RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Literatura’

Jesiennie, pachnąco i smakowicie. Czyli batatowo.

22 paź

Jesień mamy piękną w tym roku, chyba przyznacie. Od wczoraj jednak październik trochę się burmuszy i popłakuje deszczem, więc naszła mnie ochota na coś rozgrzewającego i aromatycznego. Ponieważ u mnie w kuchni ostatnio jest bardzo roślinnie, wymyśliłam, że wyszukam sobie jakiś sprawdzony przepis wegański i przerobię go nieco po swojemu, bo z przepisami nieprzerobionymi to przecież w ogóle nie ma zabawy. :)

Wykorzystałam fakt, że na jesieni w sklepach pojawiają się tanie bataty. Taki batat to jest COŚ. Co w nim znajdziemy? Poza beta-karotenem, także wapń, fosfor, potas, sód, magnez, siarkę, chlor, żelazo, jod, witaminy z grupy B (zwłaszcza B6), witaminę C, kwas foliowy i witaminę E.
Dotychczas wykorzystywałam bataty głównie do przyrządzania musu z bananem i kwaśnymi owocami. Blenduje się po prostu ugotowanego na parze batata z dojrzałym bananem (lub dwoma) i przekłada do szklanki warstwami, na przemian z czymś kwaskowatym, na przykład z mrożoną czarną porzeczką, ziarenkami granatu, winogronami, śliwkami i tak dalej. Co kto lubi. Taki deser można schłodzić, a można go też jeść na ciepło. Tylko od naszej pomysłowości zależy, czy przyrządzimy mus w jednym kolorze, czy też wielobarwny. Na przykład do jednej części zblendowanego batato-banana można dodać karob, a do kolejnej kakao – i powstanie deser w dwóch odcieniach brązu.

mus kako  mus  muss

Ale – jak już wspomniałam – dziś miałam ochotę na coś rozgrzewającego. Wyszperałam więc na blogu jednego z moich ulubionych wegan – erVegana – przepis na cudowne brownie z batatów. Oczywiście przerobiłam nieco recepturę, ale naprawdę zmieniłam niewiele, bo przepis był prawie doskonały. Ugotowałam 2 pokrojone bataty na parze, a gdy były miękkie, lecz wciąż gorące, zdjęłam z nich skórkę i zblendowałam miąższ ze szklanką rodzynek, wcześniej zalanych wrzątkiem i moczonych przez 15 minut. Dodałam 3/4 szklanki mąki gryczanej, 5 łyżek kakao, łyżkę cynamonu, 5 łyżek syropu z agawy i 3/4 szklanki migdałów, które wcześniej niezbyt dokładnie zmieliłam w młynku do kawy. Wymieszałam wszystko łyżką. Piekłam 40 minut w 180 stopniach na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Autor przepisu radzi, aby przestudzić brownie pół godziny, zanim zacznie się je kroić, ale u nas oczywiście część zniknęła, gdy tylko ostygło na tyle, żeby nie poparzyć języka. Przyznaję jednak, że po wystudzeniu jest jeszcze lepsze niż na gorąco!

1   3

Smacznego!

P. S. W księgarniach znajdziecie już I tom „Mansardy pod Aniołami” – „Cuda i cudeńka”. Dostaję sporo wiadomości, w których pojawia się to samo pytanie – kiedy ciąg dalszy? Już niedługo! Może w styczniu, może w lutym. Obiecuję, że dowiecie się, jaki list czekał na Lenę w skrzynce i jaką tajemnicę skrywa babcia Miecia!

cuda i cudenka

 

 

 

 

 

 

Jesienne nowiny

13 wrz

Przyszła pracowita jesień, a wraz z nią nowe wyzwania, pomysły i plany. Zanim zwolnimy trochę obroty w zimowym zamyśleniu, staram się teraz łapać ostatnie promyczki ciepła, cieszyć się darami przyrody – zbierać grzyby, zamykać w słoikach i butelkach resztki lata. Cieszę się każdym złotym listkiem, każdym rudym kasztanem, ucztowaniem motyli na budlejach i brzęczeniem pszczół w modrych kwiatach barbuli.

DSC_0376

Oczywiście nie zaniedbuję przy tym pisania. Już niedługo, bo 11 października, ukaże się moja kolejna książka: I tom Mansardy pod Aniołami - zatytułowany Cuda i cudeńka. Wiem, że wielu moich czytelników bardzo na nią czeka, więc w ramach rozbudzenia apetytów prezentuję Wam okładkę oraz opis ze strony Wydawcy:

cuda i cudenka

W małym, sennym miasteczku tylko na pozór niewiele się dzieje. 
Malownicza kamienica z mansardą, której szczyt zdobią dwa zamyślone anioły zwane Serafinami, skrywa pod swym dachem niejedną tajemnicę. Nieprzewidziane okoliczności sprawiają, że Lena, dziewczyna pełna marzeń i wiary w przyszłość, zostaje jej nową lokatorką. Poznaje swoich sąsiadów, nietuzinkowe postaci, które sprawiają, że życie dziewczyny staje się jeszcze barwniejsze niż dotychczas.
Wśród jej nowych przyjaciół jest Francesca, ekscentryczna Włoszka po przejściach, która prowadzi mały sklepik z cudeńkami. Lena, która uwielbia zmiany, dołącza do niej. Zaczyna również korespondować z tajemniczym Borysem, właścicielem mieszkania na strychu, który skrywa bolesną tajemnicę.
Dzięki świątecznej wymianie pyszności, mieszkańcy kamienicy lepiej poznają siebie i swoje sekrety. Najwyraźniej kamienne anioły opiekują się nimi, prostując pokręcone ścieżki, którymi prowadzi ich los.
„Cuda i cudeńka” to pełna ciepła opowieść o odzyskanych nadziejach, potrzebie bliskości, sile kobiecej przyjaźni i zwyczajnej, codziennej dobroci.
A wszystko to przyprawione odrobiną wiary w cuda.

