RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Mój ogród’

„Zabłądziłam” znów się podobało

16 wrz

Jestem dziś w kiepskim nastroju, co niewątpliwie spowodowane jest tym, że byłam na radzie pedagogicznej. Każdy belfer wie, że na wrześniowych radach pedagogicznych mają miejsce sytuacje bardzo smutne – człowiek dowiaduje się, ile bezsensownych rzeczy będzie musiał zrobić. I wcale nie po to, żeby lepiej uczyć czy żeby dzieci były szczęśliwsze – nie. Wyłącznie po to, żeby wyprodukować odpowiednią ilość papieru zapisanego drobnym druczkiem, którego nikt nie przeczyta. Frustracja spowodowana bezsilnym buntem jest jednym z najgorszych uczuć, jakie mi się przytrafiają.

Ale ponieważ generalnie nie jestem malkontentem i (słusznie) uważam, że przecież nikt mnie do pracy w szkole nie zmuszał – dość marudzenia. Coś pozytywnego… hmm… Może nowa recenzja „Zabłądziłam”. Znajdziecie ją pod adresem
http://naszksiazkowir.blogspot.com/2014/09/agnieszka-olejnik-zabadziam.html

A żeby zrobiło się jeszcze przyjemniej, bo to przecież nadeszła piękna złocista jesień, jedna z moich ulubionych roślin. Nazywa się barbula i trzeba na nią czekać aż do września, ale za to kiedy już zakwitnie, człowiekowi robi się pod powiekami tak, jakby to był środek lata i jakby miał nad sobą czyste błękitne niebo.

100_8769

 
 

Nie ma na to rady…

01 wrz

…czyli dziś będzie o tym, że idzie jesień.

I to jest z jednej strony bardzo źle, a z drugiej całkiem dobrze. Źle, bo wakacje się skończyły, a nie znam takiego belfra, którego ten fakt nie wpędzałby w depresję. I jeszcze źle, bo dni stają się coraz krótsze. Ze wszystkim innym jakoś sobie radzę – z deszczem, wiatrem i zimnem; co więcej, czasem nawet lubię pochmurne, chłodne dni (a wiatr wręcz kocham). Ale poranne wstawanie w kompletnej ciemności i to okropne uczucie, gdy już o czwartej po południu robi się ciemno… Tego nie znoszę.

A te dobre strony? Po pierwsze – grzyby, do których miłość mam w genach. Po drugie – barwy, w jakie przyobleka się świat. Jesienią najczęściej chwytam za aparat. Cały problem w tym, że piękno września i października jest tak nieuchwytne – dlatego na sto zdjęć zdarza się jedno udane. Nie poddaję się jednak, próbuję dalej :)

Dziś porcja zdjęć z mojego ogródka – tu najwcześniej mogę zaobserwować nieśmiałe rumieńce jesieni.

100_8502 100_8504 100_8510

A skoro o kolorach jesieni mowa, to nie mogę nie wspomnieć o wrzosach. Lubię je tak bardzo, że założyłam sobie w ogrodzie coś na kształt wrzosowiska (choć oczywiście nie dorównuje urodą leśnym kobiercom).

100_8519

 
 

Po prostu miodzio.

09 lip

Dziś będzie dwa w jednym – o roślinach i zwierzątkach zarazem, czyli o… miodzie.

Żeby obraz był pełny, muszę zacząć od przeszłości, czyli od mojej młodzieńczej owadofobii. Każdy, kto mnie znał w dzieciństwie i wczesnej młodości, potwierdzi ochoczo, że na widok biegających, fruwających i wszystko-jedno-co-robiących owadów wpadałam w panikę. Wcale nie ułatwiało mi to życia, na przykład podczas nocy spędzonych na podłogach tatrzańskich schronisk, podczas czołgania się przez Jaskinię Berkową, gdzie nad głową wisiały tłuściutkie pająki –  albo w namiocie, gdziekolwiek podczas wędrówki. Bez wędrowania nie wyobrażałam sobie życia, ale nie umiałam też nie wrzeszczeć na widok owada…
Efekty tego połączenia były często żałosne.

Potem nadszedł taki moment w moim życiu, kiedy zamieszkałam tu, pod dębami. Jak dęby, to ptaki. A jak ptaki, to muszą być owady, bo co by jadły te ptaki. A poza tym ogród. A jak ogród, to muszą być pszczoły… No i właśnie pszczoły pokochałam wielką miłością.

Ale żeby to wyjaśnić, znów muszę się trochę cofnąć w czasie. Mój najmłodszy synek ma obecnie pięć lat. Kiedy miał trzy, poszedł do przedszkola (jak większość polskich dzieci) i zaczął strasznie chorować (jak większość dzieci, które poszły do przedszkola). Tyle, że on nie zdrowiał. Wcale. Z jednej choroby przechodził z drugą, i w trzecią. Beczałam po nocach, biegałam do pani doktor (a panią doktor mamy mądrą, nie wali antybiotykiem od razu, tylko czeka, czy by się nie dało bez tego)…

I wiecie co? Pewnego dnia zdarzyło się coś niezwykłego. Teraz, kiedy o tym myślę, przypomina mi się takie wschodnie przysłowie, chyba chińskie: „Kiedy uczeń jest gotów, pojawia się mistrz”. Byłam już zdesperowana. Mój czteroletni wtedy synek miał jednocześnie zapalenie oskrzeli i krtani, do tego biegunkę i wymioty, tak więc nie mógł przyjmować doustnie antybiotyków. Kiedy pielęgniarka wkłuwała igłę w tę jego chudą pupkę, nawet nie podnosił główki. Ja płakałam zamiast niego.

Po południu zadzwoniła moja Mama. Powiedziałam jej wtedy, że szukam ratunku. Czegokolwiek. Może jakiś kit pszczeli, może jakieś szczepionki. Mama na to: „A propos kitu i pszczół, to słyszałaś o takim miodzie z Nowej Zelandii? Nazywa się miód Manuka…”

I tak zaczęła się nasza przygoda z miodem Manuka, spożywanym od tamtej pory codziennie na czczo, po łyżeczce. Nie będę tu opisywać efektów, bo nie jest to artykuł reklamowy. Kto potrzebuje, ten znajdzie. „Kiedy uczeń jest gotów, pojawia się mistrz” ;) Powiem tylko, że mój synek ma teraz nieco ponad pięć lat, a ostatni antybiotyk brał właśnie wtedy, rok temu, podczas tamtego zapalenia oskrzeli i krtani.

A pszczoły od tamtego czasu kocham bezwarunkowo. Żadna tam owadofobia. W moim ogrodzie zagościły rośliny miododajne. Zresztą spójrzcie, jakie piękne i pracowite są te pszczółki.

 

100_7699

100_7642  100_6829

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Mój ogród, Natura, Styl życia

 

Ulubione róże Alka

08 lip

Komary mnie wczoraj nie zjadły, choć chwilami było naprawdę niebezpiecznie ;) Tak czy owak, nastał kolejny dzień, a ja obiecałam, że dziś będzie o roślinach. Nie o wszystkich na raz, piękno tej miary trzeba dawkować.

Zacznę od tego, że jeszcze cztery lata temu sądziłam, że cierpię na coś w rodzaju glebowstrętu i gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że ogród stanie się jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu, niezawodnie pękłabym ze śmiechu. Kupiliśmy wtedy ziemię pod dębami i mozolnie zaczęliśmy wznosić dom, ale nie zamierzałam zakładać ogrodu kwiatowego – myślałam o trawie i drzewach (bo drzewa kocham od zawsze). Pamiętam, że jedna z moich uczennic podarowała mi wówczas jakieś cebulki, chyba mieczyków – tak na dobry początek – a ja kompletnie nie wiedziałam, co z tym zrobić. W końcu spleśniały, bo nie wyciągnęłam ich od razu z torebki foliowej…

Tak czy owak, zgodnie z zasadą, że człowiek uczy się przez całe życie, i ja otrzymałam interesującą lekcję. Pierwsza dotyczyła mnie samej – bo wcale siebie, jak się okazuje, nie znałam; nie miałam pojęcia, że tak mnie weźmie. Kiedy pierwszy zasiany przeze mnie kwiatek wystawił z ziemi zielony ząbek, kiedy zakwitła lawenda kupiona na ryneczku, kiedy… i tak dalej… Jednym słowem, zakochałam się w ogrodnictwie.

A druga lekcja? Druga nadal trwa. Uczę się każdego dnia. Że hortensje ogrodowe są kapryśne, ale już bukietowe zupełnie nie. Że piwonie to rośliny dla cierpliwych, potrafią się naburmuszyć i nie kwitnąć przez kilka lat. Albo nagle zakwitnąć w zupełnie innym kolorze niż powinny. Że rozwar wyłazi z ziemi bardzo późno, kiedy już kombinujemy, co by posadzić zamiast niego, skoro nie przeżył zimy. I tak dalej.

Jeśli ktoś z Was czytał już „Zabłądziłam”, to wie, że moją miłość do kwiatów przekazałam Alkowi. Kiedy przeglądał książkę otrzymaną od Majki w prezencie, szczególnie zachwyciły go dwie odmiany – Ballerina i Sekel. Ballerina ma setki drobnych kwiatków, jest delikatna, kojarzy mi się z dawnymi wiejskimi ogrodami. Sekel to zupełnie inna róża. Ma duże kwiaty o bardzo zmiennych barwach. W pąku potrafi być krwistoczerwona, potem rozwija się w subtelną żółć, by na koniec zaróżowić się różnymi odcieniami. Oto one:

Ballerina

100_7637

A teraz Sekel - zmienna jak każda kobieta :)

 

100_7577

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Mój ogród