RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Coś pysznego’

Gołąbki w nieco innym wydaniu

23 paź

Poszukiwałam ostatnio pomysłów na podanie cukinii w innej formie niż zupa krem i popularny „bigos” cukiniowy. Kombinowałam, główkowałam i wreszcie wymyśliłam coś w rodzaju gołąbków.

Najpierw pokroiłam cukinię na podłużne plastry, zblanszowałam, wrzucając na 3 minuty do wrzątku, po czym wysuszyłam na ściereczce.

DSC_0243

Następnie zajęłam się farszem – ugotowałam woreczek ryżu, wymieszałam go z surowym mięsem mielonym (proporcje są dowolne, znam takich, co wolą więcej ryżu; ja daję mniej więcej pół na pół), podsmażoną cebulą czerwoną, zmiażdżonym ząbkiem czosnku, jajkiem i przyprawami – u mnie była to sól i czubrica). Mocząc dłonie w letniej wodzie uformowałam nieduże kulki.

DSC_0244

Każdą kulkę zawinęłam w długi plaster boczku wędzonego, a następnie – w poprzek – w plaster cukinii. Powstałe w ten sposób „gołąbki” ułożyłam ciasno w garnku rzymskim, do którego kupna już Was kiedyś zachęcałam. Na dnie ułożyłam zewnętrzne plastry cukinii.

DSC_0246

Piekłam około półtorej godziny w 180 stopniach. Garnek rzymski ma to do siebie, że nie trzeba wlewać do niego żadnego bulionu, pyszny sos wytwarza się sam z wody zawartej w żywności oraz w ściankach naczynia. Jeśli jednak chcecie przyrządzić takie gołąbki w zwykłym naczyniu do zapiekania, być może będzie trzeba użyć trochę bulionu.

Dla mnie bomba! Polecam!

DSC_0247   DSC_0249

 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego

 

Dziś premiera „Miłości z nutą imbiru”!

12 paź

Premiera dobra rzecz. Zawsze można uznać, że to coś w  rodzaju urodzin – i wykorzystać tę okazję jako pretekst do zjedzenia czegoś pysznego.

A ponieważ na październikowe ciemne poranki  i popołudnia, nie mówiąc już o długich wieczorach – najlepsza jest kawa, przeto dziś będzie deser kokosowo-kawowy. Łatwy, bez pieczenia.

Pomysł zaczerpnęłam ze strony „Moje ciasto.pl”, ale zmieniłam co nieco.

Zaczynamy: najpierw szykujemy żelatynę, żeby zdążyła przestygnąć. 20 gramów żelatyny mieszamy w garnuszku z 10 łyżkami zimnej wody, żeby napęczniała. Potem podgrzewamy, ale tylko do rozpuszczenia, nie gotujemy. Mieszamy podczas stygnięcia – ona nie ma stężeć, tylko być chłodna.

Tymczasem bierzemy opakowanie ciastek Oreo (zdaje się, że tam jest 175 g) i rozgniatamy je wałkiem lub ciachamy w malakserze na „kaszkę”. Następnie mieszamy z roztopioną margaryną Kasią (ok. 50 g) i odrobiną przestudzonego mocnego wywaru z kawy – ja rozpuściłam łyżeczkę kawy rozpuszczalnej w 1/8 szklanki wody. Niestety, choć nie lubię margaryn, nie można tu użyć masła, bo potem w lodówce spód zrobiłby się zbyt twardy. Wykładamy tą masą wyłożony pergaminem spód małej tortownicy (u mnie miała 22 cm i okazała się za duża, lepsza byłaby 18 cm, wówczas deserek byłby wyższy i lepiej by wyglądał). Wkładamy do lodówki i bierzemy się za warstwę kokosową.

Wracamy do przestudzonej żelatyny: dodajemy do niej 300 ml mleka kokosowego oraz 500 ml śmietany kremówki ubitej na sztywno z cukrem pudrem. Cukru wzięłam 100 gramów, ale moi chłopcy twierdzili, że jak dla nich, deserek jest odrobinę zbyt wytrawny, można więc dać więcej, np. 110-120 gramów.

