RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Natura’

Skarb prosto z łąki, czyli syrop z mniszka

07 maj

Wiosna – jak to już stwierdziliśmy – jest w tym roku opieszała, ale nie zawiodła aż tak, żeby nie było mniszków. Co to, to nie! Mniszek, czyli popularny mlecz, jest zawsze, czy się go chce, czy się nie chce – a wiedzą o tym doskonale ogrodnicy usiłujący wytępić go w swoim ogrodzie.

Nieliczne chwile ładnej pogody warto więc wykorzystać na to, by udać się spacerkiem (albo na rowerze, jak kto woli) w odludne miejsce, gdzie nie ma spalin i innych paskudztw, i nazbierać główek mniszka na syrop, który jest po pierwsze przepyszny, a po drugie bardzo zdrowy. Można stosować go przy przeziębieniach i osłabieniu; ja robię sobie na przykład lemoniadę słodzoną tym syropem, gdy bierze mnie coś „grypopodobnego”.

Mniszki warto zbierać w rękawiczkach, chyba że nie przewidujemy w najbliższym czasie pokazywania komukolwiek dłoni. ;)

DSC_1026

W internecie krąży wiele przepisów na ten pyszny syrop, zwany miodem z mniszka – możecie więc znaleźć zupełnie inne proporcje niż moje. Myślę, że tak czy owak syrop się uda.

A zatem – jak to się robi? Zbieramy 500 główek mniszka (same kwiatki) i rozsypujemy na gazetach, żeby wszelkiej maści robaczki poszły sobie w świat. Następnie kwiatki jeszcze przedmuchujemy (mój mąż robi to wiertarką!). Zalewamy litrem wody i gotujemy pół godziny (czas mierzymy od momentu zagotowania). Następnie przykrywamy taką „zupę” ściereczką i odstawiamy na 24 godziny.

Następnego dnia przecedzamy przez gazę, odciskamy porządnie, dodajemy sok z 2 cytryn oraz kilogram cukru i stawiamy na niewielkim ogniu. Gotujemy, mieszając, by cukier się rozpuścił. Mówiąc szczerze, nie mam pojęcia, ile to trwa – po prostu gotuje się go tak długo, aż się zagęści i nabierze konsystencji miodu. Ja zawsze przeprowadzam test, kapiąc odrobinę na talerzyk (a następnie ochoczo zlizując te gęstniejące krople).

Gotowy, gorący syrop przelewamy do wyparzonych słoiczków i zakręcamy. Nie trzeba go pasteryzować. Ja przechowuję w lodowce, ale chyba nie jest to konieczne. Zażywamy w okresie przeziębieniowym profilaktycznie łyżkę dziennie (dla dzieci – łyżeczkę), a jeśli już nas dopadnie jakieś paskudztwo, to nawet do trzech łyżek. Wspaniale smakuje jako słodzik do herbaty albo lemoniady, zamiast miodu na rogaliku, jako polewa na lodach lub innym deserze albo zwyczajnie – prosto z łyżki.

DSC_1030

 

 
 

Moje wiosenne slow life

22 kwi

Wiosna nie rozpieszcza nas w tym roku ciepłem, ale zanim się na nią obrazimy, przypomnijmy sobie jedno z najbardziej znanych polskich przysłów, to o kwietniu, i stanie się jasne, że wszystko jest w porządku. Tak właśnie ma być, nawet jeśli z powodu ostatnich przymrozków nie zobaczę w tym roku jednej z moich azalii japońskich, bo właśnie obmarzły jej śliczne różowe pączki.

Piszę sobie powolutku II tom „Mansardy pod aniołami”, dla którego póki co nie mogę wymyślić tytułu. Może „Rozstania i powroty”? A może „Wyznania”? Oczywiście nie mogę Wam zdradzić, kto odejdzie, kto powróci i kto komu będzie wyznawał sekrety, ale to będzie taka właśnie książka: pełna szeptów, tajemnic, próśb o wybaczenie i powoli rodzącej się miłości. I tom trafił już do wydawcy i z teraz z utęsknieniem będę czekała na projekt okładki.