Tom drugi – i tu dobra wiadomość dla tych, którzy nie lubią długo czekać na kontynuację – jest planowany na początek roku 2018, być może pojawi się w księgarniach już w styczniu!

I co dalej? – zapytacie. Dalej będzie równie kolorowo. W kwietniu powinna ukazać się kontynuacja bardzo przez Was ciepło przyjętej Ławeczki pod bzem. Nie będzie to II tom, lecz właśnie kontynuacja, bo tym razem skupimy się na przygodach Agaty, równie zwariowanej jak Iga, lecz borykającej się z zupełnie innymi problemami. Mam już tytuł – Cała w fiołkach.

Prawdopodobnie w maju czeka nas zupełnie inna przygoda – powieść Szukam właśnie ciebie, tym razem nie szalona i zabawna jak Ławeczka, lecz całkiem serio, co oczywiście nie znaczy, że zabraknie w niej optymizmu, nadziei i dobra. Nie zabraknie, obiecuję.

I wreszcie jesienią 2018 roku powinna zagościć w księgarniach I część nowego cyklu – Dworek w Miłosnej. Ten pierwszy tom nosić będzie tytuł Wianek z lawendy. Nie mogę się doczekać, kiedy się w tej lawendzie zanurzę, ale tymczasem muszę jeszcze zamknąć historię Agaty, więc póki co, mimo że to wrzesień – po uszy tkwię w fiołkach. :)

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Literatura, Styl życia

 

Ja cię kręcę, zielone babeczki!

03 lip

Obiecałam na Facebooku, że podzielę się przepisem na zielone muffinki – pora dotrzymać słowa. Teoretycznie moją głowę zaprzątają teraz inne sprawy, piszę opowiadanie z zagubionym czworonogiem w roli głównej, poza tym muszę wreszcie usiąść do kontynuacji „Ławeczki pod bzem”, która będzie miała w tym miesiącu premierę – a jednak ciągle jakaś siła ciągnie mnie do kuchni. Piekę, gotuję, mieszam, eksperymentuję, nastawiam nalewki i mrożę skarby z ogrodu. Niedługo pokażę Wam, jaki wspaniały chleb gryczany odkryłam i czym go można zdrowo, wegańsko smarować. A tymczasem obiecane zielone babeczki.

Bierzemy pół szklanki mąki kokosowej (ja jej nie kupuję – po prostu mielę w młynku to wysuszone w piekarniku „coś”, co mi zostaje po zrobieniu domowego mleka kokosowego, ale równie dobrze można użyć kupnej mąki) i po 1/4 szklanki mąki ryżowej oraz ziemniaczanej. Zamiast tego „glutenowcy” mogą po prostu sypnąć szklankę mąki pszennej. Dostałam ten przepis od koleżanki „glutenowej” i stąd wiem, że z pszenną też wyjdzie.

Dodajemy szklankę wiórków kokosowych, półtorej łyżeczki proszku do pieczenia i pół szklanki cukru (ja użyłam trzcinowego). Mieszamy to wszystko radośnie łyżką w sporej misce.

Osobno przygotowujemy składniki „na mokro”. Miksujemy w blenderze 10 dkg szpinaku, dodajemy 3 łyżki oleju (np. kokosowego albo rzepakowego) oraz 3/4 szklanki mleka roślinnego (u mnie było domowej roboty kokosowe, ale może być też owsiane, jaglane, migdałowe itd.). Miksujemy i wlewamy do miski ze składnikami suchymi. Mieszamy coraz bardziej radośnie, bo zaczyna pięknie pachnieć. Następnie napełniamy foremki do muffinek i pieczemy około pół godziny w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Można polać polewą czekoladową – ja tego nie zrobiłam, bo nie zdążyłam. I tak cud, że zdołałam sfotografować, zanim wszystkie babeczki zostały pożarte!

DSC_1741  DSC_1742  DSC_1740 

Smacznego!

A tak poza gotowaniem – zapraszam Was na mój profil autorski na FB, gdzie właśnie ogłosiłam konkurs fotograficzny. Można wygrać „Ławeczkę pod bzem” albo którąkolwiek inną moją powieść.

P.S. „Ławeczka…” jest już w przedsprzedaży w Empiku, Ravelo i wielu innych księgarniach. Do księgarń stacjonarnych trafi 19 lipca. Nieskromnie powiem, że to świetna, lekka, zabawna i odprężająca lektura na lato - a także niezły pomysł na prezent dla kogoś, kto ma latem urodziny albo imieniny. :)

100595564

 

Cudowne zielone coś na śniadanie

24 mar

No właśnie – „coś”. Na razie nie zdradzę Wam, co to takiego – bo to zagadka.