Po wymieszaniu rozdzielamy masę śmietankową na dwie części. Do jednej wsypujemy małe opakowanie wiórków kokosowych (70 g), delikatnie mieszamy,wykładamy to na ciemny spód i jazda do lodówki, aż trochę stężeje. Tymczasem parzymy kawę – ok. dwóch czubatych łyżeczek – w niewielkiej ilości wody, studzimy i ostrożnie dodajemy do drugiej części masy (trzeba dość energicznie mieszać, żeby nam się nie rozwarstwiło). Powstanie beżowa kołderka o smaku kawowym – cudo! Wykładamy to na białą masę i wszystko razem ponownie ląduje w lodówce na kilka godzin.

Zdjęcie niestety byle jakie, robione w pośpiechu, bo ręce mi się trzęsły, żeby już zjeść… ;)

DSC_0220

Najsmaczniejsze jest, a jakże, do kawy i do dobrej książki ;). Polecam – pytajcie o „Miłość z nutą imbiru” w księgarniach! Obiecuję Wam emocje i wzruszenia przy lekturze, trochę słodyczy, trochę goryczy – jak to w życiu.

miłość

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Coś pysznego

 

Już niedługo pojawi się „Miłość…”

25 wrz

Chodzi mi oczywiście o Miłość z nutą imbiru. Premiera książki już 12 października. Przypominam, że powieść ta jest kontynuacją Szczęścia na wagę, lecz wiem z pewnego źródła, że da się ją czytać również wtedy, jeżeli nie zna się wcześniejszych losów bohaterów. Mimo to oczywiście zachęcam do przeczytania najpierw pierwszej części ;)

Tak prezentuje się okładka w pełnej krasie:

miłość

Ale tymczasem mamy ostatnie dni września, wyjątkowo ciepłe w tym roku. W moim ogrodzie wciąż jeszcze pysznią się na krzakach piękne maliny. Są tak dojrzałe, że rozpadają się w palcach, więc postanowiłam zrobić z nich mus i wykorzystać go do ciasta. Przepis skradłam z bloga mojej ulubionej blogerki, Heleny – zajrzyjcie koniecznie na Moje Walijskie Pichcenie (walijskiepichcenie.blogspot.com). Traktuję tego bloga jako skarbnicę pomysłów; ilekroć nie wiem, co zrobić na obiad albo łazi za mną coś słodkiego, choć nie wiem konkretnie, co by to miało być, wpadam do Helenki – i po prostu wybieram.

Murzynka z musem malinowym robi się tak: bierzemy pół szklanki mleka i tyle samo śmietany (według Heleny powinna być kwaśna 18%, ale ja z braku laku wzięłam 12%), 50 g gorzkiej czekolady, szklankę mąki, 2 czubate łyżki kakao, jajko, 2/3 szklanki cukru, 1/4 szklanki oleju oraz po pół łyżeczki proszku do pieczenia i sody oczyszczonej.

Warstwę malinową robimy z dwóch czerwonych galaretek oraz około połowy kilograma malin. Na wierzch Helenka dała czekoladę mleczną, ja zaś białą.

Do podgrzanego mleka należy dodać połamaną czekoladę i mieszać, aż się rozpuści. Niech sobie stygnie. Tymczasem mieszamy sypkie produkty: mąkę, kakao, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną. Jajko ucieramy z cukrem, po czym wlewamy olej i  śmietanę – miksujemy intensywnie, żeby się nie zważyło. Następnie należy dodać ostudzone mleko i jeszcze miksować. Na koniec dodajemy suche składniki i łączymy, ale to już nie musi być długie miksowanie.
Moje ciasto piekło się w temperaturze ok. 180 stopni, mniej więcej 40 minut. Niestety, nie urosło mi tak, jak Helenie, co widać na zdjęciach, ale i tak było pyszne.
Mus robimy ze zblendowanych malin oraz galaretek rozpuszczonych w półtorej szklanki wody (bo owoce puszczą dużo soku). Wykładamy na ostudzone ciasto dopiero, gdy już prawie stężeje. Niech postoi w lodówce.

