RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Mój ogród’

Zimowe zamyślenie

20 sty

Niedawno odpowiadałam na pytania do wywiadu (ukazał się jeszcze bardziej niedawno ;-) pod adresem
http://qulturaslowa.blogspot.com/2016/01/rozmowy-z-autorem-agnieszka-olejnik.html

Jedno z pytań dotyczyło życia określanego mianem „slow life” – co jest dla mnie jego największą wartością. Długo się zastanawiałam nad odpowiedzią. Niełatwo jest rozprawiać o życiu, o szczęściu i wartościach, bo są to sprawy, które czujemy, a nie obejmujemy rozumem – więcej tu intuicji niż przemyśleń. Ostatecznie, jak możecie się przekonać czytając wywiad, odpowiedziałam, że najwspanialsze jest dla mnie poczucie, że żyję w rytmie natury. Oczywiście nie jest to pełna odpowiedź, ale w pewien sposób dotyka sedna sprawy.

To nie jest tak, że życie na skraju lasu to sielanka od rana do wieczora. My tutaj też gnamy do pracy, wracamy z niej zmęczeni do nieprzytomności, bywamy zestresowani i podenerwowani. Ale na przykład w niedzielny poranek zamiast włączyć telewizor czy radio i słuchać cywilizacyjnego jazgotu, wychodzimy z domu i stajemy się częścią tego, co wokół nas. Patrzymy na sarny za ogrodzeniem, one też patrzą na nas uważnie. Czasem wyciągniemy spod samochodu jeża, który w swej naiwności schował się tam przed Dantem. Niekiedy śmignie nam szop pracz. Sójka śmiesznie przekrzywia łepek i sprawdza, czy nie chcemy jej zabrać żołędzi.

Zimą uwielbiam dokarmianie ptaków. Kiedy mieszkałam w mieście, stawiałam na balkonie karmnik i tyle. Nie miałam czasu zobaczyć, kto go odwiedza. Choć przecież czas to życie. Czas jest zawsze. Tylko nie zawsze umiemy go znaleźć, poświęcić właśnie na to, na co warto go poświęcać.

Teraz siadam sobie przy oknie i zamiast oglądać telewizję albo przewijać kolejną stronę internetową w poszukiwaniu wielkich mądrości, patrzę, jak ptaki częstują się ziarnami. Wczoraj najpierw przyleciała sikorka, ale zaraz po niej pojawił się dzwoniec.

DSC_1166

Później do sikorki przyleciała koleżanka, ale widząc to, dzwoniec wezwał posiłki.

DSC_1176

Sikorka mogła już tylko bezradnie obserwować, jak bezczelne dzwońce opanowują karmnik… (druga zwiała)

DSC_1222

DSC_1232

A w końcu dzwońce zaczęły się kłócić między sobą.

DSC_1233

Sikorki oczywiście zrezygnowały z takiego towarzystwa i zabrały się za kule z ziaren i tłuszczu, które wiszą na dębach.

Zdjęcia są byle jakie, bo robione zza szyby (żeby nie spłoszyć gości stołówkowych) – ale w sumie jakie to ma znaczenie? ;-)

A na Facebooku możecie zobaczyć jemiołuszki, które odwiedziły mój ogród przed trzema laty. Pojawiły się nagle, spadły całą chmarą na drzewa, na których wisiały jabłka, i w mgnieniu oka zjadły wszystko, co było do zjedzenia. Nie znałam wcześniej tych ptaszków, nie miałam pojęcia, że są tak piękne! Tutaj tyko jedno zdjęcie z tamtego dnia, resztę obejrzyjcie w starym albumie na FB.

65796_525497157483313_1203524392_n

 

Pierwszy z konkursów już na FB

29 wrz

Ponieważ dostaję sporo maili z pytaniami o konkursik, postanowiłam ogłosić takich „rozdawajko-konkursów” aż trzy. Pierwszy z nich właśnie się rozpoczął. Na mojej stronie na Facebooku zamieściłam portrety dziesięciu roślin z mojego ogrodu. Jeśli potrafisz nazwać przynajmniej trzy z nich, wyślij do mnie wiadomość na FB i podaj te nazwy.

Warunkiem udziału w konkursie jest polubienie mojej facebookowej strony oraz udostępnienie postu na swoim profilu.

Spośród autorów poprawnych odpowiedzi wylosuję zwycięzcę, który otrzyma egzemplarz upominkowy.

Konkurs trwa do 10 października, a kolejne – tym razem fotograficzne w tym sensie, że to Wy będziecie robić zdjęcia – ogłoszę już wkrótce.

Powodzenia!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura, Mój ogród

 

Śliwkowy zawrót głowy!

19 wrz

Jakieś nowiny? Po pierwsze, moja najnowsza powieść – „A potem przyszła wiosna” – jest już dostępna w przedsprzedaży. Na przykład w Empiku i w Matrasie. Po drugie, zakwitła barbula, i jest to wiadomość równie ważna (zwłaszcza dla moich ukochanych gości ogródkowych – pszczół):

DSC_0281

A po trzecie, gdzie nie spojrzę – śliwki. Obdarowali nas nimi przyjaciele, obrodziły nam drzewka, jednym słowem – śliwkowy raj!

Najpierw upiekłam ciasto jogurtowe ze śliwkami (według przepisu na ciasto z agrestem, wyszło rewelacyjne). Następnie nastawiłam śliwkówkę. A wreszcie: smażę powidła.

Opowiem o śliwkówce. Będzie gotowa w styczniu, w sam raz do degustacji w pierwszy wieczór Nowego Roku. Bierzemy kilogram śliwek (im dojrzalsze i bardziej pomarszczone, tym lepiej), myjemy je i  usuwamy pestki. Zalewamy owoce litrem wódki oraz szklanką spirytusu. Zamykamy słój i stawiamy w ciepłym miejscu – niech śliwki sobie stoją i oddają smak alkoholowi. Mniej więcej w mikołajki w drugim słoiku umieszczamy 10 dkg śliwek suszonych, także bez pestek. Zalewamy litrem wódki i również odstawiamy. Obie nalewki łączymy zaraz po Bożym Narodzeniu. Suszone śliwki mogą sobie jeszcze zostać w nalewce, natomiast połówki świeżych (to znaczy one już świeże nie są, ale były w momencie zalewania) zasypujemy grubo cukrem i zostawiamy, aż się cały cukier rozpuści (trzeba mu pomóc, potrząsając słojem). Następnie zlewamy utworzony w ten sposób syrop i po wymieszaniu całości sprawdzamy, czy taka nalewka nam smakuje. Jeśli jest zbyt wytrawna, zagotowujemy jeszcze syrop ze szklanki wody i cukru (1/2 kilograma dla tych, którzy lubią słodkie nalewki, ale jeśli ktoś nie lubi ulepków, może dać mniej). Teraz wystarczy całość przefiltrować (mocno odcisnąć suszone śliwki) i zamknąć na tydzień, aby móc cieszyć się wybornym trunkiem w Nowy Rok.

Wracając do powideł – ostatnio z wielką uciechą przysłuchiwałam się niezwykle interesującej dyskusji pod hasłem: mieszać czy nie mieszać. Ponieważ uważam się za osobę o umyśle otwartym i pozbawioną przesądów, mimo iż zawsze mieszałam, postanowiłam w tym roku spróbować nie mieszać. Nie ukrywam, że taka metoda smażenia powideł przemawia do mnie przez wszystkim dlatego, że mogę sobie wyjść z kuchni i w spokoju pisać (albo czytać) kolejną książkę.

A zatem: wzięłam dwa i pół kilograma śliwek (bo tyle akurat mi zostało) i dwadzieścia dekagramów cukru trzcinowego (ponieważ śliweczki były raczej kwaśne i nie tak dojrzałe, jak być powinny). Przesypałam warstwy śliwek cukrem, po czym odstawiłam na noc (garnek obwiązałam ściereczką, żeby owocówki się nie potopiły). Następnego ranka ustawiłam na małym ogniu. I zostawiłam na 5 godzin. Tak po prostu. Nie zaglądałam, nie interweniowałam. Prychciło się, plumkało, mrugało, a ja robiłam swoje. Po pięciu godzinach zlałam odrobinę „rzadkiego” do kubeczka (kiedy wystygło, dolałam do nalewki – ciekawe, co z tego wyjdzie). A gęste poszło do słoiczków. Jeśli ktoś nie ma zimnej spiżarki, radziłabym pasteryzować, ale ja z czystego lenistwa i z wiary w to, że 1) w mojej garażowej spiżarni będzie w tym roku zimno oraz 2) powidła są tak pyszne, że i tak nie doczekają do zimy, nie pasteryzowałam.