Zostało zaledwie kilka dni do premiery mojej książki w ślicznej zielonej okładce – uznałam więc, że pora na pierwszy konkurs.
Pytanie brzmi: co wrzuciłam do blendera dziś rano, żeby uzyskać taką oto bombę błonnikowo-witaminowo-jakąś tam? :)
Nie pytam o pudding chia, nie pytam o migdały, tylko o to zielone dookoła.
DSC_0966  DSC_0969
Podpowiedzi: jest ciut słodkie, ciut kwaskowate, ma tylko trzy składniki i wszystkie trzy to owoce lub warzywa. Dostarczyło mi żelaza, potasu, witaminy C oraz K i w ogóle całego mnóstwa dobrodziejstw.
Na odpowiedzi czekam do niedzieli do 16:00.
Wpisujemy swoje pomysły pod moim postem na Facebooku, ale umówmy się – każdy strzela tylko raz.
Nagrodą będzie moja najnowsza książka (a jeśli ktoś już wcześniej ją zamówił, to wybrana inna powieść mojego autorstwa, włączając także te, które dopiero się ukażą).
Jeśli zgadnie kilka osób – będzie dogrywka. Jeśli nikt – następna zagadka. :)
A po rozwiązaniu zagadki oczywiście zdradzę Wam, jaki jest przepis na to pyszne i przede wszystkim zdrowe „coś”. :)
Ole_Apetyt_300.jpg
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Literatura

 

Macie apetyt na „Apetyt…”?

03 lut

Pokazywałam już na Facebooku, pokażę też tutaj: oto okładka „Apetytu na więcej”, trzeciej i ostatniej części serii „Wszystkie smaki życia”. Premiera – 29 marca, a ja obiecuję, że dowiecie się, co będzie dalej z Ewą, Andrzejem i Jimem, jak potoczą się losy Klaudii, czy Tatiana potrafi cieszyć się macierzyństwem, jak postąpi Żaneta oraz co słychać u Barbary.

Oto opis ze strony Wydawcy – poznańskiej Czwartej Strony:

Życie nie zawsze układa się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, a szczęście kryje się w najmniej spodziewanych miejscach. Jak rozpoznać drogę, która do niego prowadzi?

Ewa czuje, że oszukuje siebie i swojego partnera, trwając w pozornie tylko idealnym związku. Kobieta uświadamia sobie, że jedynym mężczyzną, którego naprawdę kocha, jest Andrzej. Jednak na przeszkodzie ich miłości staje ciąg nieporozumień i niedomówień. Tymczasem Klaudia, borykająca się z problemem samoakceptacji, wyrusza na poszukiwania samej siebie i znajduje szczęście w najmniej spodziewanym miejscu.

W trzeciej części bestsellerowego cyklu Agnieszki Olejnik bohaterowie muszą zadać sobie pytanie, kim są i czego pragną, oraz zawalczyć o własne szczęście. Bo życie ma różne smaki, a sztuką jest znaleźć ten, który pokocha się najbardziej.

Ole_Apetyt_300

A dla tych, którzy już mają apetyt na tę wiosenną lekturę – fragmencik ;)

„…Na komodzie w holu rozdzwoniła się komórka, a na wyświetlaczu pojawiło się jego imię. Ewa nie odebrała. Jeszcze nie uporała się z własnymi uczuciami po ich ostatniej rozmowie – tej, po której w jej duszy został jakiś gorzki osad.

Zaczęło się od tego, że Andrzej odwiedził ją w wieczór wigilijny i powiedział, że to nie on jest ojcem dziecka swojej żony. To wprawdzie nie zmieniało faktu, że nie dochował Ewie wierności, ale dawało im obojgu jakieś szanse, by mogli ponownie pomyśleć o wspólnej przyszłości. Dlatego zgodziła się, gdy kilka dni później zadzwonił i poprosił o spotkanie. Jim akurat wyjechał z siostrą do Zakopanego. Ewa pomyślała, że będzie czuła się swobodniej, wiedząc, że Walijczyk nie może w każdej chwili wpaść z wizytą. Babcia z Klaudią wybierały się na wielkie zakupy, ponieważ w większości sklepów trwały szalone wyprzedaże – Ewa zaprosiła więc Andrzeja do siebie.

Sama nie wiedziała, na co liczy – może na spokojną rozmowę, czułe wyznania, może kilka buziaków na przeprosiny. Tymczasem to, co otrzymała, było niczym sesja u psychoterapeuty połączona z atakami zazdrosnego, oszalałego z rozpaczy człowieka.

Andrzej był w kompletnej rozsypce. Najpierw użalał się nad sobą, potem krzyczał. Że jest do niczego, wszystkich rozczarowuje, zawodzi, nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Że zdradzali go wszyscy: najpierw ojciec, potem żona, a teraz ona, Ewa, na którą liczył, której ufał, która była dla niego niemal święta.

-       Nigdy nie udawałam świętej – odpowiedziała wtedy Ewa, na pozór spokojnie, choć w gruncie rzeczy aż się trzęsła ze zdenerwowania. – Nie jestem ani lepsza, ani gorsza od innych znanych ci kobiet.

-       Przed tobą tak naprawdę znałem tylko dwie kobiety – wycedził Andrzej. – Jedna z nich to moja żona i naprawdę wierzyłem, chcę wierzyć nadal, że jesteś od niej lepsza.

Ewa z trudem powstrzymywała łzy.

-       Drugą z tych kobiet była moja matka – ciągnął Andrzej, który też cały drżał z nerwów. – Mimo że ojciec ją zdradzał, ona czekała na niego w domu i zawsze przyjmowała go z powrotem, kiedy wracał skruszony.