Wierzch można ozdobić czekoladą rozpuszczoną w garnuszku (na małym ogniu) z dwiema łyżkami śmietany – mocno wymieszać i łyżką wylewać na powierzchnię musu, po czym jeszcze na chwilę odstawić do lodówki.

Dla mnie – bomba!

DSC_1320

DSC_1321

DSC_1325

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Literatura

 

Aromatyczna malinówka

29 sie

W moim ogrodzie trwa malinowe szaleństwo. Niemal codziennie zbieramy miseczkę tych cudownie aromatycznych owoców, pijemy koktajle z maślanki albo jogurtu, robimy pyszne desery, a maliny wciąż dojrzewają… Postanowiłam więc nastawić nalewkę, która w zimowe wieczory przypomni mi, jak pięknie pachniał sierpień.

DSC_1373

Potrzebujemy 1 kg malin, 1/2 litra spirytusu, 1/2 litra wódki i pół kilograma cukru. To jest wersja podstawowa. W wersji wzbogaconej można dodać ok. 100 ml ginu lub rumu. Ja dotychczas robiłam bez dodatków, w tym roku zdecydowałam się na gin lubuski, więc moja malinówka będzie miała posmak jałowcowy.

Maliny starannie przebieramy. Moje pochodzą z ekologicznego ogrodu położonego z dala od świata, ale jeśli kupujemy, to warto jednak przepłukać i osuszyć. Następnie wsypujemy je do słoja i zasypujemy cukrem. Niech puszczą trochę soku. Potrząsamy raz i drugi, żeby cukier dobrze oblepił owoce i zostawiamy na jakąś godzinkę. Wreszcie wlewamy alkohol i to już koniec roboty.

Stawiamy nasz słój w słonecznym, ciepłym miejscu na tydzień, codziennie potrząsamy. Po tygodniu odstawiamy na 3 tygodnie w równie ciepłe miejsce, ale w cieniu. Potrząsamy nadal, choć niekoniecznie codziennie.

Znam różne przepisy na malinówkę, w niektórych potrząsania nie ma wcale, w innych jest dwa razy dziennie. Nie sądzę, żeby to miało jakieś wielkie znaczenie. W większości tradycyjnych receptur powtarza się natomiast jedna informacja: że maliny macerowane w alkoholu nie powinny długo stać na słońcu – podobno wówczas z pesteczek uwalnia się gorycz. Ile w tym prawdy, nie mam pojęcia, ale wolę nie ryzykować, dlatego po tygodniu słój wędruje do cienia.

DSC_1357

Po miesiącu płyn zlewamy, resztkę przesączamy przez gazę, bo szkoda, żeby się zmarnowało. Niestety, nie mam patentu na to, co można zrobić z pozostałą ciapką z malin (słyszałam, że niektórzy robią z tego mus alkoholowy do lodów, ale nigdy nie próbowałam).

Po zlaniu nalewki do butelek pozwalamy jej jeszcze dojrzeć. Otwieramy w okolicach Bożego Narodzenia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Wspaniałe ciasto z rabarbarem

08 sie

Rabarbarowego szaleństwa ciąg dalszy. Ostatni wpis w kategorii „Coś pysznego” dotyczył babeczek, a dziś będzie o wspaniałym cieście na oleju. Akurat tym razem dołożyłam do niego kilka wiśni, ale z samym rabarbarem także wychodzi znakomite, podobnie zresztą jak ze śliwkami, jagodami, jabłkami i tak dalej.

Składniki: niepełne 2 szklanki mąki, 4 jajka, szklanka oleju, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 10 dkg cukru i 30-40 dkg owoców. Jak widzicie, cukru jest niewiele, dlatego jeśli użyjemy kwaśnych owoców, posypujemy po upieczeniu – jeszcze gorące – cukrem pudrem.

Ucieramy jajka z cukrem na puszystą masę. Stopniowo dolewamy olej, cały czas miksując. Kiedy masa jest gładka, aksamitna, zaczynamy dodawać mąkę z proszkiem – po trochu, oczywiście. Przekładamy ciasto do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą (lub na przykład wiórkami kokosowymi) tortownicy, po czym wykładamy na nie przygotowane wcześniej owoce.