Tymczasem, zgodnie z moją filozofią, żyję sobie pomaluśku, ciesząc się drobiazgami, starając się wyrzucić z głowy i serca to, co mnie zatruwa. Patrzę na najpiękniejsze w świecie szafirki i cały świat robi mi się od nich niebieski.

DSC_1003

Eksperymentuję w kuchni – ostatni mój pomysł to mus z aquafaby z gorzką czekoladą – coś wspaniałego!

DSC_0993  DSC_0996

Zbieram ostatnie fiołki tej wiosny i smażę z nimi naleśniki, oczywiście posypane cukrem fiołkowym.

DSC_0961  DSC_0966  DSC_0967

Hoduję sobie trawę pszeniczną, której źdźbła dodaję do koktajli owocowych i od razu jestem młoda, silna i witaminy wyłażą mi uszami. ;) O tym, że młodziutka trawa jest bardzo zdrowa, przeczytałam kiedyś w książce o survivalu, a teraz mam własną trawkę i mogę ją przemycać do sałatek i smoothies albo wyciskać z niej sok. A przy tym jak ślicznie wygląda taka zielona grzywka! Stanowiła piękną ozdobę wielkanocnego stołu, a w cieplejsze dni pyszni się na tarasie. Przyjemnie jest pić w jej towarzystwie kawę.

DSC_1012  DSC_1000

Żeby nie było tak sennie i leniwie, w najbliższym czasie planuję dwa spotkania z czytelnikami. Pierwsze – w czwartek 27 kwietnia o 17:30 w Bibliotece Publicznej w Jasieniu, zaś kolejne – w piątek 5 maja o 18:00 w Bibliotece Publiczno-Szkolnej w Młynisku koło Wielunia. Zapraszam Was serdecznie. Poopowiadam trochę o „Ławeczce pod bzem”, która ukaże się tego lata, o „Cudach i cudeńkach”, czyli pierwszym tomie „Mansardy…” – no i zdradzę coś niecoś z moich planów pisarskich.

Mam nadzieję, że się zobaczymy!

 

Nareszcie kwiecień, czyli coś dla kwiatowych zjadaczy…

01 kwi

Kwiecień to między innymi czas fiołków. Lubicie fiołki? Ale nie mówię o bukiecikach, o zapachu, który nie ma sobie równych… Mówię o smakowitych kwiatkach i listkach.

Tak, owszem: smakowitych. Większość osób wie, że niektóre kwiaty są jadalne – ale niewielu jest amatorów fiołkowych listków do sałatki (na przykład: wrzucamy do miseczki opłukane i wysuszone listki, dodajemy drobno pokrojonego pora albo dymkę, rwiemy na kawałki sałatę rzymską, sypiemy posiekanym koperkiem i/albo szczypiorkiem, mieszamy, na to kładziemy pokrojone na ćwiartki jajko na półmiękko i polewamy odrobiną oliwy wymieszanej z sokiem z cytryny). Smaczne i zdrowe, bo listki fiołka to między innymi mnóstwo witaminy C.

Ale chyba jeszcze mniej jest osób zjadających śliczne fioletowe kwiatuszki. Są delikatne w smaku, lekko słodkie, a działają antybakteryjnie, antywirusowo i – uwaga!: poprawiają nastrój, poleca się je więc w depresji.

Ponieważ moja trasa nordic walking wiedzie przez śliczne fiołkowe zakątki, często podskubuję trochę pachnących główek; pod pretekstem zebrania garści lub dwóch robię sobie odpoczynek. Po powrocie do domu oczywiście płuczę je porządnie i osuszam. Co się z nimi dzieje później, to już zależy od mojej fantazji. Czasem stanowią dodatek do naleśników, czasem do sałatki owocowej albo surówki. Robię z nich także liliowy cukier (który wspaniale nadaje się do ozdabiania kruchych ciastek i muffinek), a także dodaję do koktajli.

Dziś na przykład znalazłam w zamrażalniku resztę jagód z ubiegłego lata. Połowę zostawiłam na niedzielne naleśniki, a z połowy zrobiłam koktajl jagodowo-fiołkowy. Trochę jagód, garść  fiołków, szklanka mleka owsiano-kokosowego i łyżka ksylitolu – blendujemy, posypujemy z wierzchu kwiatuszkami - i pijemy na zdrowie.

DSC_0958  DSC_0959  DSC_0960

 
 

Napój owsiany, czyli oczyszczania ciąg dalszy

08 mar

W jednym z komentarzy na Facebooku pojawiła się sugestia, żebym podzieliła się przepisem na „mleko” owsiane. Tak zwane mleka roślinne dostępne w sklepach są dość drogie, niezbyt smaczne, a w dodatku – nie ma siły – muszą być czymś konserwowane, skoro stoją dość długo na półkach i się nie psują.

Przepisów na napoje roślinne krąży w sieci mnóstwo. Można znaleźć receptury na mleko migdałowe, orzechowe, z ryżu, z kasz i tak dalej. Ja robię owsiane, bo orzechy i migdały wolę zjeść w postaci „do schrupania”, a poza tym płatki owsiane górskie są tanie, łatwo dostępne i kupuję ich spore ilości, jako że moje dzieciaki zjadają coś w rodzaju muesli na śniadanie.

Mój sposób jest taki: wsypuję do miseczki szklankę płatków owsianych i czubatą łyżkę (albo nawet dwie) wiórków kokosowych. Zalewam wrzątkiem – tylko tyle, żeby było przykryte – i zostawiam. Niech napęcznieje i wystygnie.

Kiedy płatki są już wystudzone, przekładam je do blendera i zalewam trzema szklankami przegotowanej wody o temperaturze pokojowej. Miksuję porządnie, po czym przecedzam przez bardzo gęste sito. Wytłoczki pozostałe na sicie przelewam jeszcze jedną szklanką przegotowanej wody i odciskam, np. jakimś spodeczkiem. Czyli w sumie proporcje są takie: 1 część płatków, 4 części wody, dowolny dodatek wiórków.

Gotowe mleko przelewam do butelki i mam na 2-3 dni do koktajli owocowych i do puddingu chia. Można nim także zaprawiać zupy i sosy (uwaga – gęstnieje po podgrzaniu!) Wiem, że niektórzy stosują napoje roślinne do naleśników, ale jeszcze nie próbowałam.

Mleka owsianego niczym nie doprawiam, bo według mnie ma interesujący smak (i pięknie pachnie kokosem) – ale można dodać szczyptę soli, ksylitolu, kapkę miodu. Czasem zdarza mi się dosypać odrobinę cynamonu, ale to tylko do puddingu chia.

IMG_20170308_101239

Często spotykam się z pytaniami, po co tyle zachodu, skoro można kupić mleko krowie. Cóż, osoby z nietoleracją laktozy chyba wiedzą, po co „tyle zachodu”. Znam też bardzo wiele osób, u których nie stwierdzono nietolerancji, ale które zauważyły znaczącą poprawę stanu zdrowia po odstawieniu produktów mlecznych. Są tacy, którym nareszcie odtyka się nos, są i tacy, którzy pozbywają się zmian skórnych albo problemów jelitowych. Wreszcie kwestia logiki – żaden ssak na świecie nie spożywa mleka jako osobnik dorosły. Dlaczego my to robimy?

Jakie zalety mleka owsianego sprawiają, że jest ono zdecydowanie lepszym wyborem niż krowie? Cóż, jeśli poszperamy trochę w zasobach internetu, dowiemy się, że jest ono bogate w błonnik i kwas foliowy, zawiera mnóstwo witamin i minerałów, w tym spore ilości wapnia, który w tej postaci jest znacznie lepiej przyswajalny aniżeli ten z mleka krowiego; polecane jest także przy anemii ze względu na zawartość żelaza, zawiera tzw. fitochemikalia, czyli roślinne substancje czynne, które hamują rozwój komórek nowotworowych, działają antybakteryjnie, zapobiegają udarowi i chorobom serca oraz potrafią obniżyć poziom cholesterolu. Podobno ma też działanie uspokajające.

A u mnie dziś – jako wspomagacz przy pisaniu II tomu „Mansardy pod aniołami” – koktajl z mleka owsianego, plastra ananasa, pomarańczy i suszonej żurawiny. Polecam!

IMG_20170308_101647 IMG_20170308_101738 IMG_20170308_101657

Aha, zapomniałabym o bardzo ważnej sprawie: wytłoczki owsiane przekładamy z powrotem do miseczki i mamy wspaniały, naturalny preparat oczyszczający skórę. Można się nim „namydlić” w kąpieli, a można myć tylko twarz lub dłonie. Podobno przy dłuższym stosowaniu rewelacyjnie leczy zmiany trądzikowe. Ponadto skóra staje się jedwabista i promienna. Polecam!

A w oczekiwaniu na wiosnę – zajrzyjcie do księgarni w poszukiwaniu serii „Wszystkie smaki życia”! :) Lada dzień pojawi się trzeci tom – „Apetyt na więcej„, a póki co – zachęcam do przeczytania dwóch pierwszych.

851x315_Apetyt-na-więcej

 
 

Zimowe zamyślenie

20 sty

Niedawno odpowiadałam na pytania do wywiadu (ukazał się jeszcze bardziej niedawno ;-) pod adresem
http://qulturaslowa.blogspot.com/2016/01/rozmowy-z-autorem-agnieszka-olejnik.html

Jedno z pytań dotyczyło życia określanego mianem „slow life” – co jest dla mnie jego największą wartością. Długo się zastanawiałam nad odpowiedzią. Niełatwo jest rozprawiać o życiu, o szczęściu i wartościach, bo są to sprawy, które czujemy, a nie obejmujemy rozumem – więcej tu intuicji niż przemyśleń. Ostatecznie, jak możecie się przekonać czytając wywiad, odpowiedziałam, że najwspanialsze jest dla mnie poczucie, że żyję w rytmie natury. Oczywiście nie jest to pełna odpowiedź, ale w pewien sposób dotyka sedna sprawy.

To nie jest tak, że życie na skraju lasu to sielanka od rana do wieczora. My tutaj też gnamy do pracy, wracamy z niej zmęczeni do nieprzytomności, bywamy zestresowani i podenerwowani. Ale na przykład w niedzielny poranek zamiast włączyć telewizor czy radio i słuchać cywilizacyjnego jazgotu, wychodzimy z domu i stajemy się częścią tego, co wokół nas. Patrzymy na sarny za ogrodzeniem, one też patrzą na nas uważnie. Czasem wyciągniemy spod samochodu jeża, który w swej naiwności schował się tam przed Dantem. Niekiedy śmignie nam szop pracz. Sójka śmiesznie przekrzywia łepek i sprawdza, czy nie chcemy jej zabrać żołędzi.

Zimą uwielbiam dokarmianie ptaków. Kiedy mieszkałam w mieście, stawiałam na balkonie karmnik i tyle. Nie miałam czasu zobaczyć, kto go odwiedza. Choć przecież czas to życie. Czas jest zawsze. Tylko nie zawsze umiemy go znaleźć, poświęcić właśnie na to, na co warto go poświęcać.

Teraz siadam sobie przy oknie i zamiast oglądać telewizję albo przewijać kolejną stronę internetową w poszukiwaniu wielkich mądrości, patrzę, jak ptaki częstują się ziarnami. Wczoraj najpierw przyleciała sikorka, ale zaraz po niej pojawił się dzwoniec.

DSC_1166

Później do sikorki przyleciała koleżanka, ale widząc to, dzwoniec wezwał posiłki.

DSC_1176

Sikorka mogła już tylko bezradnie obserwować, jak bezczelne dzwońce opanowują karmnik… (druga zwiała)

DSC_1222

DSC_1232

A w końcu dzwońce zaczęły się kłócić między sobą.

DSC_1233

Sikorki oczywiście zrezygnowały z takiego towarzystwa i zabrały się za kule z ziaren i tłuszczu, które wiszą na dębach.

Zdjęcia są byle jakie, bo robione zza szyby (żeby nie spłoszyć gości stołówkowych) – ale w sumie jakie to ma znaczenie? ;-)

A na Facebooku możecie zobaczyć jemiołuszki, które odwiedziły mój ogród przed trzema laty. Pojawiły się nagle, spadły całą chmarą na drzewa, na których wisiały jabłka, i w mgnieniu oka zjadły wszystko, co było do zjedzenia. Nie znałam wcześniej tych ptaszków, nie miałam pojęcia, że są tak piękne! Tutaj tyko jedno zdjęcie z tamtego dnia, resztę obejrzyjcie w starym albumie na FB.

65796_525497157483313_1203524392_n

 

Promujemy nową książkę…

08 lis

DSC_1003

Z autopromocją mam wielki problem. Po pierwsze dlatego, że jestem z tego pokolenia, które wychowywano w myśl zasady: „siedź w kącie – znajdą cię” (z akcentem na „dą”, żeby był i rym, i rytm ;-) ) Wprawdzie moja Mama ma nieco rebeliancką naturę i usiłowała zaszczepić we mnie ducha walki, ale w tym jednym punkcie jej się nie powiodło, pewnie dlatego, że trafiło na trudny materiał, bo ja jestem po prostu z natury szalenie nieśmiała. (Tak, tak, proszę się nie śmiać – to do tych, którzy mnie znają i w ową nieśmiałość nie wierzą. Tylko ja wiem, ile mnie kosztuje jej przełamywanie.)

Efekty są takie, że najchętniej spuszczam wstydliwie wzrok, gdy ktoś przy mnie rozmawia o książkach, a już pochwalić się, że jakąś napisałam, to zupełnie przekracza moje możliwości.

Ale uczę się i coraz lepiej mi to wychodzi. Nic nie poradzimy, czasy są takie, jakie są; jeśli ktoś sam o sobie nie mówi dobrze, to inni albo wcale o nim nie mówią, albo mówią źle.

Po drugie, problem z promocją jest też taki, że nie znoszę pozować. Znam wielu ludzi, którzy będąc w Paryżu/Tokio/Toruniu czy gdzie tam właśnie się znajdują, ustawiają się do zdjęć i na każdej fotce chcą mieć chociaż kawałek swojej fizjonomii. Ze mną jest odwrotnie. Ja lubię stać po drugiej stronie obiektywu, fotografuję wszystko: ludzi, zwierzęta, kwiaty i budynki, sama zaś, gdy mnie ustawić i kazać pozować, złoszczę się, stroję miny, staję się sztywna jak kij od miotły i wychodzą z tego nieudane zdjęcia.

A tymczasem fotografie są potrzebne: a to Wydawca sobie zażyczy, a to jakiś bloger, a to dla redaktora jakiegoś czasopisma. Dlatego dziś, skoro mamy jeszcze resztki pięknej jesieni, dałam się wyciągnąć na sesję promocyjną. Oto jej efekty (kusi mnie, żeby pokazać Wam także folder „za kulisami” - czyli te zdjęcia, które trafiły do kosza, ale aż takiego dystansu do siebie niestety nie mam ;-)):

DSC_0982   DSC_0919     DSC_1121    DSC_0960

P.S. Przypominam o konkursie: tutaj, na maila lub na Facebooku – wybieramy ulubionego bohatera dowolnej z moich książek, po czym krótko uzasadniamy, za co go polubiliśmy. Do wygrania – książka z zakładką!

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Literatura, Natura

 

Śliwkowy zawrót głowy!

19 wrz

Jakieś nowiny? Po pierwsze, moja najnowsza powieść – „A potem przyszła wiosna” – jest już dostępna w przedsprzedaży. Na przykład w Empiku i w Matrasie. Po drugie, zakwitła barbula, i jest to wiadomość równie ważna (zwłaszcza dla moich ukochanych gości ogródkowych – pszczół):

DSC_0281

A po trzecie, gdzie nie spojrzę – śliwki. Obdarowali nas nimi przyjaciele, obrodziły nam drzewka, jednym słowem – śliwkowy raj!

Najpierw upiekłam ciasto jogurtowe ze śliwkami (według przepisu na ciasto z agrestem, wyszło rewelacyjne). Następnie nastawiłam śliwkówkę. A wreszcie: smażę powidła.

Opowiem o śliwkówce. Będzie gotowa w styczniu, w sam raz do degustacji w pierwszy wieczór Nowego Roku. Bierzemy kilogram śliwek (im dojrzalsze i bardziej pomarszczone, tym lepiej), myjemy je i  usuwamy pestki. Zalewamy owoce litrem wódki oraz szklanką spirytusu. Zamykamy słój i stawiamy w ciepłym miejscu – niech śliwki sobie stoją i oddają smak alkoholowi. Mniej więcej w mikołajki w drugim słoiku umieszczamy 10 dkg śliwek suszonych, także bez pestek. Zalewamy litrem wódki i również odstawiamy. Obie nalewki łączymy zaraz po Bożym Narodzeniu. Suszone śliwki mogą sobie jeszcze zostać w nalewce, natomiast połówki świeżych (to znaczy one już świeże nie są, ale były w momencie zalewania) zasypujemy grubo cukrem i zostawiamy, aż się cały cukier rozpuści (trzeba mu pomóc, potrząsając słojem). Następnie zlewamy utworzony w ten sposób syrop i po wymieszaniu całości sprawdzamy, czy taka nalewka nam smakuje. Jeśli jest zbyt wytrawna, zagotowujemy jeszcze syrop ze szklanki wody i cukru (1/2 kilograma dla tych, którzy lubią słodkie nalewki, ale jeśli ktoś nie lubi ulepków, może dać mniej). Teraz wystarczy całość przefiltrować (mocno odcisnąć suszone śliwki) i zamknąć na tydzień, aby móc cieszyć się wybornym trunkiem w Nowy Rok.

Wracając do powideł – ostatnio z wielką uciechą przysłuchiwałam się niezwykle interesującej dyskusji pod hasłem: mieszać czy nie mieszać. Ponieważ uważam się za osobę o umyśle otwartym i pozbawioną przesądów, mimo iż zawsze mieszałam, postanowiłam w tym roku spróbować nie mieszać. Nie ukrywam, że taka metoda smażenia powideł przemawia do mnie przez wszystkim dlatego, że mogę sobie wyjść z kuchni i w spokoju pisać (albo czytać) kolejną książkę.