-       Więc tego ode mnie oczekujesz?! – zawołała Ewa, w której aż się zagotowało. – Miałabym czekać, aż wiarołomny ukochany znudzi się nową zabawką?

-       Ale o czym my mówimy?! Nie miałem żadnej nowej zabawki! Popełniłem błąd, rozumiesz?

-       Jeśli porównujesz mnie do swojej matki, to bądź też świadom, co z tego porównania wynika! Gdybym była taka jak ona, to wcale by cię nie było w moim życiu! Czekałabym teraz na Mirka, aż wróci do mnie wprost z objęć swojej Tatiany! Więc zastanów się, może to jednak dobrze, że nie przypominam twojej mamy, Andrzej.

Nie odpowiedział wtedy, zamilkł na długo, a ponieważ Ewa także nie miała już nic do powiedzenia, siedzieli w ciężkiej, nieprzyjemnej ciszy, która oddalała ich od siebie równie skutecznie jak najgorsze obelgi. Wreszcie Ewa zdecydowała się przerwać tę okropną sytuację i poprosiła go, żeby już poszedł.

-       Co się z nami stało, Ewuś? – zapytał Andrzej cicho, kiedy zapinał kurtkę, a ona stała w holu, ze wzrokiem wlepionym w podłogę.

Wzruszyła bezradnie ramionami. Zdradziłeś mnie, to się właśnie stało – chciała powiedzieć, ale nie miała siły na kolejną wymianę ciosów.

-       Kocham cię tak, że wszystko mnie z tej miłości boli – wyszeptał jeszcze. – Ale szaleję z zazdrości i zachowuję się jak ostatni idiota, kiedy tylko pomyślę, że spotykasz się z kimś innym, że on mi ciebie odebrał.

-       Nikt mnie nikomu nie odbierał – zaprotestowała słabo.

-       Wiem, wiem, nie kłóćmy się już. Ja sobie zasłużyłem, naprawdę to rozumiem.

-       Idź już, Andrzej. Pozwól mi ochłonąć.

-       Przepraszam.

Nie odpowiedziała, więc wyszedł. Nie widzieli się od tamtej pory. Andrzej dzwonił potem trzykrotnie – dziś właśnie był ten trzeci raz, lecz Ewa nie odbierała. Jeszcze nie. Wciąż się bała, że usłyszy kolejną porcję zarzutów i pretensji zaborczego mężczyzny. A to była ostatnia rzecz, na jaką miałaby teraz ochotę”.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Literatura

 

Garść pytań i odpowiedzi

23 sty

Jakoś przegapiłam na blogu nadejście Nowego Roku. Nie było postu o świątecznych potrawach, nie było postanowień noworocznych… Wszystko to trochę dlatego, że zimą moja doba staje się dziwnie krótka. Należę do tych stworzeń, które powinny zapadać w sen zimowy. Zawsze sobie obiecuję, że na emeryturze będę chodzić spać, gdy zrobi się ciemno, a wstawać, kiedy zacznie świtać. Problem w tym, że – jak mówi większość znanych mi emerytów – w pewnym wieku człowiekowi odechciewa się spać.

Od czasu zamieszczenia ostatniej notki – tej smakowitej, o likierach na jesień – dostałam od Was mnóstwo wiadomości. Odpisuję na każdą, ale pomyślałam, że skoro w tych Waszych liścikach powtarzają się niektóre pytania, równie dobrze mogę na nie odpowiedzieć „zbiorczo”. Proszę bardzo.

1.       Dlaczego Miłość z nutą imbiru kończy się tak dziwnie?

Miłość z nutą imbiru to druga część serii Wszystkie smaki życia. Dlatego „dziwnie” się zaczyna i „dziwnie” kończy. Jeśli chcecie wiedzieć, co było przedtem, zajrzyjcie do Szczęścia na wagę, a jeśli chcecie poznać ciąg dalszy opowieści, zaczekajcie na Apetyt na więcej, który ukaże się w marcu. Wiem, wiem, na okładkach powinno być napisane, że Miłość… to II tom. Sugerowałam to w wydawnictwie, ale mnie nie posłuchali.

851x315_Apetyt-na-więcej

2.       Czy Pani sądzi, że taka historia jak w Nieobecnej mogłaby się zdarzyć naprawdę? Serio?!

Sądzę. Serio. Pomysł napisania książki o bliźniaczkach, które zamieniają się miejscami, wzięłam właśnie z życia. Kiedy byłam w szkole średniej, miałam młodziutką nauczycielkę w-f. Polubiłyśmy się bardzo; kiedy zaczęłam studiować, stałam się nianią jej dzieci i przeszłyśmy na stopę koleżeńską. Wówczas poznałam jej siostrę. Oczywiście kiedy stały obok siebie, a w dodatku pamiętałam, że ta po lewej to Kasia, a po prawej – Gosia, byłam w stanie je odróżnić. Ale wystarczyło, że wyszły razem do kuchni, a potem wróciły w innym ustawieniu – i nie dało się. Kasia przyznała mi się, że zamieniały się niekiedy rolami i niektóre lekcje w-f miałam nie z nią, lecz z Gosią. Nikt z nas, uczniów, ani nikt z nauczycieli nigdy niczego nie zauważył.

Oczywiście wiem, że w normalnym małżeństwie taka zamiana zostałaby zauważona; ale małżeństwo mojej książkowej Julii nie jest normalne pod żadnym względem. Już pomijam wzajemną obcość – przede wszystkim Patryk od wielu miesięcy nie mieszka z żoną.

Dlatego – tak, sądzę, serio.

3.       Czy Pani jeździ na spotkania autorskie?

Jeżdżę, oczywiście. Na przykład w lutym jadę do Działdowa. Ale nie pytajcie mnie, czy mogłabym przyjechać i do Was. Z takim pytaniem musi się do mnie zwrócić organizator spotkania, czyli miejscowa biblioteka. Zawsze możecie zaproponować swoim paniom bibliotekarkom, żeby do mnie napisały – adres jest na blogu – albo zagadały przez Facebooka.

4.       Dlaczego nie mogę nigdzie kupić Zabłądziłam?

Sama chciałabym to wiedzieć. Podejrzewam, że nakład się wyczerpał i póki co Wydawnictwo Literackie nie zrobiło dodruku. Czy go zrobi – najlepiej pytać u źródła. Napiszcie do nich.

5.       Dlaczego Pani książek nie ma w Empikach?

Nie mam pojęcia. To pytanie powtarza się bardzo często, a ja nie wiem, co odpowiadać. Moja sugestia jest taka: pytajcie o nie. Nie tylko szukajcie na półkach, ale pytajcie sprzedawców. Może oni nie wiedzą, że szukacie moich powieści, więc ich nie zamawiają? Wiem, że w większych salonach są pojedyncze egzemplarze, ale bardzo szybko znikają.

Jeśli chcecie mieć pewność, że jadąc na zakupy do Empiku znajdziecie tam moją książkę, najlepiej kilka dni wcześniej zamówić ją na ich stronie internetowej, a żeby nie płacić za przesyłkę, wybrać opcję odbioru na miejscu, w wybranym przez Was salonie.

 *-*-*

Dziękuję Wam bardzo za wszystkie ciepłe listy i wiadomości! A teraz wracam do pisania Mansardy pod aniołami, korekty autorskiej Apetytu na więcej oraz snucia luźnych planów na temat całkiem nowej powieści, której akcja działaby się gdzieś w Anglii za czasów Sherlocka Holmesa… Co Wy na to? ;)

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Literatura

 

Dziś w roli przynęty – fragment „Ławeczki pod bzem”

10 lis

U mnie pada śnieg – a u Was? Paskudnie się zrobiło, bo śnieg to ja owszem, lubię, ale tylko kiedy jest leciutki mróz, żeby się toto nie zamieniało w brudną breję, i kiedy słoneczko skrzy się w ośnieżonych gałązkach i czapach białego puchu… Niestety, dziś zrobiło się na świecie ponuro, mokro, zimno i w ogóle, tylko zapaść się w miękki fotel, opatulić wełnianym kocem i poczytać.

A skoro o czytaniu mowa – obiecałam fragment książki, która „właśnie mi się pisze”. Jak już wiecie, będzie to powieść inna niż wszystkie, bo z humorem i przymrużeniem oka. Żadnych (no dooobra, prawie żadnych) poważnych tematów, po prostu relaks i uśmiech.

O poranku wstąpiły we mnie nowe siły. Sprawdziłam ustawienie elementów „wystroju” tarasu – skrzynka po mandarynkach i krzesło stały na swoich miejscach. Zaparzyłam sobie kawę i zasiadłam do jej picia z absolutnym przekonaniem, że sobie poradzę. Jeśli będzie trzeba, zatrudnię kilku ochroniarzy, najprzystojniejszych, jakich tylko znajdę. Kupię sobie broń gazową, paralizator, gaz pieprzowy, łzawiący i rozśmieszający na dodatek. Jednym słowem – stawię czoła własnym lękom. A na początek, postanowiłam, zaczaję się i sprawdzę, czy złoczyńca w ogóle istnieje, czy nie jest to po prostu wytwór mojej znękanej zadawnionymi lękami wyobraźni.

W celu zaczajenia się przeprowadziłam niesłychanie sprytną operację taktyczną: przez cały dzień nie wychodziłam z domu ani nie zapalałam światła. Udawałam, że mnie nie ma. Ukradkiem obserwowałam ulicę. Po południu ostrożnie wychynęłam na taras i wystawiłam tam pudło, w którym kilka tygodni temu przywieziono mi nowy komputer z wielkim monitorem. Uznałam, że to będzie doskonały wabik na złodzieja. Jeśli ten facet rzeczywiście zamierza mnie okraść i krąży wokół domu, to zechce sprawdzić, czy karton jest pusty. Poświęciłam jedną z konturówek do ust i zaznaczyłam krzyżykami na posadzce, gdzie dokładnie znajdują się rogi pudła. Jeśli złodziej przesunie je lub choćby podniesie, na pewno nie odstawi precyzyjnie w to samo miejsce.

Po południu wykąpałam się, przebrałam w wygodną piżamę i mięciutki szlafrok, a następnie – dla kurażu, żeby nie umrzeć ze strachu – napiłam się trochę likieru o smaku cappuccino, który kupiłam w Lidlu, bo miał piękną, smukłą butelkę. Okazał się przepyszny, więc nalałam sobie od razu pół szklanki i zaczęłam wyjadać go łyżeczką. Świat poweselał, strach minął. W tym momencie miałam absolutną pewność, że nawet jeśli złodziej krąży wokół mego domu, to ja sobie z nim bez trudu poradzę. To znaczy nie ja osobiście, tylko moja armia ochroniarzy. Jutro, zatrudnię ich już jutro.

