RSS
 

Fragment „Nieobecnej”

03 cze

Zastrzeliła mnie jedna z czytelniczek, pisząc, że nie wolno tak kończyć książek – no bo skąd ona ma wiedzieć, co będzie dalej z Ewą i Klaudią ze „Szczęścia na wagę”. Tym, którzy mają podobne odczucia, przypominam, że „Szczęście…” to pierwszy tom trylogii. Dalsze losy poznacie jesienią, czytając „Miłość z nutą imbiru”, a ostatecznie wszystkie nitki rozplączą się na początku 2017 roku w tomie trzecim – „Pełnymi garściami”, który właśnie skończyłam (hurra!!!).

Tymczasem zaś – dokładnie za 75 dni – „Nieobecna”. Jest to zupełnie odmienna opowieść, inna pod względem klimatu, tematyki - w ogóle wszystkiego. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Redaktor Magda z wydawnictwa Czwarta Strona napisała mi, że według niej to najlepsza z moich powieści. Ciekawa jestem, czy zgodzicie się z tą opinią.

Na zaostrzenie apetytu dziś zaserwuję Wam początek. Kolejnych fragmentów wypatrujcie co jakiś czas.

Zaczęło się, jak to często bywa, od nic nieznaczącej błahostki, którą łatwo byłoby zignorować. Mianowicie od natrętnego bulgotania komórki. Swoją drogą kto, do ciężkiej cholery, ustawił taki dziwaczny dźwięk zamiast normalnego dzwonka?

Kto mógł ustawić, jak nie ja. Przecież nie miałam nikogo, kto grzebałby mi w ustawieniach telefonu.

Ubrałam się i wysuszyłam włosy. Poranny prysznic zawsze stawiał mnie na nogi, zwłaszcza jeśli wystarczyło mi silnej woli, aby na koniec opłukać się chłodną wodą. Najczęściej nie wystarczało. Nie mówiąc już o tym, że w tamtym okresie na ogół brakowało mi silnej woli na to, żeby chociaż w najmniejszym stopniu o siebie zadbać. Ale wtedy akurat miałam dobry dzień – chciało mi się wymodelować włosy i wyrównać brwi. To już było coś.

 Zanim odczytałam wiadomość (bo po nieodebranym połączeniu przyszedł także równie „bulgoczący” esemes), zrobiłam jeszcze mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Tak miałam potem pomyśleć: że niepotrzebnych. Jak bardzo błędne było to przekonanie, miało się dopiero okazać. Na razie nie posiadałam tej wiedzy.

Wykorzystałam fakt, że miałam tego dnia ochotę na jakąkolwiek aktywność – wypucowałam lustro, przetarłam okna, wypolerowałam klamki, wytarłam na mokro, a następnie na sucho wszelkie gładkie powierzchnie i poodkurzałam, zaciekle trąc ssawką po włochatym dywanie, który kupiłam, gdy jeszcze myślałam, że będę się na nim kochać z Markiem. Dywan sam w sobie nic mi nie zawinił, ale jego kudły okazały się doskonałym siedliskiem dla paprochów wszelkiej maści. Nienawidziłam tego, jak każdego nieporządku; potrzebowałam sterylnego ładu. Panowałam nad wszystkim w moim idealnym mieszkaniu – z wyjątkiem tego niepokornego, kosmatego dywanu.

Miał kolor gorzkiej czekolady. Głupio się przyznać, ale dobrałam go do Markowych tęczówek.

 O nieodczytanej wiadomości przypomniałam sobie dopiero, gdy usiadłam na moment z filiżanką kawy. Tylko na chwileczkę, aby nie zacząć myśleć, rozpamiętywać, nie wpaść znowu w czarną dziurę depresji, w której jedynym, co potrafiłam i na co miałam siłę, było bezmyślne gapienie się w ścianę.

Najpierw musiałam znaleźć dżinsy, w których chodziłam poprzedniego dnia (oczywiście, telefon został w kieszeni). Otworzyłam klapkę. To od Julki. Jak zwykle w takich razach, poczułam leciutkie ukłucie rozczarowania, że nie od Marka. Marek nie dzwonił, nie esemesował, nie dawał znaku życia. Na moje własne życzenie. Ale przecież moim drugim życzeniem było, żeby przyszedł któregoś dnia i powiedział: „Nic mnie nie obchodzi, co było i co będzie, liczy się dzisiejszy dzień – i chcę go spędzić z tobą”. W tym momencie powinien wziąć mnie mocno w ramiona. Kiczowate i banalne, ale dokładnie takie były moje pragnienia, nic oryginalnego.

Ewentualnie mógłby powiedzieć coś bardziej stanowczego, na przykład: „Wybieram ciebie, odchodzę od żony”. Albo jakoś romantycznie, na pozór wyznanie słabości, ale w gruncie rzeczy twardo i po męsku: „Bez ciebie nie daję rady. Nie umiem”. Odgrywałam sobie te sceny w wyobraźni setki razy, niemal za każdym razem kończąc je jakimiś łzawymi oświadczynami. Zupełnie bez sensu, bo przecież już wiedziałam, że on od żony nie odejdzie.

Tak czy inaczej, to oczywiście nie był esemes od Marka, lecz od Julki. Od mojej siostry.

Przypominam: „Nieobecna” pojawi się w księgarniach 17 sierpnia. Wypatrujcie tej niepokojącej, hipnotyzującej okładki…

Nieobecna_okładka

 

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii, Literatura

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Helena

    6 czerwca 2016 o 23:28

    Cokolwiek Twojego czytam Agnieszko … wpadam po uszy, zapominam o bożym świecie, łapię taką brzydko mówiąc: zawiechę – nie istnieje wtedy nic: nie martwię się kupką niewyprasowanych rzeczy, ani tym, że na jutrzejszy obiad nic nie ma … totalny reset. Mąż powtarza trzeci raz to samo pytanie, a ja … nie istnieję :) Tzn. istnieję pod postacią kolejnej Twojej bohaterki :-) Piszesz tak barwnie i realistycznie, że nie trudno mi się z nimi utożsamiać, chociaż są przecież od siebie tak różne. Mogłabym pisać tak i pisać … ale przepraszam Cię – „Szczęście na wagę” czeka :-) Dziś wieczorem jestem Ewą.

     
    • Agnieszka

      7 czerwca 2016 o 06:58

      Dziękuję Ci za miód na moje serce! Bardzo potrzebowałam dziś jakiejś zachęty do pisania – i oto jest :)
      Nie mogę się doczekać, kiedy ukaże się II tom „Szczęścia” – tam znajdziesz historię swojego ulubieńca, Walijczyka Jima :) A tymczasem mam nadzieję, że polubisz Ewę.