RSS
 

Dziś w roli przynęty – fragment „Ławeczki pod bzem”

10 lis

U mnie pada śnieg – a u Was? Paskudnie się zrobiło, bo śnieg to ja owszem, lubię, ale tylko kiedy jest leciutki mróz, żeby się toto nie zamieniało w brudną breję, i kiedy słoneczko skrzy się w ośnieżonych gałązkach i czapach białego puchu… Niestety, dziś zrobiło się na świecie ponuro, mokro, zimno i w ogóle, tylko zapaść się w miękki fotel, opatulić wełnianym kocem i poczytać.

A skoro o czytaniu mowa – obiecałam fragment książki, która „właśnie mi się pisze”. Jak już wiecie, będzie to powieść inna niż wszystkie, bo z humorem i przymrużeniem oka. Żadnych (no dooobra, prawie żadnych) poważnych tematów, po prostu relaks i uśmiech.

O poranku wstąpiły we mnie nowe siły. Sprawdziłam ustawienie elementów „wystroju” tarasu – skrzynka po mandarynkach i krzesło stały na swoich miejscach. Zaparzyłam sobie kawę i zasiadłam do jej picia z absolutnym przekonaniem, że sobie poradzę. Jeśli będzie trzeba, zatrudnię kilku ochroniarzy, najprzystojniejszych, jakich tylko znajdę. Kupię sobie broń gazową, paralizator, gaz pieprzowy, łzawiący i rozśmieszający na dodatek. Jednym słowem – stawię czoła własnym lękom. A na początek, postanowiłam, zaczaję się i sprawdzę, czy złoczyńca w ogóle istnieje, czy nie jest to po prostu wytwór mojej znękanej zadawnionymi lękami wyobraźni.

W celu zaczajenia się przeprowadziłam niesłychanie sprytną operację taktyczną: przez cały dzień nie wychodziłam z domu ani nie zapalałam światła. Udawałam, że mnie nie ma. Ukradkiem obserwowałam ulicę. Po południu ostrożnie wychynęłam na taras i wystawiłam tam pudło, w którym kilka tygodni temu przywieziono mi nowy komputer z wielkim monitorem. Uznałam, że to będzie doskonały wabik na złodzieja. Jeśli ten facet rzeczywiście zamierza mnie okraść i krąży wokół domu, to zechce sprawdzić, czy karton jest pusty. Poświęciłam jedną z konturówek do ust i zaznaczyłam krzyżykami na posadzce, gdzie dokładnie znajdują się rogi pudła. Jeśli złodziej przesunie je lub choćby podniesie, na pewno nie odstawi precyzyjnie w to samo miejsce.

Po południu wykąpałam się, przebrałam w wygodną piżamę i mięciutki szlafrok, a następnie – dla kurażu, żeby nie umrzeć ze strachu – napiłam się trochę likieru o smaku cappuccino, który kupiłam w Lidlu, bo miał piękną, smukłą butelkę. Okazał się przepyszny, więc nalałam sobie od razu pół szklanki i zaczęłam wyjadać go łyżeczką. Świat poweselał, strach minął. W tym momencie miałam absolutną pewność, że nawet jeśli złodziej krąży wokół mego domu, to ja sobie z nim bez trudu poradzę. To znaczy nie ja osobiście, tylko moja armia ochroniarzy. Jutro, zatrudnię ich już jutro.

Tymczasem zgłodniałam jak wilk, toteż czym prędzej, korzystając z resztek światła dziennego, usmażyłam sobie naleśniki i zjadłam je z nutellą i bitą śmietaną, wykorzystując likier kawowy jako sosik do polewania. Czegoś tak pysznego w życiu nie jadłam. Zwłaszcza likier pasował idealnie. Zanim się spostrzegłam, smukła butelka była już pusta, a ja pomyślałam, że naukowcy powinni się skupić na wynalezieniu takich naczyń na likiery i inne gęste napoje, żeby dało się to wyżymać albo chociaż przekręcać na drugą stronę w celu wylizania denka.

   Nagle usłyszałam jakiś dźwięk na tarasie. Zapadał już wczesny grudniowy zmrok. Uświadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu nie wyglądałam przez okno, zajęta naleśnikami: najpierw smażeniem, a potem konsumpcją. Wstałam od stołu, przez chwilę łapałam równowagę, po czym – chwyciwszy patelnię, jako że nic innego nie przyszło mi do głowy – ruszyłam ostrożnie w stronę drzwi tarasowych.

Ktoś tam był. Wysoka, szczupła sylwetka. O ile mogłam się zorientować, ten ktoś stał odwrócony tyłem. Gapił się na mój ogród. Jakim prawem przybywał na moim tarasie? Po co tu wlazł? Niewiele myśląc (no dobrze, spójrzmy prawdzie w oczy: nie myśląc w ogóle), otworzyłam drzwi i wypadłam na taras.

Nie mam dla siebie żadnego usprawiedliwienia, poza tym jednym – że wychłeptałam całą butelkę likieru. Wiem, to było głupie. Bezdennie. Normalnie nigdy bym tak nie postąpiła, a jednak… właśnie to zrobiłam. Wyskoczyłam na taras, wrzasnęłam: „Czego tu?!”, a gdy mężczyzna odwrócił się ku mnie i stwierdziłam, że nie jest to żaden z moich znajomych, z całej siły walnęłam go patelnią w głowę. Potem upadliśmy oboje. On – bo go zabiłam, a ja, bo widząc to, zemdlałam.

Dajcie znać, czy Wam się podoba, czy raczej wolicie, żeby było serio, poważnie, nawet traumatycznie i depresyjnie; jednym słowem – listopadowo…

100_3379

 
Komentarze (8)

Napisane przez w kategorii Literatura

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Agata

    10 listopada 2016 o 18:14

    Podoba się! Bardzo! W ten likier z Lidla jest rzeczywiście przepyszny :) Bananowy tak samo! Już nie mogę się doczekać powieści!

     
    • Agnieszka

      10 listopada 2016 o 18:20

      Oooo, bananowego nie znam ;)

       
  2. ~Helena

    10 listopada 2016 o 21:54

    Nieeee … Kobieto! Tak się nie robi! :D Połechtasz … połechtasz i … zostawiasz nas – czytelników, w oczekiwaniu na ciąg dalszy, aż do wiosny? :D A tak na poważnie to, nic nie zmieniaj. Będzie super. Czuję … w kościach ;-)

     
    • Agnieszka

      11 listopada 2016 o 07:24

      Nawet do lata, bo „Ławeczka…” ukaże się chyba w lipcu.
      Skoro mówicie, że nie jest źle, to kamyczek spadł mi z serca (nie był to kamień, ale jednak coś mi zalegało), bo miałam mnóstwo wątpliwości, czy to, co piszę, jest w ogóle zjadliwe :)

       
  3. ~Aleksandra

    11 listopada 2016 o 20:09

    Nie, nie proszę nie zmieniać. Ja już miałam uśmiech na twarzy, a tego mi w tych ciemnych dnia potrzeba. Dziękuje i pozdrawiam

     
    • Agnieszka

      11 listopada 2016 o 20:57

      Czyli jednak dobrze jest czasem pobajdurzyć na niepoważne tematy :) To dobrze :)

       
  4. ~Elżbieta

    18 listopada 2016 o 22:27

    Witam Pani Agnieszko. Bardzo się cieszę, że Panią poznałam – chociaż dopiero dzisiaj- przeczytałam właśnie „Nieobecną” i jestem zachwycona. Dziękuję. Już przymierzam się do kolejnych Pani powieści. Fragment nowej przedstawiony powyżej ciekawie się zapowiada. Pozdrawiam.

     
    • Agnieszka

      19 listopada 2016 o 00:09

      Teraz będę się stresować, czy pozostałe książki się Pani spodobają. Ta obawa, że następnym razem zawiodę, jest chyba wpisana w zawód pisarza. ;)