Pieczemy ok. 45 minut w temperaturze 180 stopni. Coś absolutnie przepysznego!

DSC_0531

DSC_0532

DSC_0533

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Coś pysznego

 

Co powiecie na babeczki?

04 lip

Początek lipca to między innymi czas rabarbaru. Kiedy byłam mała, grube, kwaśne łodygi jadło się na surowo, maczając końcówkę w cukrze. Dopiero jako nastolatka poznałam najlepszy smak rabarbaru – bo najwspanialej smakuje pieczony. Uwielbiam go na cieście kruchym z budyniem, ale tym razem postanowiłam upiec babeczki. Przepis dostałam od przyjaciółki i uznałam, że nadeszła pora, aby go wypróbować.

Przygotujcie: 1 szklankę cukru, 1/3 szklanki oleju słonecznikowego, 1 jajko, 1 łyżeczkę cukru waniliowego (jeśli ktoś nie ma, to sztucznego wanilinowego – ja mam zawsze własny; po prostu do słoika z cukrem wrzucam wydrążoną, posiekaną laseczkę wanilii i to sobie tak stoi), 1 szklankę maślanki lub kefiru, 1/2 szklanki płatków migdałów, 2 czubate (!) szklanki mąki tortowej, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 1 łyżeczkę sody oczyszczonej, 3 łyżki otrębów (mogą być pszenne, gryczane, mogą być też zamiast tego zarodki pszenne), rabarbar (ja daję na oko  – tyle ile akurat mam, ostatnio było jakieś 40 dkg). Po posypania użyłam brązowego cukru wymieszanego z łyżeczką cynamonu, ale można posypać także zwykłym białym cukrem.

W jednym naczyniu łączymy cukier z olejem, jajkiem, cukrem waniliowym i maślanką, miksujemy lekko. Dodajemy płatki migdałów.

W drugim naczyniu mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, sodę i otręby. Przesypujemy do pierwszej miski, mieszamy, ale już nie miksujemy – ja robię to łyżką drewnianą, bez specjalnego nabożeństwa – po prostu do połączenia się składników. Wykładamy foremki papilotkami. Następnie nakładamy łyżkę ciasta, na to warstwę rabarbaru (wcześniej go oczywiście myjemy, obieramy i kroimy ) i znów ciasto. Nie za dużo, bo urośnie. Przed włożeniem do nagrzanego piekarnika posypujemy cukrem trzcinowym wymieszanym z cynamonem. Pieczemy ok. 20 minut w 180 stopniach (jeśli z termoobiegiem – bo jeśli bez, to może być 190 stopni). Jeśli mamy wątpliwości, używamy patyczka do sprawdzenia – większe babeczki mogą wymagać dłuższego czasu pieczenia.

Ponieważ zostało mi ciasto, a zabrakło rabarbaru, wykorzystałam też mniejsze papilotki i w nich upiekłam babeczki z agrestem. Rewelacja! W obu wersjach zniknęły w paszczach moich chłopaków bły-ska-wicz-nie!

Tak wyglądały przed pieczeniem:

DSC_0516

A tak po upieczeniu:

DSC_0522

DSC_0527

Co do agrestu – robię właśnie eksperymentalną nalewkę z jego udziałem – wkrótce podzielę się przepisem. Nazwałam to cudo „Nalewka Wczesnego Lipca”. Tymczasem zaś wracam do pisania „Ławeczki pod bzem”, która coraz bardziej wymyka się mojej pisarskiej woli, a jej bohaterowie robią, co im się żywnie podoba. Przygotowuję się także do premiery „Nieobecnej”. Bądźcie czujni, bo zarówno tutaj, jak i na moim autorskim profilu na Facebooku pojawią się w związku z tą powieścią konkursy z nagrodami :)

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Coś pysznego, Literatura

 

Idealny deser na upały

26 cze

Podczas upałów ciężko się pisze książki, nawet wiatrak nie pomaga. W takie dni humor poprawia mi tylko coś pysznego, lekkiego i ZIMNEGO, czyli na przykład taki deser, jak ten dzisiejszy.

Przygotowujemy: galaretkę wiśniową (albo inną, według uznania), serek mascarpone, śmietanę 36%, dowolne owoce, cukier puder, kawałek czekolady, płatki migdałów.

Galaretkę rozpuszczamy w mniejszej ilości wody, niż podano na opakowaniu. Do szklanek wrzucamy owoce – u mnie były to wiśnie - po czym zalewamy ostudzoną galaretką i wstawiamy do lodówki w pozycji przechylonej. Ja ustawiam je w keksówce, z jednej strony podkładając drewnianą łyżkę.

Kiedy galaretka zastygnie, ubijam śmietanę z 2-3 łyżkami cukru pudru – nie daję za dużo cukru, bo przecież galaretka jest słodka. Następnie dodaję serek mascarpone i jeszcze chwilę ubijam, żeby się wszystko pięknie wymieszało. Na zastygniętą ukośnie galaretkę nakładam krem śmietankowy, na to sypię startą na tarce czekoladę, kładę dowolne owoce (u mnie były to czerwone porzeczki – ich kwaśny smak idealnie pasował do czekolady), potem jeszcze po łyżce kremu i uprażone lekko płatki migdałów.

Deser trzymamy w lodówce aż do momentu podania. Moim nieskromnym zdaniem – rewelacja.

DSC_0462

DSC_0465

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego

 

Cudowny deser z truskawkami

09 cze

Każdy ma swoje pięć minut, nawet truskawka. I teraz właśnie owo truskawkowe pięć minut trwa – tylko w czerwcu możemy cieszyć się smakiem świeżych, dojrzałych, czerwonych, słodkich, soczystych, aromatycznych… i tak dalej. Jestem wielką miłośniczką tych owoców. Lubię też maliny, kocham śliwki, jagody i borówki amerykańskie, ale truskawka ma w sobie coś z magii wczesnego dzieciństwa, coś babciowo-dziadkowego, wakacyjnego.

Truskawki najczęściej jem zwyczajnie, bez cukru, ale jeśli już mi się przejedzą, to przygotowuję koktajl z maślanką lub kefirem. Natomiast nie piekę na ogół ciast z tymi owocami, bo mi zwyczajnie żal – ich urody, soczystości, jędrności. W cieście, choć nadal pyszne, stają się mokrymi plamkami. Szkoda ich na to – jeśli już, to zużyjmy do tego truskawki mrożone, gdy sezon dawno minie, a my zatęsknimy za tym jedynym w świecie smakiem.

W wielu deserach można wykorzystać truskawki świeże, ze wszystkimi ich zaletami. Jednym z takich deserów jest Pavlova – pyszny, a jednocześnie bardzo łatwy torcik bezowy wypełniony puszystym kremem i udekorowany plasterkami truskawek oraz listkami mięty lub stewii. O ile wiem, powstał na cześć rosyjskiej primabaleriny, Anny Pawłowej, podczas jej wizyty w Australii lub Nowej Zelandii (oba kraje spierają się o to, gdzie po raz pierwszy przyrządzono ten rarytas).

Istnieją oczywiście wariacje na temat Pavlovej: można ją podawać z różnymi owocami (słyszałam, że w pierwotnej wersji była z kiwi), można też zamiast kremu dać samą bitą śmietanę. Jak kto lubi.

Podaję składniki:

Beza: 6 białek (jajka średniej wielkości) + 300 g cukru pudru

Krem: serek mascarpone (250 g) + śmietana 36% (200 g) + 50 g cukru pudru (przesiany – żadnych grudek!)

owoce na wierzch – ile kto lubi i jakie kto lubi

Tajemnica przygotowania bezy tkwi podobno w idealnie czystym naczyniu. Nawet odrobina tłuszczu na ściankach może sprawić, że piana spłynie. Druga ważna sprawa to tempo: nie wolno się spieszyć - białka ubijamy długo, a cukier dodajemy bardzo powoli. Ja zaczynam dodawać cukier, gdy piana jest już prawie sztywna, niektórzy sugerują, żeby zrobić to dopiero kiedy już trzyma się ścianek i dna naczynia. Moje doświadczenia z bezą są jednak takie, że lepiej zacząć za wcześnie niż za późno. Tak czy owak, najpierw ubijamy same białka, a gdy staną się one pianą, powiedzmy: prawie sztywną, powoli zaczynamy dodawanie cukru. Po łyżeczce, cierpliwie. U mnie trwa to ok. 30 minut.

Na papierze do pieczenia rysujemy okrąg (na przykład przykładając talerz lub pokrywkę od garnka) i nakładamy sztywną, lśniącą pianę, rozprowadzając ją łyżką tak, aby uformować „miseczkę” – od środka na boki, żeby powstały ścianki. Następnie wkładamy blaszkę do piekarnika rozgrzanego do 120 stopni z termoobiegiem, ale natychmiast zmniejszamy temperaturę do 100 stopni i suszymy bezę przez półtorej do dwóch godzin. Powinna pozostać biała, ewentualnie stać się kremowa. Po upieczeniu pozwalamy jej wystygnąć w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Do zimnej „miseczki” z bezy nakładamy krem. Przygotowuje się go bardzo prosto: ubijamy mocno schłodzoną kremówkę, dosypujemy cukru pudru, a gdy śmietana jest sztywna, delikatnie dodajemy równie schłodzony serek mascarpone i jeszcze trochę miksujemy, ale delikatnie. W moim przepisie jest cukru pudru niewiele, tak więc krem wyjdzie raczej mdły, ale do baaaardzo słodkiej bezy naprawdę nie potrzebujemy słodkiego kremu. Jeśli ktoś lubi słodycz w każdej ilości, można dodać więcej cukru do śmietany, np. 70 g.

Na koniec dekorujemy deser owocami, na przykład pokrojonymi truskawkami. Radzę je nieco odsączyć, bo nadmiar soku będzie się zbierał pod bezą. Wyobrażam sobie, że Pavlova musi być pyszna także z agrestem oraz z porzeczkami, bo jest bardzo słodka, więc coś kwaśnego na wierzchu pięknie by tę słodycz przełamało.

DSC_0055

DSC_0056

DSC_0065

Mogę Wam także zdradzić, że Pavlova pojawi się w jednej z moich książek – w III tomie cyklu „Wszystkie smaki życia”, zatytułowanym „Pełnymi garściami”. Nie zdradzę na razie kto, ale KTOŚ założy tam sympatyczną knajpkę,w której ten deser będzie się serwować o każdej porze roku. Przypominam, że I tom tego cyklu – „Szczęście na wagę” – jest już w księgarniach; znajdziecie go w Empikach, Matrasach, można też zamawiać przez internet.

thumb

Tymczasem jednak trwają przygotowania do sierpniowej premiery „Nieobecnej”. Już wkrótce – kolejny fragment! :)

 

 

 

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Ciasto i konkurs na Wielkanoc!

26 mar

Przygotowania do Wielkanocy trwają? Mam nadzieję, że bez przesady – w końcu musimy mieć też czas na to, żeby wyjrzeć przez okno i zachwycić się wiosną :)

Ja oczywiście też krzątam się po kuchni, tu coś wymieszam, tu coś posiekam… Uwielbiam ten czas, kiedy moje chłopaczyska zaglądają mi przez ramię i podskubują co smaczniejsze kąski, a ja udaję, że mnie to złości.

Upiekłam dziś ciasto nietypowe, jak na te święta – a to dlatego, że potrzebowałam przepisu bez pszenicy. Jedna z bohaterek „Miłości z nutą imbiru”, nad którą właśnie pracuję, ma nietolerancję pszenicy i próbuje ułożyć sobie dietę bez tego zboża. A że ja zawsze testuję wszystko wraz z moimi bohaterkami, postanowiłam sprawdzić, jak wyglądałyby święta bez pszenicy. No i wymyśliłam, że upiekę pyszne ciasto makowo-kokosowe z lekką, białą masą i wiśniami. Ciasto jest szybkie i bardzo łatwe.

Bierzemy szklankę maku, zalewamy wrzątkiem i stawiamy na maleńkim ogniu – niech mruga, ale nie bulgocze – przez 25 minut. Potem mak na sitko i niech odcieknie. Nie trzeba go mielić, co jest niewątpliwą zaletą tego przepisu.

Ponadto potrzebujemy: szklankę wiórków kokosowych, 6 łyżek cukru, 6 białek (żółtka można wykorzystać do jajecznicy na kolację) i łyżeczkę proszku do pieczenia. Ubijamy białka na sztywną pianę, pod koniec stopniowo dodajemy cukier. Potem delikatnie – łyżką, nie mikserem – mieszamy pianę z wiórkami, makiem (oczywiście już odsączonym i wystudzonym) oraz proszkiem. Całość przekładamy do tortownicy porządnie wysmarowanej masłem i wstawiamy do gorącego piekarnika (180 stopni) na 20 minut. I to by było na tyle, jeśli chodzi o ciasto. Kiedy się upiecze, delikatnie wystawiamy i niech sobie stygnie.

Tymczasem przygotowujemy wiśnie (o tej porze oczywiście mrożone) – umieszczamy je w garnuszku i podgrzewamy z niewielkim dodatkiem cukru, aż puszczą sok. Następnie zagotowujemy i wlewamy rozrobione w ćwierci szklanki wody 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej – powstanie gęsty, słodko-kwaśny kisiel pełen wiśni. Studzimy.

Na zimne ciasto wykładamy masę przygotowaną z serka mascarpone wymieszanego z bitą śmietaną. Tutaj już wszystko można robić na oko – ja wzięłam jeden serek, pół małego kubeczka śmietany i jakieś 3 łyżeczki cukru pudru, po prostu do smaku. Śmietanę ubijamy osobno, pod koniec dodając cukier, dopiero potem delikatnie mieszamy z serkiem.

Masa na ciasto, na to zimne wiśnie – i do lodówki. Naprawdę pyszne!

DSC_1864

A poza przepisem na ciasto mam dla Was jeszcze jeden – literacki, połączony z konkursem. W jednej z moich książek bohaterka przygotowała na Wielkanoc świetną sałatkę. Waszym zadaniem jest odgadnąć, z której książki pochodzi ten fragment (oczywiście imię bohatera musiałam usunąć, oznaczyłam go literą X). Odpowiedzi proszę przysyłać na maila albo jako wiadomość prywatną na Facebooku – absolutnie NIE w komentarzach! Spośród tych, którzy zgadną, wylosuję osobę, która otrzyma w prezencie wybraną książkę mojego autorstwa :)

A oto ten fragment:

W niedzielę wielkanocną objadamy się pysznościami. Śmieję się z X, bo zabawnie je sałatkę z roszpunki. To taki mój wynalazek — oprócz małych listków sałaty wrzucam do miski zielonego ogórka, paprykę, kabanosa i ser blue, oczywiście wszystko drobniutko pokrojone. Do tego oliwa z oliwek, szczypta soli i pieprzu — ot, i cała sałatka. X mruczy, że w życiu nie jadł czegoś tak wspaniałego, po czym pałaszuje jedną porcję przez godzinę, bo każdy składnik przeżuwa osobno.

— Na drugi raz nie będę mieszać, tylko ułożę obok siebie na półmisku — mówię.

— Nie, dobrze, że wymieszałaś, bo powstał taki pyszny sosik — odpowiada zupełnie serio. — A zjadam osobno, żeby nie pogubić smaków. Wszystko jest doskonałe.

Po śniadaniu on sprząta ze stołu, a ja siadam do pisania.

Wiosennej Wielkanocy!

 

Smakowicie i naturalnie na Wielkanoc!

22 mar

Zbliża się Wielkanoc – czas smakowitych, tradycyjnych potraw, wśród których poczesne miejsce zajmują rozmaite dania z mięsa. Tylko jak tu się cieszyć ich smakiem, skoro ostatnio Międzynarodowa Agencja Badania Raka (IARC) ogłosiła, że nie ma już żadnych wątpliwości – wędliny są rakotwórcze; należą do grupy najwyższego ryzyka. Powinniśmy więc jeść ich jak najmniej – najlepiej wcale.

Niewiele lepiej ma się rzecz z mięsem w ogóle, ale nie da się ukryć, że mimo wszystko jeśli już mamy na nie ochotę, to znacznie lepiej przygotować je sobie domowym sposobem, aniżeli kupić gotowy wyrób, w którym tyle samo, co mięsa, będzie też konserwantów i „poprawiaczy” smaku.

Kiedyś pisałam o schabie parzonym, którego przygotowanie nie wymaga żadnych umiejętności – tym, którzy przeoczyli ten przepis, polecam zakładkę „Coś pysznego”, poszperajcie w starszych postach. A dziś pokażę Wam mój sposób na mięsa pieczone, które doskonale zastępują gotowe wędliny. Przygotowuję w ten sposób domową szynkę, karkówkę, boczek, schab, gęś, kaczkę, udka z kurczaka lub indyka - na co mamy tylko ochotę.

Mięso najpierw moczę długo w wodzie – nawet 12 godzin, żeby do roztworu przeszły rozmaite świństwa, którymi mogło być nastrzykiwane przed sprzedażą. Następnie porządnie je osuszam i oczywiście nacieram przyprawami: solą, czubrycą, majerankiem, rozgniecionym czosnkiem, rozmarynem i tak dalej. I tu następuje najważniejszy moment, bowiem na scenie pojawia się cud wynalazek – garnek rzymski. Jest to naczynie gliniane (mój akurat wykonano z transylwańskiej gliny, a ponieważ bardzo ciepło wspominam moją podróż po Rumunii, lubię go już za sam rodowód ;-) ) – ważne, aby nie było szkliwione od wewnątrz. Taki garnek namacza się na pół godziny przed pieczeniem, (pokrywkę także), następnie wodę się wylewa, do naczynia wkłada się mięso, przykrywa się i całość wstawia do zimnego piekarnika. Najpierw ustawiam temperaturę na 100 stopni, a kiedy się nagrzeje, zwiększam do 200 i dopiero od momentu, gdy piekarnik taką temperaturę osiągnie, mierzę czas. Większe porcje mięsa piekę 1,5 godziny, zaś mniejsze (na przykład zwinięty w roladę boczek) – godzinę.

Efekt – mięso soczyste, wilgotne (bo pieczone w parze wodnej), aromatyczne, delikatne. Jeśli chcemy, żeby się mocniej zrumieniło, można zdjąć pokrywę na jakieś piętnaście minut przed końcem pieczenia.

DSC_1857

Garnek rzymski ma – jak dla mnie – tylko jedną wadę: nie wolno go myć detergentami, jedynie gorącą wodą. Dlatego dość szybko robi się brzydki, tworzą się na nim zacieki i nieco ciemnieje. Z tego powodu nie sfotografuję mojego, tylko pokażę go Wam w pełnej krasie – tak wyglądał, zanim został użyty po raz pierwszy :-) Kliknijcie w link, w tym właśnie sklepie go kupiłam. Wybrałam ten model, bo jest wielki, a ja mam trzech synów :) – ale można też znaleźć znacznie mniejsze i w innym kształcie.


http://www.garneczki.pl/produkt/garnek-rzymski-do-pieczenia-i-kiszenia-vitos-keramia-gajusz-6-l,7873

Przed ewentualnym zakupem sprawdźcie wymiary i zmierzcie swój piekarnik!

Jeszcze jedna uwaga – po zakończeniu pieczenia garnek ten stawiamy na czymś ciepłym. Nie ciepłym w tym sensie, że podgrzanym, tylko w sensie: drewniana deska lub podstawka, kilkakrotnie złożona ścierka itd. Nie kamienny blat lub szklana płyta, nie metalowa obudowa zlewu itd. Glina nie lubi nagłych różnic temperatur, może popękać.

Polecam serdecznie i życzę smacznych, zdrowych potraw na Waszych stołach.

 

 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia