RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Coś ładnego’

Delikatność i babie lato

12 paź

W komentarzu do jednego z wcześniejszych wpisów padło pytanie, kiedy pojawi się następna książka. Cóż, wiem jedynie, że zimą. Zapewne bardziej w lutym niż w grudniu, bo na grudzień mam przewidzianą ostatnią korektę autorską. Ale konkretnej daty premiery jeszcze nie znam. Z kolei na pytanie o spotkanie autorskie w ogóle nie potrafię odpowiedzieć. Mogę natomiast uchylić rąbka tajemnicy – jeśli mówimy o mieście nad Brdą – że właśnie w Bydgoszczy rozgrywa się akcja książki, którą piszę w tej chwili – kryminału pt. „Nieobecna”. Jak dotąd mam dwa trupy, każdy w innym miejscu; nie jestem jeszcze pewna, czy jest między tymi zbrodniami jakikolwiek związek.

Ale zostawmy trupy i kryminały, wróćmy do spraw ładnych i delikatnych. Kiedy jesień wkracza w fazę pełnej dojrzałości, ale jeszcze nie czuje się wszędzie wokół tego smutnego zamierania – ja wkraczam w fazę zachwytu nad każdym napotkanym grzybkiem, który w jakiś cudowny sposób ukrył się przed ludźmi, nad ostatnimi kwiatami, nad kolorami liści. Pod tym względem kocham liście klonu i jednym z moich marzeń ogrodniczych jest taki właśnie klon, który przebarwiałby się na wszystkie kolory jesieni. Tylko jeszcze nie wiem, które odmiany to czynią (wiem natomiast, że nie wszystkie). Pamiętam takie klony z Goleniowa, gdzie spędziłam wczesny, piękny kawałek dzieciństwa. Jesienią zbierałam wielobarwne listki i przyznawałam im lokaty w konkursie piękności, rozkładając je na trawie.

Ostatnie dni były tak ciepłe, że trudno było uwierzyć w październik. Piątkowe popołudnie spędziłam w ogrodzie, na zmianę chwytając aparat i szpadel. Dopiero dzisiaj znalazłam czas, żeby przejrzeć zdjęcia – i zachwycił mnie groszek pachnący. To już jego ostatnie chwile. Jest taki subtelny, delikatny i kruchy, ubrany w nitki babiego lata.

100_8967

 

 

 

Nowa recenzja, jesienne róże i plany wydawnicze

03 paź

Plączę się z aparatem po ogrodzie i usiłuję uchwycić w obiektyw jesienne zmiany. Pięknie jest zwłaszcza pod wieczór, gdy słońce – przesiane przez gałęzie moich dębów – nadaje roślinom miękkie, subtelne kolory. W takich chwilach zwyczajnie nie mogę się powstrzymać, cykam zdjęcie za zdjęciem. Lubię przy tym eksperymentować. Tu na przykład te same róże, zrobione teoretycznie z tego samego miejsca – ale przy pierwszym zdjęciu stałam, a przy drugim – przykucnęłam.

100_8942

100_8944

Gdyby to przełożyć na nasze życie, można by wysnuć wniosek, że czasem niezwykłe piękno umyka nam tylko dlatego, iż patrzymy pod niewłaściwym kątem…

Ale miało być jeszcze o recenzji. Bardzo ciepłe słowa o „Zabłądziłam” napisała autorka bloga Mirabelkowa Biblioteczka – do poczytania tutaj:
http://mirabelkowabiblioteczka.blogspot.com/2014/09/zabadziam-agnieszka-olejnik-dobra.html

Ja tymczasem podpisałam umowę na „Dantego na tropie”, jednak nie wiem jeszcze, kiedy dokładnie się ukaże. Otrzymałam niedawno bardzo sympatycznego maila, w  którym czytelniczka „Zabłądziłam” żaliła się, że nigdzie nie można dostać moich książek. Uspokajam – wprawdzie na stronie WL rzeczywiście widnieje informacja, że nakład jest wyczerpany, ale książka wciąż jest dostępna online, np. w Empiku. A „Dante na tropie” dopiero wkracza w fazę nabierania książkowych kształtów. Czy będzie to opowieść podobna do historii Majki i Alka? Nie, ani trochę. „Dante…” to najbardziej kobiecy kryminał albo może raczej najbardziej kryminalna powieść kobieca wszech czasów… Sama nie wiem. Tak czy owak, za jakiś czas pojawi się w księgarniach, a wtedy każdy będzie mógł przekonać się osobiście.

 

„Zabłądziłam” znów się podobało

16 wrz

Jestem dziś w kiepskim nastroju, co niewątpliwie spowodowane jest tym, że byłam na radzie pedagogicznej. Każdy belfer wie, że na wrześniowych radach pedagogicznych mają miejsce sytuacje bardzo smutne – człowiek dowiaduje się, ile bezsensownych rzeczy będzie musiał zrobić. I wcale nie po to, żeby lepiej uczyć czy żeby dzieci były szczęśliwsze – nie. Wyłącznie po to, żeby wyprodukować odpowiednią ilość papieru zapisanego drobnym druczkiem, którego nikt nie przeczyta. Frustracja spowodowana bezsilnym buntem jest jednym z najgorszych uczuć, jakie mi się przytrafiają.

Ale ponieważ generalnie nie jestem malkontentem i (słusznie) uważam, że przecież nikt mnie do pracy w szkole nie zmuszał – dość marudzenia. Coś pozytywnego… hmm… Może nowa recenzja „Zabłądziłam”. Znajdziecie ją pod adresem
http://naszksiazkowir.blogspot.com/2014/09/agnieszka-olejnik-zabadziam.html

A żeby zrobiło się jeszcze przyjemniej, bo to przecież nadeszła piękna złocista jesień, jedna z moich ulubionych roślin. Nazywa się barbula i trzeba na nią czekać aż do września, ale za to kiedy już zakwitnie, człowiekowi robi się pod powiekami tak, jakby to był środek lata i jakby miał nad sobą czyste błękitne niebo.

100_8769

 
 

Nie ma na to rady…

01 wrz

…czyli dziś będzie o tym, że idzie jesień.

I to jest z jednej strony bardzo źle, a z drugiej całkiem dobrze. Źle, bo wakacje się skończyły, a nie znam takiego belfra, którego ten fakt nie wpędzałby w depresję. I jeszcze źle, bo dni stają się coraz krótsze. Ze wszystkim innym jakoś sobie radzę – z deszczem, wiatrem i zimnem; co więcej, czasem nawet lubię pochmurne, chłodne dni (a wiatr wręcz kocham). Ale poranne wstawanie w kompletnej ciemności i to okropne uczucie, gdy już o czwartej po południu robi się ciemno… Tego nie znoszę.

A te dobre strony? Po pierwsze – grzyby, do których miłość mam w genach. Po drugie – barwy, w jakie przyobleka się świat. Jesienią najczęściej chwytam za aparat. Cały problem w tym, że piękno września i października jest tak nieuchwytne – dlatego na sto zdjęć zdarza się jedno udane. Nie poddaję się jednak, próbuję dalej :)

Dziś porcja zdjęć z mojego ogródka – tu najwcześniej mogę zaobserwować nieśmiałe rumieńce jesieni.

100_8502 100_8504 100_8510

A skoro o kolorach jesieni mowa, to nie mogę nie wspomnieć o wrzosach. Lubię je tak bardzo, że założyłam sobie w ogrodzie coś na kształt wrzosowiska (choć oczywiście nie dorównuje urodą leśnym kobiercom).

100_8519

 
 

Emocjonalnie o „Zabłądziłam”

14 sie

Wczoraj koleżanka podesłała mi link do wspaniałej recenzji „Zabłądziłam”, zamieszczonej na blogu „Zaczytana w swoim świecie”. Dziękuję – i koleżance za sympatię, i blogerce za takie cudowne słowa.

Tekst można przeczytać tu:
http://szeptksiazek.blogspot.com/

Oczywiście po lekturze tak pochlebnej opinii byłam bardzo pozytywnie naładowana i żeby trochę się „ostudzić”, wyszłam do ogrodu, na chłodny wiatr. Słońce akurat zachodziło i świat zatonął dosłownie w miękkim, ciepłym świetle. Oto, co udało mi się złapać w obiektyw:

100_8296

100_8286

 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Coś ładnego, Literatura

 

Sposoby na chandrę

22 lip

Skończyłam dziś pracę nad kolejną książką. No, może niezupełnie skończyłam: teraz tekst trzeba odłożyć na jakiś czas i pozwolić mu dojrzeć. Gdy się potem do niego wraca, dostrzega się masę usterek i zaczyna się zabawa w poprawianie. Ale skończyłam w tym sensie, że losy bohaterów się dopełniły; od momentu gdy napiszę zakończenie, nic już nie mogę w ich życiu zmienić, kończy się moja przygoda z tworzeniem. I to jest zawsze smutny moment. Dlatego też dziś mam chandrę.

Znam wiele sposobów na taki stan umysłu. Jedna z moich przyjaciółek kupowała sobie zawsze na chandrę nowe skarpetki (rzeczywiście działa – może niekoniecznie skarpetki, ale jakieś fajny zakup). Dobrze jest też iść na długi spacer z psem, napić się nalewki (a propos, o nalewkach będzie już niedługo, bo dojrzewają maliny) albo poczytać dobrą, lekką książkę. Ja jednak dziś sięgnęłam po sposób zupełnie inny, który pojawia się również w tej najnowszej książce – decoupage.

Przytargałam kiedyś z jakichś zakupów ocynkowane osłonki na doniczki. Okazało się toto niepiękne, więc znalazło przeróżne zastosowania, ale żadne z nich nie było dekoracyjne: a to nabieraliśmy tym psią karmę, a to dziecko trzymało w tym farbki, takie tam bzdury. Wyglądało tak:

100_7862

Pomalowałam więc osłonki primerem (to taka gęsta papka podobna do gipsu), pozwoliłam wyschnąć, a następnie nałożyłam trzy warstwy farby akrylowej (zmieszałam białą z odrobiną żółtej i zielonej). Farba schła, a ja tymczasem wycięłam z serwetki odpowiednie motywy i rozdzieliłam warstwy – potrzebowałam tylko tej z nadrukiem.

100_7865

Następnie specjalnym klejem starannie nakleiłam motywy przy użyciu płaskiego pędzla. To najtrudniejszy etap, ale przy małych wzorach nie ma problemu.

100_7920

Na koniec całe osłonki jeszcze posmarowałam klejem, żeby serwetka lepiej się „wtopiła” w tło. Ostatnim etapem było lakierowanie – można tradycyjnym, śmierdzącym lakierem, można akrylowym (nie śmierdzi, ale nie jest wodoodporny), można też popsikać tzw. fiksatywą.

A oto efekty:

100_7921

No i ja właśnie dziś, na moją chandrę, robię trzecią taką osłonkę, największą – do kompletu. Polecam!

P.S. A moja Mama ma jeszcze jeden sposób na chandrę. Jest to sposób wyłącznie dla zdeterminowanych, ale naprawdę działa – sprawdzone. Należy mianowicie udać się na długie, nużące zakupy w niewygodnych, najlepiej za małych butach. Kiedy wrócicie do domu, nie tylko chandra zniknie bez śladu – zdejmując buty poczujecie się najszczęśliwszymi ludźmi na świecie!!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Coś ładnego, Styl życia

 

Nietrwałe piękno, czyli o motylach

16 lip

Wczoraj polowałam z aparatem na motyle. Darzę je wielką sympatią. Są dla mnie dowodem, że najpierw musi trochę pobyć brzydko, żeby potem mogło być cudnie. I jeszcze przypominają mi, że na świecie jest mnóstwo piękna, którego na co dzień nie zauważamy. A przecież właśnie ładne drobiazgi decydują o urodzie życia.

Motyle kojarzą mi się też przemijaniem. Ich piękno jest nietrwałe, kruche; tym bardziej cenne. Jeśli się nad tym zastanowić – to dobrze, że wszystko przemija. Dzięki temu wciąż coś się dzieje, na coś czekamy. Kończy się jeden dzień, zaczyna drugi; kończy się smutek, pojawia się szansa na radość. A gdy kończy się jedna radość, pora powalczyć o kolejną.

Zaproście do swojego otoczenia motyle. Do ogrodu, a jeśli go nie macie, to przed blok albo na balkon. Wystarczy kilka roślin, które je przyciągną – liatra kłosowa, jeżówki, budleja albo tawlina jarzębolistna. A potem aparat w dłoń, duuużo cierpliwości – i do dzieła! A jeśli ktoś nie lubi fotografować, niech tylko patrzy na te maleńkie cuda.

Moje zdjęcia z wczorajszego polowania – jak zwykle należy oglądać w powiększeniu:

100_7820    100_7831