Tymczasem zgłodniałam jak wilk, toteż czym prędzej, korzystając z resztek światła dziennego, usmażyłam sobie naleśniki i zjadłam je z nutellą i bitą śmietaną, wykorzystując likier kawowy jako sosik do polewania. Czegoś tak pysznego w życiu nie jadłam. Zwłaszcza likier pasował idealnie. Zanim się spostrzegłam, smukła butelka była już pusta, a ja pomyślałam, że naukowcy powinni się skupić na wynalezieniu takich naczyń na likiery i inne gęste napoje, żeby dało się to wyżymać albo chociaż przekręcać na drugą stronę w celu wylizania denka.

   Nagle usłyszałam jakiś dźwięk na tarasie. Zapadał już wczesny grudniowy zmrok. Uświadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu nie wyglądałam przez okno, zajęta naleśnikami: najpierw smażeniem, a potem konsumpcją. Wstałam od stołu, przez chwilę łapałam równowagę, po czym – chwyciwszy patelnię, jako że nic innego nie przyszło mi do głowy – ruszyłam ostrożnie w stronę drzwi tarasowych.

Ktoś tam był. Wysoka, szczupła sylwetka. O ile mogłam się zorientować, ten ktoś stał odwrócony tyłem. Gapił się na mój ogród. Jakim prawem przybywał na moim tarasie? Po co tu wlazł? Niewiele myśląc (no dobrze, spójrzmy prawdzie w oczy: nie myśląc w ogóle), otworzyłam drzwi i wypadłam na taras.

Nie mam dla siebie żadnego usprawiedliwienia, poza tym jednym – że wychłeptałam całą butelkę likieru. Wiem, to było głupie. Bezdennie. Normalnie nigdy bym tak nie postąpiła, a jednak… właśnie to zrobiłam. Wyskoczyłam na taras, wrzasnęłam: „Czego tu?!”, a gdy mężczyzna odwrócił się ku mnie i stwierdziłam, że nie jest to żaden z moich znajomych, z całej siły walnęłam go patelnią w głowę. Potem upadliśmy oboje. On – bo go zabiłam, a ja, bo widząc to, zemdlałam.

Dajcie znać, czy Wam się podoba, czy raczej wolicie, żeby było serio, poważnie, nawet traumatycznie i depresyjnie; jednym słowem – listopadowo…

100_3379

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Literatura

 

Plany i marzenia

05 lis

Moja najnowsza powieść – „Miłość z nutą imbiru” – już w księgarniach, a w niej dalsze losy Ewy i jej bliskich, a także cudowna atmosfera świąt w wydaniu polskim i walijskim…

Co dalej, pytacie w listach i wiadomościach na Facebooku. Jakie mam plany na nadchodzący rok? Już odpowiadam…

Photo on 2011-12-25 at 19.07

Po pierwsze – niespodzianka dla tych moich czytelniczek, które mają dzieci. W roku 2017 (choć jeszcze nie wiem, kiedy dokładnie) ukaże się książka dla Waszych pociech. Jest to tekst, od którego zaczęła się moja przygoda z pisarstwem – żartobliwa opowieść zatytułowana „Awantura w bajkach”. Za tę książkę w roku 2007 otrzymałam wyróżnienie w organizowanym przez Fundację ABC XXI „Cała Polska Czyta Dzieciom” konkursie im. Astrid Lindgren. Potem dość długo „Awantura…” czekała w pamięci mojego komputera, aż wreszcie przypomniałam sobie o niej i tak oto trafiła do wydawnictwa Adamada, którego książeczki zachwycają mnie szatą graficzną. Mam nadzieję, że i moja opowieść zostanie opatrzona cudownymi ilustracjami.

DSC_0288

W kwietniu wydawnictwo Czwarta Strona wyda trzecią i ostatnią część serii Wszystkie smaki życia„Pełnymi garściami”. Poznamy dalsze losy Ewy, Klaudii, Żanety, Andrzeja i Jima, wszystkie zamotane supełki zostaną rozplątane, każdy z wątków znajdzie swoje zakończenie, choć nie obiecuję, że zawsze będzie różowo i landrynkowo. W prawdziwych ludzkich losach rzadko tak bywa, a ja nie piszę przecież baśni dla dorosłych, lecz serię z „życiem” w tytule.

DSC_0001

Na lipiec zaplanowano premierę powieści, nad którą pracuję obecnie – „Ławeczka pod bzem”. Takiej książki nigdy dotąd nie napisałam. Ma być zabawna, z przymrużeniem oka, lekka i taka w sam raz na wakacje. Jej główna bohaterka, Iga (dla której to Wy, moje Czytelniczki, wybrałyście imię) trochę wymyka mi się z rąk i zaczyna robić, co jej się żywnie podoba. To nieomylny znak, że lada dzień zakończę pracę nad książką, bo od momentu, gdy historia zaczyna żyć własnym życiem, książka pisze się niejako sama. Obiecuję, że jeszcze w listopadzie zaserwuję Wam fragment na zaostrzenie apetytu.

100_8900

We wrześniu 2017 – premiera, na którą bardzo, bardzo czekam. Będzie to książka pod tytułem „Szukam właśnie ciebie”, a wyda ją wydawnictwo Filia. Nieskromnie powiem, że jest to piękna opowieść o jeszcze piękniejszej, choć niełatwej miłości, która okaże się silniejsza nawet niż śmierć. Brzmi melodramatycznie, ale wcale nie będzie to ani melodramat, ani typowy romans.

DSC_0144

Na koniec – może późną jesienią, a może już zimą (lub nawet na początku 2018 roku) – marzy mi się pierwszy tom nowej serii. Na razie w myślach nazywam ją „Mansardą pod aniołami”, ale jak to z tytułami bywa, może pewnego dnia narodzi się jakiś inny, który wyda mi się ładniejszy. Tak czy owak, będzie to opowieść o mieszkańcach pewnej kamienicy z mansardowym poddaszem. Na razie rozglądam się wokół, słucham ludzkich historii i notuję pomysły do tej książki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura

 

Już niedługo pojawi się „Miłość…”

25 wrz

Chodzi mi oczywiście o Miłość z nutą imbiru. Premiera książki już 12 października. Przypominam, że powieść ta jest kontynuacją Szczęścia na wagę, lecz wiem z pewnego źródła, że da się ją czytać również wtedy, jeżeli nie zna się wcześniejszych losów bohaterów. Mimo to oczywiście zachęcam do przeczytania najpierw pierwszej części ;)

Tak prezentuje się okładka w pełnej krasie:

miłość

Ale tymczasem mamy ostatnie dni września, wyjątkowo ciepłe w tym roku. W moim ogrodzie wciąż jeszcze pysznią się na krzakach piękne maliny. Są tak dojrzałe, że rozpadają się w palcach, więc postanowiłam zrobić z nich mus i wykorzystać go do ciasta. Przepis skradłam z bloga mojej ulubionej blogerki, Heleny – zajrzyjcie koniecznie na Moje Walijskie Pichcenie (walijskiepichcenie.blogspot.com). Traktuję tego bloga jako skarbnicę pomysłów; ilekroć nie wiem, co zrobić na obiad albo łazi za mną coś słodkiego, choć nie wiem konkretnie, co by to miało być, wpadam do Helenki – i po prostu wybieram.

Murzynka z musem malinowym robi się tak: bierzemy pół szklanki mleka i tyle samo śmietany (według Heleny powinna być kwaśna 18%, ale ja z braku laku wzięłam 12%), 50 g gorzkiej czekolady, szklankę mąki, 2 czubate łyżki kakao, jajko, 2/3 szklanki cukru, 1/4 szklanki oleju oraz po pół łyżeczki proszku do pieczenia i sody oczyszczonej.

Warstwę malinową robimy z dwóch czerwonych galaretek oraz około połowy kilograma malin. Na wierzch Helenka dała czekoladę mleczną, ja zaś białą.

Do podgrzanego mleka należy dodać połamaną czekoladę i mieszać, aż się rozpuści. Niech sobie stygnie. Tymczasem mieszamy sypkie produkty: mąkę, kakao, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną. Jajko ucieramy z cukrem, po czym wlewamy olej i  śmietanę – miksujemy intensywnie, żeby się nie zważyło. Następnie należy dodać ostudzone mleko i jeszcze miksować. Na koniec dodajemy suche składniki i łączymy, ale to już nie musi być długie miksowanie.
Moje ciasto piekło się w temperaturze ok. 180 stopni, mniej więcej 40 minut. Niestety, nie urosło mi tak, jak Helenie, co widać na zdjęciach, ale i tak było pyszne.
Mus robimy ze zblendowanych malin oraz galaretek rozpuszczonych w półtorej szklanki wody (bo owoce puszczą dużo soku). Wykładamy na ostudzone ciasto dopiero, gdy już prawie stężeje. Niech postoi w lodówce.

Wierzch można ozdobić czekoladą rozpuszczoną w garnuszku (na małym ogniu) z dwiema łyżkami śmietany – mocno wymieszać i łyżką wylewać na powierzchnię musu, po czym jeszcze na chwilę odstawić do lodówki.

Dla mnie – bomba!

DSC_1320

DSC_1321

DSC_1325

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Literatura

 

„Nieobecna” już za miesiąc!

17 lip

Dokładnie za miesiąc, 17 sierpnia, w księgarniach pojawi się moja najnowsza powieść, „Nieobecna”. A ponieważ obiecywałam Wam kolejny fragment, uznałam, że dziś jest idealna okazja, aby uchylić jeszcze jednego rąbka tajemnicy.

Był taki czas, kiedy marzyłam o prasowaniu koszul Marka, o praniu ubrań przesyconych jego zapachem. Wzruszały mnie spodnie wyświecone przy kieszeniach, do których wiecznie wciskał dłonie.

Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, wydał mi się bezbronny. Zaprzeczenie tego, czego szukałam w mężczyznach, o ile w ogóle można powiedzieć, że czegokolwiek szukałam. Spotkałam go w czytelni, do której zawędrowałam, aby przejrzeć nowości; szkoda mi było pieniędzy na kupowanie bestsellerów, skoro większość z nich okazywała się przereklamowana. Poza tym zawsze uwielbiałam czytać w czytelni, to pozwalało mi przez chwilę poczuć się jak wtedy, gdy byłam pełną pasji studentką.

Kucnął przy półce z teorią literatury i czegoś szukał. Z góry widziałam tylko jego zmierzwione włosy i leciutko, naprawdę bardzo delikatnie rysujące się miejsce, gdzie w przyszłości powstanie łysinka. Taki krążek rzadszych włosów. Nie miałam pojęcia, dlaczego mnie to rozczuliło. Patrzyłam przez chwilę, potem przykucnęłam przy sąsiednim regale i zaczęłam przekładać książki, które bez przerwy zsuwały się ze śliskiej metalowej powierzchni. Przytrzymał mi je dłonią, a ja skinęłam głową zamiast podziękować. Gdy znalazłam to, czego szukałam, poszłam do stolika i usiadłam przodem do regału. Z jakiegoś absurdalnego powodu  chciałam mu się przyjrzeć.

Wreszcie wyszedł spomiędzy regałów. Był mały. „Niski” brzmiałoby lepiej, ale to nie byłaby prawda, bo on nie był niski, lecz mały. Miał krótkie nogi i ręce, wydawał się jakby pomniejszony, lecz nie całkiem proporcjonalnie. Głowa była normalna, ramiona szerokie, tors jak u przeciętnie zbudowanego mężczyzny, natomiast ręce i nogi wyraźnie za krótkie. Takie było moje pierwsze wrażenie. Jednak tym, co przyciągnęło moją uwagę, nie była jego sylwetka, lecz sposób, w jaki się poruszał. Bo szedł tak, jak idzie gwiazdor pod obstrzałem fleszy. Jakby był najatrakcyjniejszym facetem na tym świecie, jakby muskały go pożądliwe spojrzenia kobiet i w dodatku – jakby słyszał muzykę. Dobrego bluesa albo rocka.

Mały facecik z kilkudniowym zarostem przykrywającym blizny po trądziku. Brązowe oczy, prostokątne okulary, ciemne zmierzwione włosy i ten krążek rodzącej się łysinki, o którym pewnie nie miał pojęcia. To było coś intymnego, te rzadkie włosy na czubku jego głowy, o których wiedziałam, zupełnie jakbym znała go od lat albo była jego żoną.

Wtedy, pierwszego dnia, nawet na mnie nie spojrzał i byłam pewna, że w ogóle nie zauważył mojego istnienia. Dopiero kilka dni później przekonałam się, że to nieprawda, bo gdy weszłam między regały i sięgnęłam po książkę, usłyszałam ciche „Dzień dobry”. Stał po drugiej stronie regału, znowu w dziale teoretycznoliterackim – i uśmiechał się do mnie między przechylonymi grzbietami książek. Skinęłam głową i odpowiedziałam uśmiechem. I tyle. Serce mi się tłukło jak ćma o szybę, zupełnie bez sensu, bo dlaczego, skąd takie emocje, przecież to tylko nieznajomy, który kilka dni temu przytrzymał mi książki. Nieatrakcyjny. Mały. Z brzydką cerą. A gdy się uśmiechnął, zobaczyłam także, że ma nieładne zęby.

Dla mnie, miłośniczki wszystkiego, co czyste, zadbane, doskonałe, sterylne – taki mężczyzna nie powinien istnieć. Nie powinien wzbudzić we mnie niczego poza niesmakiem, zwłaszcza że później – gdy szedł do swojego stolika i rozkładał na nim książki – przyjrzałam mu się dokładniej i dostrzegłam zażółcone od nikotyny palce, niezbyt świeżą koszulę i sierść na marynarce.

A jednak. Istniał. Niepokojąco i uparcie był. Choć przecież nie wiedziałam o nim nic poza tym, że pali, że zapewne ma psa lub kota i że z jakiegoś powodu interesuje go teoria literatury. 

Przez następne kilka dni nie trafiłam na niego ani razu. Właściwie nie miałam już po co chodzić do czytelni, przeczytałam wszystkie nowości, jakie w ostatnim czasie zakupiła biblioteka. Tak więc nie było sensu tam zaglądać, a jednak robiłam to niemal codziennie, o różnych porach. Wreszcie w pewne piątkowe popołudnie zdarzyło się to, na co czekałam przez cały ten dziwny czas. Kartkowałam katalog, nie szukając właściwie niczego konkretnego, gdy poczułam… bo przecież nie usłyszałam ani nie zobaczyłam, nie był to także zapach… zwyczajnie poczułam, że stoi za mną. Odwróciłam się. Brązowe oczy za okularami. Nieatrakcyjny, zaniedbany. Intrygował mnie.

-       Szuka pani jeszcze? – zapytał, wskazując szufladkę katalogu.

Pokręciłam przecząco głową. Podszedł i zaczął wertować. Nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Powinnam była po prostu odejść, ale wszystko we mnie chciało zostać. Cała ta sytuacja była idiotyczna.

-       Nie mogę znaleźć – mruknął, zanim zdążyłam cokolwiek postanowić.

Zapytałam, czego szuka. I tak zaczęła się nasza pierwsza rozmowa, tak zrobiliśmy ten pierwszy krok, który miał zamienić się we wspólny spacer, a potem w marsz, w szaleńczy bieg ku najsilniejszym emocjom, jakich dane mi było doświadczyć, ku głupiej, beznadziejnej miłości, nadziei i rozpaczy. Gdybym wtedy odeszła, gdybym nie zapytała, czego szuka, gdybym tylko wiedziała, że to ostatni moment, aby się ratować…

„Nieobecną” można już kupić w przedsprzedaży w Ravelo, Świecie Książki i innych księgarniach internetowych. Wkrótce ukaże się także w Empiku i Matrasie, a w połowie sierpnia również w Waszych lokalnych księgarniach.

Nieobecna_baner

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Literatura