RSS
 

Dziś premiera „Miłości z nutą imbiru”!

12 paź

Premiera dobra rzecz. Zawsze można uznać, że to coś w  rodzaju urodzin – i wykorzystać tę okazję jako pretekst do zjedzenia czegoś pysznego.

A ponieważ na październikowe ciemne poranki  i popołudnia, nie mówiąc już o długich wieczorach – najlepsza jest kawa, przeto dziś będzie deser kokosowo-kawowy. Łatwy, bez pieczenia.

Pomysł zaczerpnęłam ze strony „Moje ciasto.pl”, ale zmieniłam co nieco.

Zaczynamy: najpierw szykujemy żelatynę, żeby zdążyła przestygnąć. 20 gramów żelatyny mieszamy w garnuszku z 10 łyżkami zimnej wody, żeby napęczniała. Potem podgrzewamy, ale tylko do rozpuszczenia, nie gotujemy. Mieszamy podczas stygnięcia – ona nie ma stężeć, tylko być chłodna.

Tymczasem bierzemy opakowanie ciastek Oreo (zdaje się, że tam jest 175 g) i rozgniatamy je wałkiem lub ciachamy w malakserze na „kaszkę”. Następnie mieszamy z roztopioną margaryną Kasią (ok. 50 g) i odrobiną przestudzonego mocnego wywaru z kawy – ja rozpuściłam łyżeczkę kawy rozpuszczalnej w 1/8 szklanki wody. Niestety, choć nie lubię margaryn, nie można tu użyć masła, bo potem w lodówce spód zrobiłby się zbyt twardy. Wykładamy tą masą wyłożony pergaminem spód małej tortownicy (u mnie miała 22 cm i okazała się za duża, lepsza byłaby 18 cm, wówczas deserek byłby wyższy i lepiej by wyglądał). Wkładamy do lodówki i bierzemy się za warstwę kokosową.

Wracamy do przestudzonej żelatyny: dodajemy do niej 300 ml mleka kokosowego oraz 500 ml śmietany kremówki ubitej na sztywno z cukrem pudrem. Cukru wzięłam 100 gramów, ale moi chłopcy twierdzili, że jak dla nich, deserek jest odrobinę zbyt wytrawny, można więc dać więcej, np. 110-120 gramów.

Po wymieszaniu rozdzielamy masę śmietankową na dwie części. Do jednej wsypujemy małe opakowanie wiórków kokosowych (70 g), delikatnie mieszamy,wykładamy to na ciemny spód i jazda do lodówki, aż trochę stężeje. Tymczasem parzymy kawę – ok. dwóch czubatych łyżeczek – w niewielkiej ilości wody, studzimy i ostrożnie dodajemy do drugiej części masy (trzeba dość energicznie mieszać, żeby nam się nie rozwarstwiło). Powstanie beżowa kołderka o smaku kawowym – cudo! Wykładamy to na białą masę i wszystko razem ponownie ląduje w lodówce na kilka godzin.

Zdjęcie niestety byle jakie, robione w pośpiechu, bo ręce mi się trzęsły, żeby już zjeść… ;)

DSC_0220

Najsmaczniejsze jest, a jakże, do kawy i do dobrej książki ;). Polecam – pytajcie o „Miłość z nutą imbiru” w księgarniach! Obiecuję Wam emocje i wzruszenia przy lekturze, trochę słodyczy, trochę goryczy – jak to w życiu.

miłość

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Coś pysznego

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Helena

    12 października 2016 o 08:40

    Ha! Jeśli urodziny, to koniecznie muszą być życzenia :-) Powiem krótko: płodności … płodności … płodności Agnieszko :-) Rzecz jasna tej pisarskiej ;-) Chcemy „Cię czytać” jak najczęściej, bo każda z Twoich książek przynosi nam – czytelnikom niepowtarzalne doznania. Wszystkiego dobrego! :-) :-) :-)

     
    • Agnieszka

      12 października 2016 o 16:15

      Dziękuję, Helenko! Z płodnością nie jest źle, tylko skąd brać ten czas? ;)

       
  2. ~Iwona

    13 października 2016 o 15:49

    Właśnie skończyłam czytać twoja książkę „Zabłądziłam” Agnieszko i jestem pod wielkim wrażeniem. Nigdy nie przeczytałam tak prawdziwej, szczerej i niezwykłej książki. Będzie kolejna część tej książki? Bo skończyła się tak bez zakończenia jeśli można tak to ująć:)

     
    • Agnieszka

      13 października 2016 o 18:46

      Ona ma celowo takie zakończenie – choć sama nie lubię zakończeń otwartych, wolę pospolite happy endy – ale tu uznałam, że happy end byłby absolutnie nie na miejscu. Majka i Alek muszą teraz walczyć o siebie, my możemy im jedynie kibicować.
      Czasem chodzi mi po głowie, żeby o nich jeszcze napisać, ale musi minąć kilka lat, muszą stać się dorośli.