RSS
 

Suszymy lawendę

01 sie

Lawenda stała się ostatnio bardzo modna. I niech sobie będzie modna, czemu nie. Moja miłość do tej krzewinki ma znacznie więcej lat niż moda – zakochałam się w niej kilka (a może kilkanaście?) lat temu, kiedy zobaczyłam w jakimś czasopiśmie budowlanym zdjęcie domu Magdy Umer. Nie mam pojęcia, czy był to Murator, czy jakieś inne pismo, w każdym razie fotografia przedstawiała ścieżkę wiodącą do domu, obsadzoną kwitnącą lawendą. W Polsce się wtedy lawendy nie widywało, a przynajmniej ja nigdy wcześniej nie widziałam. Myśl, że ta roślina może u nas przetrwać zimę i TAK kwitnąć, a w dodatku – że latem tak pachnie i że wystarczy przejść taką ścieżką, muskając łydkami delikatne łodyżki, żeby wzniecić obłok aromatu… Ta myśl nie dawała mi spokoju, choć jeszcze wtedy nie sądziłam, że będę miała własny dom, własną ścieżkę i własną lawendę.

Kiedy już ten mój wymarzony dom zaczął powstawać, wróciło tamto marzenie o zapachu. I co się okazało? Że takiej ścieżki mieć nie mogę. A to dlatego, że ścieżka do mojego domu wiedzie pod wspaniałymi dębami, które rzucają głęboki cień, a lawenda kocha słońce. I jeszcze – że mam kwaśną glebę, a ona lubi wapienną. I tak dalej.

Jednak zawsze byłam dość zawzięta, jeśli chodzi o spełnianie marzeń. Metodą prób i błędów (przenosiłam te nieszczęsne sadzonki chyba z pięć razy), znalazłam dla niej miejsce. I mam. Kwitnie i pachnie tak, że można się zakochać na zabój. A kiedy przekwitnie, należy ją ściąć, związać, ususzyć, połamać na drobne kawałki i wsadzić do woreczków, niech pachnie dalej w szafce z pościelą. Teoretycznie cały proces ścinania i suszenia powinno się zacząć, zanim do końca przekwitnie – ale ja mam w nosie teorię. Na lawendzie harcują tysiące owadów, a widok ten jest tak niesamowity (raj dla amatorów fotografii), że nigdy w życiu nie ścięłabym tego brzęczącego lawendowego obłoku. Dlatego zawsze czekam, aż brzęczenie trochę ustanie – i dopiero wtedy ścinam fioletowe łebki. Rano, w słoneczny dzień, żeby zachować jak najwięcej aromatu. Związane w suche bukiety wieszam gdzieś w domu, w przewiewnym miejscu. Trochę się kruszą i trzeba po nich odkurzać, ale co tam, dzieci i psy „kruszą się” jeszcze bardziej :)

Wracając do woreczków – mogą być zwyczajne bawełniane lub lniane, uszyte byle jak albo elegancko, jak kto lubi. Ja swoich nie szyję sama, tylko kupuję, ale za to własnoręcznie ozdabiam je dekupażowo. Kiedyś, gdy będę akurat ozdabiać kolejne, zrobię zdjęcia i wyjaśnię, jak to się robi (a sprawa jest niezwykle prosta). Tymczasem tylko zdjęcia zeszłorocznych woreczków – już wkrótce wypełnię je nowym, pachnącym suszem.

DSC_0030 DSC_0032

A wracając do fotografowania lawendy – robię to godzinami, nigdy nie mam dość. Oczywiście najprzyjemniej byłoby się pochwalić takimi zdjęciami, ale… No właśnie, tu jest problem. Ten blog ma określoną pojemność, jeśli chodzi o zdjęcia. Mimo że je zmniejszam, wciąż wyświetla mi się informacja, że wykorzystałam już ileś tam procent miejsca (i to jest zawsze liczba w okolicach dziewięćdziesiątki). A galerii stworzyć nie umiem. No po prostu klikam w przycisk „galeria” i nic mi się nie otwiera. Dlatego też postanowiłam założyć stronę na facebooku. Wprawdzie mam już profil, ale jest on bardzo wyspecjalizowany, psio-wyżłowaty, a nie pisarsko-fotograficzny. Postanowiłam więc rzecz całą lepiej zorganizować: tutaj pisać większe posty, na przykład nalewkowo-kulinarne, na FB zamieszczać sprawy drobniejsze, na przykład zdjęcia i linki do recenzji.

Dlatego też wszystkich moich blogowych przyjaciół, czytelników, Krewnych-i-Znajomych-Królika i całą resztę zapraszam do polubienia mojej strony na FB :)

A lawendy i tak sobie nie daruję, kilka zdjęć się przecież zmieści ;)

DSC_0003  DSC_0007  DSC_1676

 

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Coś ładnego, Mój ogród, Styl życia

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz