Tymczasem jednak trwają przygotowania do sierpniowej premiery „Nieobecnej”. Już wkrótce – kolejny fragment! :)

 

 

 

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia