RSS
 

Śliwkowy zawrót głowy!

19 wrz

Jakieś nowiny? Po pierwsze, moja najnowsza powieść – „A potem przyszła wiosna” – jest już dostępna w przedsprzedaży. Na przykład w Empiku i w Matrasie. Po drugie, zakwitła barbula, i jest to wiadomość równie ważna (zwłaszcza dla moich ukochanych gości ogródkowych – pszczół):

DSC_0281

A po trzecie, gdzie nie spojrzę – śliwki. Obdarowali nas nimi przyjaciele, obrodziły nam drzewka, jednym słowem – śliwkowy raj!

Najpierw upiekłam ciasto jogurtowe ze śliwkami (według przepisu na ciasto z agrestem, wyszło rewelacyjne). Następnie nastawiłam śliwkówkę. A wreszcie: smażę powidła.

Opowiem o śliwkówce. Będzie gotowa w styczniu, w sam raz do degustacji w pierwszy wieczór Nowego Roku. Bierzemy kilogram śliwek (im dojrzalsze i bardziej pomarszczone, tym lepiej), myjemy je i  usuwamy pestki. Zalewamy owoce litrem wódki oraz szklanką spirytusu. Zamykamy słój i stawiamy w ciepłym miejscu – niech śliwki sobie stoją i oddają smak alkoholowi. Mniej więcej w mikołajki w drugim słoiku umieszczamy 10 dkg śliwek suszonych, także bez pestek. Zalewamy litrem wódki i również odstawiamy. Obie nalewki łączymy zaraz po Bożym Narodzeniu. Suszone śliwki mogą sobie jeszcze zostać w nalewce, natomiast połówki świeżych (to znaczy one już świeże nie są, ale były w momencie zalewania) zasypujemy grubo cukrem i zostawiamy, aż się cały cukier rozpuści (trzeba mu pomóc, potrząsając słojem). Następnie zlewamy utworzony w ten sposób syrop i po wymieszaniu całości sprawdzamy, czy taka nalewka nam smakuje. Jeśli jest zbyt wytrawna, zagotowujemy jeszcze syrop ze szklanki wody i cukru (1/2 kilograma dla tych, którzy lubią słodkie nalewki, ale jeśli ktoś nie lubi ulepków, może dać mniej). Teraz wystarczy całość przefiltrować (mocno odcisnąć suszone śliwki) i zamknąć na tydzień, aby móc cieszyć się wybornym trunkiem w Nowy Rok.

Wracając do powideł – ostatnio z wielką uciechą przysłuchiwałam się niezwykle interesującej dyskusji pod hasłem: mieszać czy nie mieszać. Ponieważ uważam się za osobę o umyśle otwartym i pozbawioną przesądów, mimo iż zawsze mieszałam, postanowiłam w tym roku spróbować nie mieszać. Nie ukrywam, że taka metoda smażenia powideł przemawia do mnie przez wszystkim dlatego, że mogę sobie wyjść z kuchni i w spokoju pisać (albo czytać) kolejną książkę.

A zatem: wzięłam dwa i pół kilograma śliwek (bo tyle akurat mi zostało) i dwadzieścia dekagramów cukru trzcinowego (ponieważ śliweczki były raczej kwaśne i nie tak dojrzałe, jak być powinny). Przesypałam warstwy śliwek cukrem, po czym odstawiłam na noc (garnek obwiązałam ściereczką, żeby owocówki się nie potopiły). Następnego ranka ustawiłam na małym ogniu. I zostawiłam na 5 godzin. Tak po prostu. Nie zaglądałam, nie interweniowałam. Prychciło się, plumkało, mrugało, a ja robiłam swoje. Po pięciu godzinach zlałam odrobinę „rzadkiego” do kubeczka (kiedy wystygło, dolałam do nalewki – ciekawe, co z tego wyjdzie). A gęste poszło do słoiczków. Jeśli ktoś nie ma zimnej spiżarki, radziłabym pasteryzować, ale ja z czystego lenistwa i z wiary w to, że 1) w mojej garażowej spiżarni będzie w tym roku zimno oraz 2) powidła są tak pyszne, że i tak nie doczekają do zimy, nie pasteryzowałam.

A garnek? W stanie idealnym (nic się nie przypaliło), został wylizany do czysta, co stanowi najlepszy znany mi sposób testowania powideł. Test wypadł na szóstkę z plusem, tak więc  oficjalnie potwierdzam: można nie mieszać!

DSC_0273

 

 

 
 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Martyna

    23 września 2015 o 15:48

    U mnie coś poszło nie tak-najprawdopodobniej zbyt wysoka temperatura. Garnek dwa dni był doprowadzany do użytku. Ale powidła smakowite! Pozdrawiam Panią.
    Ps. Przed momentem skończyłam Dziewczynę z porcelany, była bardzo przyjemna, wciągająca. Jest mi przykro, że świetne lektury tak szybko się czytają ;))

     
    • Agnieszka

      26 września 2015 o 12:40

      Tak, to musiała być zbyt wysoka temperatura, bo ja powtórzyłam eksperyment i nic nie przywarło. Mam kuchenkę indukcyjną, nastawiłam na 3, to jest odpowiednik baaardzo małego ognia. Pozdrawiam :)