A zatem: wzięłam dwa i pół kilograma śliwek (bo tyle akurat mi zostało) i dwadzieścia dekagramów cukru trzcinowego (ponieważ śliweczki były raczej kwaśne i nie tak dojrzałe, jak być powinny). Przesypałam warstwy śliwek cukrem, po czym odstawiłam na noc (garnek obwiązałam ściereczką, żeby owocówki się nie potopiły). Następnego ranka ustawiłam na małym ogniu. I zostawiłam na 5 godzin. Tak po prostu. Nie zaglądałam, nie interweniowałam. Prychciło się, plumkało, mrugało, a ja robiłam swoje. Po pięciu godzinach zlałam odrobinę „rzadkiego” do kubeczka (kiedy wystygło, dolałam do nalewki – ciekawe, co z tego wyjdzie). A gęste poszło do słoiczków. Jeśli ktoś nie ma zimnej spiżarki, radziłabym pasteryzować, ale ja z czystego lenistwa i z wiary w to, że 1) w mojej garażowej spiżarni będzie w tym roku zimno oraz 2) powidła są tak pyszne, że i tak nie doczekają do zimy, nie pasteryzowałam.

A garnek? W stanie idealnym (nic się nie przypaliło), został wylizany do czysta, co stanowi najlepszy znany mi sposób testowania powideł. Test wypadł na szóstkę z plusem, tak więc  oficjalnie potwierdzam: można nie mieszać!

DSC_0273

 

 

 

Nie ma na to rady…

01 wrz

…czyli dziś będzie o tym, że idzie jesień.

I to jest z jednej strony bardzo źle, a z drugiej całkiem dobrze. Źle, bo wakacje się skończyły, a nie znam takiego belfra, którego ten fakt nie wpędzałby w depresję. I jeszcze źle, bo dni stają się coraz krótsze. Ze wszystkim innym jakoś sobie radzę – z deszczem, wiatrem i zimnem; co więcej, czasem nawet lubię pochmurne, chłodne dni (a wiatr wręcz kocham). Ale poranne wstawanie w kompletnej ciemności i to okropne uczucie, gdy już o czwartej po południu robi się ciemno… Tego nie znoszę.

A te dobre strony? Po pierwsze – grzyby, do których miłość mam w genach. Po drugie – barwy, w jakie przyobleka się świat. Jesienią najczęściej chwytam za aparat. Cały problem w tym, że piękno września i października jest tak nieuchwytne – dlatego na sto zdjęć zdarza się jedno udane. Nie poddaję się jednak, próbuję dalej :)

Dziś porcja zdjęć z mojego ogródka – tu najwcześniej mogę zaobserwować nieśmiałe rumieńce jesieni.

100_8502 100_8504 100_8510

A skoro o kolorach jesieni mowa, to nie mogę nie wspomnieć o wrzosach. Lubię je tak bardzo, że założyłam sobie w ogrodzie coś na kształt wrzosowiska (choć oczywiście nie dorównuje urodą leśnym kobiercom).

100_8519

 
 

Nietrwałe piękno, czyli o motylach

16 lip

Wczoraj polowałam z aparatem na motyle. Darzę je wielką sympatią. Są dla mnie dowodem, że najpierw musi trochę pobyć brzydko, żeby potem mogło być cudnie. I jeszcze przypominają mi, że na świecie jest mnóstwo piękna, którego na co dzień nie zauważamy. A przecież właśnie ładne drobiazgi decydują o urodzie życia.

Motyle kojarzą mi się też przemijaniem. Ich piękno jest nietrwałe, kruche; tym bardziej cenne. Jeśli się nad tym zastanowić – to dobrze, że wszystko przemija. Dzięki temu wciąż coś się dzieje, na coś czekamy. Kończy się jeden dzień, zaczyna drugi; kończy się smutek, pojawia się szansa na radość. A gdy kończy się jedna radość, pora powalczyć o kolejną.

Zaproście do swojego otoczenia motyle. Do ogrodu, a jeśli go nie macie, to przed blok albo na balkon. Wystarczy kilka roślin, które je przyciągną – liatra kłosowa, jeżówki, budleja albo tawlina jarzębolistna. A potem aparat w dłoń, duuużo cierpliwości – i do dzieła! A jeśli ktoś nie lubi fotografować, niech tylko patrzy na te maleńkie cuda.