A garnek? W stanie idealnym (nic się nie przypaliło), został wylizany do czysta, co stanowi najlepszy znany mi sposób testowania powideł. Test wypadł na szóstkę z plusem, tak więc  oficjalnie potwierdzam: można nie mieszać!

DSC_0273

 

 

 

Suszymy lawendę

01 sie

Lawenda stała się ostatnio bardzo modna. I niech sobie będzie modna, czemu nie. Moja miłość do tej krzewinki ma znacznie więcej lat niż moda – zakochałam się w niej kilka (a może kilkanaście?) lat temu, kiedy zobaczyłam w jakimś czasopiśmie budowlanym zdjęcie domu Magdy Umer. Nie mam pojęcia, czy był to Murator, czy jakieś inne pismo, w każdym razie fotografia przedstawiała ścieżkę wiodącą do domu, obsadzoną kwitnącą lawendą. W Polsce się wtedy lawendy nie widywało, a przynajmniej ja nigdy wcześniej nie widziałam. Myśl, że ta roślina może u nas przetrwać zimę i TAK kwitnąć, a w dodatku – że latem tak pachnie i że wystarczy przejść taką ścieżką, muskając łydkami delikatne łodyżki, żeby wzniecić obłok aromatu… Ta myśl nie dawała mi spokoju, choć jeszcze wtedy nie sądziłam, że będę miała własny dom, własną ścieżkę i własną lawendę.

Kiedy już ten mój wymarzony dom zaczął powstawać, wróciło tamto marzenie o zapachu. I co się okazało? Że takiej ścieżki mieć nie mogę. A to dlatego, że ścieżka do mojego domu wiedzie pod wspaniałymi dębami, które rzucają głęboki cień, a lawenda kocha słońce. I jeszcze – że mam kwaśną glebę, a ona lubi wapienną. I tak dalej.

Jednak zawsze byłam dość zawzięta, jeśli chodzi o spełnianie marzeń. Metodą prób i błędów (przenosiłam te nieszczęsne sadzonki chyba z pięć razy), znalazłam dla niej miejsce. I mam. Kwitnie i pachnie tak, że można się zakochać na zabój. A kiedy przekwitnie, należy ją ściąć, związać, ususzyć, połamać na drobne kawałki i wsadzić do woreczków, niech pachnie dalej w szafce z pościelą. Teoretycznie cały proces ścinania i suszenia powinno się zacząć, zanim do końca przekwitnie – ale ja mam w nosie teorię. Na lawendzie harcują tysiące owadów, a widok ten jest tak niesamowity (raj dla amatorów fotografii), że nigdy w życiu nie ścięłabym tego brzęczącego lawendowego obłoku. Dlatego zawsze czekam, aż brzęczenie trochę ustanie – i dopiero wtedy ścinam fioletowe łebki. Rano, w słoneczny dzień, żeby zachować jak najwięcej aromatu. Związane w suche bukiety wieszam gdzieś w domu, w przewiewnym miejscu. Trochę się kruszą i trzeba po nich odkurzać, ale co tam, dzieci i psy „kruszą się” jeszcze bardziej :)

Wracając do woreczków – mogą być zwyczajne bawełniane lub lniane, uszyte byle jak albo elegancko, jak kto lubi. Ja swoich nie szyję sama, tylko kupuję, ale za to własnoręcznie ozdabiam je dekupażowo. Kiedyś, gdy będę akurat ozdabiać kolejne, zrobię zdjęcia i wyjaśnię, jak to się robi (a sprawa jest niezwykle prosta). Tymczasem tylko zdjęcia zeszłorocznych woreczków – już wkrótce wypełnię je nowym, pachnącym suszem.

DSC_0030 DSC_0032

A wracając do fotografowania lawendy – robię to godzinami, nigdy nie mam dość. Oczywiście najprzyjemniej byłoby się pochwalić takimi zdjęciami, ale… No właśnie, tu jest problem. Ten blog ma określoną pojemność, jeśli chodzi o zdjęcia. Mimo że je zmniejszam, wciąż wyświetla mi się informacja, że wykorzystałam już ileś tam procent miejsca (i to jest zawsze liczba w okolicach dziewięćdziesiątki). A galerii stworzyć nie umiem. No po prostu klikam w przycisk „galeria” i nic mi się nie otwiera. Dlatego też postanowiłam założyć stronę na facebooku. Wprawdzie mam już profil, ale jest on bardzo wyspecjalizowany, psio-wyżłowaty, a nie pisarsko-fotograficzny. Postanowiłam więc rzecz całą lepiej zorganizować: tutaj pisać większe posty, na przykład nalewkowo-kulinarne, na FB zamieszczać sprawy drobniejsze, na przykład zdjęcia i linki do recenzji.

Dlatego też wszystkich moich blogowych przyjaciół, czytelników, Krewnych-i-Znajomych-Królika i całą resztę zapraszam do polubienia mojej strony na FB :)

A lawendy i tak sobie nie daruję, kilka zdjęć się przecież zmieści ;)

DSC_0003  DSC_0007  DSC_1676

 

 

 

 

 

Nocne hałasy i najlepsze ciasto z agrestem

17 lip

Wakacje trwają w najlepsze – pewnie wypoczywacie gdzieś na białych plażach albo malowniczych szlakach górskich. Co do mnie, spędzam lato w domu, ale nie narzekam. Wreszcie mam czas, żeby robić to, co lubię: pisać, fotografować, czytać i pichcić. Jedyne, do czego mam zastrzeżenia, to nocne hałasy. Człowiek naiwnie sądził, że podczas urlopu można się wreszcie wyspać – a figę z makiem, trzeba było nie budować domu na skraju lasu. Niemal noc w noc budzą mnie dziwne odgłosy – i nie trwają chwilę, lecz na przykład godzinę, jak nie więcej.

Przedwczoraj na przykład „coś szczekało”. Nie były to moje psy, bo rozpoznaję je po głosie – na pewno był to inny rodzaj szczekania. Rano, spuchnięta z niewyspania, wyszukałam sobie „dziwne szczekanie” w internecie – i wyszło mi, że albo był to kozioł (mam na myśli samca sarny), albo lis. Diabli wiedzą. Ale ponieważ sąsiadko-przyjaciółka opowiadała, że kiedy czytała sobie na tarasie parę dni temu, nagle zorientowała się, że towarzyszy jej właśnie lis – skłaniam się ku rudzielcowi. Na szczęście wystarczyło, że kilkanaście razy zawołałam w otwarte okno „psiiiik!”, i zwierzaczek oddalił się wraz ze swym wątpliwym zaśpiewem.

Z kolei dziś coś „piszczało”. Nie jest to precyzyjne określenie – dźwięk był taki, jakby ktoś usiłował pić przez zaciśniętą słomkę. Ni to pisk, ni to świst, skrzypienie, charczenie, kaszelek – cos niesamowitego. Szukam dziś od rana i szukam, i na razie natknęłam się tylko na żabę ryczącą, brzmi odrobinę podobnie, ale niezupełnie tak. Zwierzątko, cokolwiek to było, miało w nosie moje „psiiiik”, nic sobie nie robiło z tego, że perswaduję, proszę, a nawet trzaskam drzwiami balkonowymi.

Ponarzekałam sobie, poskarżyłam się, to teraz pora na pozytywy. Wspomniałam, że mogę robić dokładnie to, co lubię. O czytaniu już pisałam i nawet pokazywałam stosik. Od razu przyznam się, że w ostatnich dniach doszło do niego jeszcze kilka pozycji. Na razie najlepszą lekturą była „Fortuna i namiętności. Klątwa” Gutowskiej-Adamczyk.

Efektami fotografowania pochwalę się w osobnym wpisie, bo to temat rzeka, zwłaszcza że kwitnie lawenda, a nad kwitnącą lawendą to ja mogę siedzieć i siedzieć, zaciągać się i pstrykać zdjęcie za zdjęciem. Dziś tylko pokażę Wam nieboraka na pąku lilii:

DSC_0089

W kwestii pisania mogę zdradzić, że z lekkiej powieści obyczajowej robi mi się bardzo poważna powieść obyczajowa, i ja zupełnie nie wiem, jak to się dzieje. Bohaterowie robią, co chcą, i mają w nosie autora. Żeby od nich odpocząć, wtykam nos w sprawę wyboru okładki do „A potem przyszła wiosna” – na szczęście pani redaktor z Czwartej Strony jest bardzo cierpliwa ;)

A jeśli chodzi o pichcenie… Cóż, lato w pełni, a jeśli lato, to i agrest, jeden z moich ulubionych owoców. Nie mogłabym nie podzielić się z Wami przepisem na najlepsze ciasto na świecie. Jest wilgotne, tłuściutkie, jogurtowe i absolutnie przepyszne!

Bierzemy: 200 g masła, szklankę cukru oraz cukier wanilinowy, 2 szklanki mąki, szklankę jogurtu naturalnego, 3 jajka, łyżeczkę proszku do pieczenia i agrest. Nie wiem, ile tego agrestu – tyle, żeby ułożyć go na powierzchni ciasta. Ja piekłam w okrągłej tortownicy średniej wielkości, miałam może ze dwie szklanki owoców…  Ale jeśli będzie mniej, to nie szkodzi, bo ciasto samo w sobie jest pyszne.

Masło (zostawiamy je wcześniej na wierzchu, niech ma temperaturę pokojową) ucieramy z cukrem na puszystą masę. Następnie dodajemy na przemian jajka i po jednej łyżce mąki z proszkiem oraz jogurtu.
Dno tortownicy lub blaszki wykładamy papierem do pieczenia, brzegi smarujemy masłem, można wysypać np. zarodkami pszennymi. Wykładamy ciasto i układamy agrest, lekko wciskając. Pieczemy w 180 stopniach około godziny. Upieczone posypujemy cukrem.

Pamiętam, że kiedyś – gdy miałam już końcówkę agrestu – dodałam też czarną i czerwoną porzeczkę. Było równie pyszne. Wkrótce zamierzam wypróbować, jak wychodzi z wiśniami :)

DSC_0018

 

Zabieganie, cudowny brak czasu i „Dante” w Radiu Zachód

12 mar

Patrzę na tytuł, który nadałam temu wpisowi, i własnym oczom nie wierzę. Czy brak czasu można nazwać „cudownym”? Cóż, skoro tak mi się napisało, samo i spontanicznie, to widocznie można. A wszystko przez tę wiosnę. Jako stworzenie o silnych zapędach ogrodniczych wiosnę odczuwam euforycznie, o czym już pisałam i niejeden raz zapewne jeszcze napiszę. Mój brak czasu, który nazywam Chronicznym Zespołem Zbyt Krótkiego Dnia, nie wynika bynajmniej z zapracowania natury ogólnej – pracy mam tyle, co zwykle, w sam raz. Ale zajęć w ogrodzie… Całą masę. Jak się mieszka pod potężnymi dębami, to samo wybieranie liści z rabatek, żeby nie blokowały dostępu światła i powietrza do budzących się roślin, zajmuje jakieś cztery dni! A ja przecież nie mam całych dni, mogę na to jakże twórcze zajęcie poświęcić najwyżej dwie godziny dziennie. A gdzie jeszcze sadzenie nowych roślin, przycinanie, dzielenie rozrośniętych bylin, nawożenie…

Stop. Wiem, że nie wszyscy jesteście zainteresowani ogrodnictwem. Problem w tym, że o ogrodzie i o psach mogę mówić godzinami, i nigdy się tymi tematami nie zmęczę.

Wracamy do książek, bo to temat równie ważny. Pojawiło się wiele nowych recenzji „Dantego na tropie” – linki znajdziecie w „Kąciku z recenzjami”.

Poza tym zakończyły się prace nad okładką „Dziewczyny z porcelany” – początkowo miała być na niej dziewczyna odwrócona tyłem i to mi się bardzo podobało, ponieważ nie lubię, gdy okładka wyręcza wyobraźnię czytelniczą i pokazuje twarz bohatera. Ale niestety coś się pokomplikowało i ostatecznie ujrzymy kawałeczek oblicza tytułowej „dziewczyny z porcelany”. Już wkrótce będę mogła Wam zaprezentować ową okładkę i napisać coś o dacie premiery.

Tymczasem zaś zapraszam do wysłuchania rozmowy o „Dantem na tropie”, która odbyła się niedawno w studiu nagraniowym Radia Zachód:
http://www.zachod.pl/radio-zachod/audycje/ksiazki/dante-na-tropie/

Ale ponieważ i tak cały czas skrycie myślę wyłącznie o ogrodzie, na koniec zdjęcie, żebyście zobaczyli, na punkcie czego tak wariuję na wiosnę. Oto fragment mojego zakątka różanego:

100_7633

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Literatura, Mój ogród

 

Idzie wiosna!

26 lut

Najpierw wieści książkowo-promocyjne:

W ubiegłą sobotę byłam gościem „Pytania na Śniadanie” – rozmawiałam o „Dantem na tropie”, ugotowałam zupę z soczewicy i upiekłam dobrze nam już znane kuleczki z marcepanu. Jeśli ktoś nie oglądał, a jest ciekaw przepisu na zupę, to zapraszam tutaj:
http://pytanienasniadanie.tvp.pl/18937989/zupa-z-soczewicy-i-marcepanowe-kuleczki

Wczoraj z kolei zostałam zaproszona do Radia Zielona Góra, gdzie przez prawie dwie godziny gawędziłam o książkach z przesympatyczną panią redaktor Ewą Rymarowicz. To były świetnie spędzone dwie godziny – nie spodziewałam się, że będę się czuła tak swobodnie, jakbym rozmawiała z koleżanką przy kawie.

Natomiast dziś od rana usiłowałam pisać „Cud niepamięci” – nową powieść, przy której – jak na razie – doskonale się bawię, bowiem narratorem uczyniłam osobę o dość nietypowym poczuciu humoru. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, może coś bardzo interesującego, a może zupełnie nic, ponieważ póki co nie mogę się skupić. A to dlatego, że za oknem wypatrzyłam… WIOSNĘ!

Naprawdę! Wiosna nadleciała w postaci ospałej pszczoły i puknęła mi w szybę. Oczywiście natychmiast udałam się z aparatem do ogrodu na łowy.

101_0035

Tak czy owak, książka musi poczekać, nie mam teraz czasu na żadne pisanie ani inne fanaberie. Muszę ogrodzić tulipany i krokusy płotkiem, żeby mi ich moje czworonożne potwory nie zadeptały, a potem biorę się za sekator.

WIOSNA!!!

 

 
 

Delikatność i babie lato

12 paź

W komentarzu do jednego z wcześniejszych wpisów padło pytanie, kiedy pojawi się następna książka. Cóż, wiem jedynie, że zimą. Zapewne bardziej w lutym niż w grudniu, bo na grudzień mam przewidzianą ostatnią korektę autorską. Ale konkretnej daty premiery jeszcze nie znam. Z kolei na pytanie o spotkanie autorskie w ogóle nie potrafię odpowiedzieć. Mogę natomiast uchylić rąbka tajemnicy – jeśli mówimy o mieście nad Brdą – że właśnie w Bydgoszczy rozgrywa się akcja książki, którą piszę w tej chwili – kryminału pt. „Nieobecna”. Jak dotąd mam dwa trupy, każdy w innym miejscu; nie jestem jeszcze pewna, czy jest między tymi zbrodniami jakikolwiek związek.

Ale zostawmy trupy i kryminały, wróćmy do spraw ładnych i delikatnych. Kiedy jesień wkracza w fazę pełnej dojrzałości, ale jeszcze nie czuje się wszędzie wokół tego smutnego zamierania – ja wkraczam w fazę zachwytu nad każdym napotkanym grzybkiem, który w jakiś cudowny sposób ukrył się przed ludźmi, nad ostatnimi kwiatami, nad kolorami liści. Pod tym względem kocham liście klonu i jednym z moich marzeń ogrodniczych jest taki właśnie klon, który przebarwiałby się na wszystkie kolory jesieni. Tylko jeszcze nie wiem, które odmiany to czynią (wiem natomiast, że nie wszystkie). Pamiętam takie klony z Goleniowa, gdzie spędziłam wczesny, piękny kawałek dzieciństwa. Jesienią zbierałam wielobarwne listki i przyznawałam im lokaty w konkursie piękności, rozkładając je na trawie.

Ostatnie dni były tak ciepłe, że trudno było uwierzyć w październik. Piątkowe popołudnie spędziłam w ogrodzie, na zmianę chwytając aparat i szpadel. Dopiero dzisiaj znalazłam czas, żeby przejrzeć zdjęcia – i zachwycił mnie groszek pachnący. To już jego ostatnie chwile. Jest taki subtelny, delikatny i kruchy, ubrany w nitki babiego lata.

100_8967

 

 

 

Nowa recenzja, jesienne róże i plany wydawnicze

03 paź

Plączę się z aparatem po ogrodzie i usiłuję uchwycić w obiektyw jesienne zmiany. Pięknie jest zwłaszcza pod wieczór, gdy słońce – przesiane przez gałęzie moich dębów – nadaje roślinom miękkie, subtelne kolory. W takich chwilach zwyczajnie nie mogę się powstrzymać, cykam zdjęcie za zdjęciem. Lubię przy tym eksperymentować. Tu na przykład te same róże, zrobione teoretycznie z tego samego miejsca – ale przy pierwszym zdjęciu stałam, a przy drugim – przykucnęłam.

100_8942

100_8944

Gdyby to przełożyć na nasze życie, można by wysnuć wniosek, że czasem niezwykłe piękno umyka nam tylko dlatego, iż patrzymy pod niewłaściwym kątem…

Ale miało być jeszcze o recenzji. Bardzo ciepłe słowa o „Zabłądziłam” napisała autorka bloga Mirabelkowa Biblioteczka – do poczytania tutaj:
http://mirabelkowabiblioteczka.blogspot.com/2014/09/zabadziam-agnieszka-olejnik-dobra.html

Ja tymczasem podpisałam umowę na „Dantego na tropie”, jednak nie wiem jeszcze, kiedy dokładnie się ukaże. Otrzymałam niedawno bardzo sympatycznego maila, w  którym czytelniczka „Zabłądziłam” żaliła się, że nigdzie nie można dostać moich książek. Uspokajam – wprawdzie na stronie WL rzeczywiście widnieje informacja, że nakład jest wyczerpany, ale książka wciąż jest dostępna online, np. w Empiku. A „Dante na tropie” dopiero wkracza w fazę nabierania książkowych kształtów. Czy będzie to opowieść podobna do historii Majki i Alka? Nie, ani trochę. „Dante…” to najbardziej kobiecy kryminał albo może raczej najbardziej kryminalna powieść kobieca wszech czasów… Sama nie wiem. Tak czy owak, za jakiś czas pojawi się w księgarniach, a wtedy każdy będzie mógł przekonać się osobiście.

 

Jesień z latem pod ramię

19 wrz

W moim ogrodzie w najlepsze trwa lato: ponownie kwitną róże, zakwitają i dojrzewają wciąż nowe poziomki. Ale jednocześnie jesień postanowiła sprawić mi przyjemność: w kilku miejscach znalazłam grzyby. Najbardziej ucieszyła mnie kania pod dereniem, tuż za wciąż kwitnącym nachyłkiem. Znalazła sobie idealne miejsce.

100_8785

100_8717

100_8805

 

Dziś mam dziwny dzień – z jednej strony marne samopoczucie, ból głowy i ogólne rozbicie. Z drugiej – jakieś rozmarzenie i cudowny spokój. Skończyłam wyjątkowo pracę o godzinę wcześniej. Zamiast popędzić do domu i wziąć się do roboty, postanowiłam się tą godziną cieszyć. Poszłam pomalutku do domu – drogą nad jeziorem, potem przez las. Zaczął padać ciepły deszcz, a ja usiadłam na ławce i pozwoliłam, żeby spokojnie pukał mi w parasolkę. A później szłam tym lasem, pełnym szelestów, mocząc sobie buty i nogawki. To była najlepiej spędzona godzina w tym tygodniu.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Mój ogród, Styl życia