Moje zdjęcia z wczorajszego polowania – jak zwykle należy oglądać w powiększeniu:

100_7820    100_7831

 

 
 

Po prostu miodzio.

09 lip

Dziś będzie dwa w jednym – o roślinach i zwierzątkach zarazem, czyli o… miodzie.

Żeby obraz był pełny, muszę zacząć od przeszłości, czyli od mojej młodzieńczej owadofobii. Każdy, kto mnie znał w dzieciństwie i wczesnej młodości, potwierdzi ochoczo, że na widok biegających, fruwających i wszystko-jedno-co-robiących owadów wpadałam w panikę. Wcale nie ułatwiało mi to życia, na przykład podczas nocy spędzonych na podłogach tatrzańskich schronisk, podczas czołgania się przez Jaskinię Berkową, gdzie nad głową wisiały tłuściutkie pająki –  albo w namiocie, gdziekolwiek podczas wędrówki. Bez wędrowania nie wyobrażałam sobie życia, ale nie umiałam też nie wrzeszczeć na widok owada…
Efekty tego połączenia były często żałosne.

Potem nadszedł taki moment w moim życiu, kiedy zamieszkałam tu, pod dębami. Jak dęby, to ptaki. A jak ptaki, to muszą być owady, bo co by jadły te ptaki. A poza tym ogród. A jak ogród, to muszą być pszczoły… No i właśnie pszczoły pokochałam wielką miłością.

Ale żeby to wyjaśnić, znów muszę się trochę cofnąć w czasie. Mój najmłodszy synek ma obecnie pięć lat. Kiedy miał trzy, poszedł do przedszkola (jak większość polskich dzieci) i zaczął strasznie chorować (jak większość dzieci, które poszły do przedszkola). Tyle, że on nie zdrowiał. Wcale. Z jednej choroby przechodził z drugą, i w trzecią. Beczałam po nocach, biegałam do pani doktor (a panią doktor mamy mądrą, nie wali antybiotykiem od razu, tylko czeka, czy by się nie dało bez tego)…

I wiecie co? Pewnego dnia zdarzyło się coś niezwykłego. Teraz, kiedy o tym myślę, przypomina mi się takie wschodnie przysłowie, chyba chińskie: „Kiedy uczeń jest gotów, pojawia się mistrz”. Byłam już zdesperowana. Mój czteroletni wtedy synek miał jednocześnie zapalenie oskrzeli i krtani, do tego biegunkę i wymioty, tak więc nie mógł przyjmować doustnie antybiotyków. Kiedy pielęgniarka wkłuwała igłę w tę jego chudą pupkę, nawet nie podnosił główki. Ja płakałam zamiast niego.

Po południu zadzwoniła moja Mama. Powiedziałam jej wtedy, że szukam ratunku. Czegokolwiek. Może jakiś kit pszczeli, może jakieś szczepionki. Mama na to: „A propos kitu i pszczół, to słyszałaś o takim miodzie z Nowej Zelandii? Nazywa się miód Manuka…”

I tak zaczęła się nasza przygoda z miodem Manuka, spożywanym od tamtej pory codziennie na czczo, po łyżeczce. Nie będę tu opisywać efektów, bo nie jest to artykuł reklamowy. Kto potrzebuje, ten znajdzie. „Kiedy uczeń jest gotów, pojawia się mistrz” ;) Powiem tylko, że mój synek ma teraz nieco ponad pięć lat, a ostatni antybiotyk brał właśnie wtedy, rok temu, podczas tamtego zapalenia oskrzeli i krtani.

A pszczoły od tamtego czasu kocham bezwarunkowo. Żadna tam owadofobia. W moim ogrodzie zagościły rośliny miododajne. Zresztą spójrzcie, jakie piękne i pracowite są te pszczółki.

 

100_7699

100_7642  100_6829

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Mój ogród, Natura, Styl życia