RSS
 

Nocne hałasy i najlepsze ciasto z agrestem

17 lip

Wakacje trwają w najlepsze – pewnie wypoczywacie gdzieś na białych plażach albo malowniczych szlakach górskich. Co do mnie, spędzam lato w domu, ale nie narzekam. Wreszcie mam czas, żeby robić to, co lubię: pisać, fotografować, czytać i pichcić. Jedyne, do czego mam zastrzeżenia, to nocne hałasy. Człowiek naiwnie sądził, że podczas urlopu można się wreszcie wyspać – a figę z makiem, trzeba było nie budować domu na skraju lasu. Niemal noc w noc budzą mnie dziwne odgłosy – i nie trwają chwilę, lecz na przykład godzinę, jak nie więcej.

Przedwczoraj na przykład „coś szczekało”. Nie były to moje psy, bo rozpoznaję je po głosie – na pewno był to inny rodzaj szczekania. Rano, spuchnięta z niewyspania, wyszukałam sobie „dziwne szczekanie” w internecie – i wyszło mi, że albo był to kozioł (mam na myśli samca sarny), albo lis. Diabli wiedzą. Ale ponieważ sąsiadko-przyjaciółka opowiadała, że kiedy czytała sobie na tarasie parę dni temu, nagle zorientowała się, że towarzyszy jej właśnie lis – skłaniam się ku rudzielcowi. Na szczęście wystarczyło, że kilkanaście razy zawołałam w otwarte okno „psiiiik!”, i zwierzaczek oddalił się wraz ze swym wątpliwym zaśpiewem.

Z kolei dziś coś „piszczało”. Nie jest to precyzyjne określenie – dźwięk był taki, jakby ktoś usiłował pić przez zaciśniętą słomkę. Ni to pisk, ni to świst, skrzypienie, charczenie, kaszelek – cos niesamowitego. Szukam dziś od rana i szukam, i na razie natknęłam się tylko na żabę ryczącą, brzmi odrobinę podobnie, ale niezupełnie tak. Zwierzątko, cokolwiek to było, miało w nosie moje „psiiiik”, nic sobie nie robiło z tego, że perswaduję, proszę, a nawet trzaskam drzwiami balkonowymi.

Ponarzekałam sobie, poskarżyłam się, to teraz pora na pozytywy. Wspomniałam, że mogę robić dokładnie to, co lubię. O czytaniu już pisałam i nawet pokazywałam stosik. Od razu przyznam się, że w ostatnich dniach doszło do niego jeszcze kilka pozycji. Na razie najlepszą lekturą była „Fortuna i namiętności. Klątwa” Gutowskiej-Adamczyk.

Efektami fotografowania pochwalę się w osobnym wpisie, bo to temat rzeka, zwłaszcza że kwitnie lawenda, a nad kwitnącą lawendą to ja mogę siedzieć i siedzieć, zaciągać się i pstrykać zdjęcie za zdjęciem. Dziś tylko pokażę Wam nieboraka na pąku lilii:

DSC_0089

W kwestii pisania mogę zdradzić, że z lekkiej powieści obyczajowej robi mi się bardzo poważna powieść obyczajowa, i ja zupełnie nie wiem, jak to się dzieje. Bohaterowie robią, co chcą, i mają w nosie autora. Żeby od nich odpocząć, wtykam nos w sprawę wyboru okładki do „A potem przyszła wiosna” – na szczęście pani redaktor z Czwartej Strony jest bardzo cierpliwa ;)

A jeśli chodzi o pichcenie… Cóż, lato w pełni, a jeśli lato, to i agrest, jeden z moich ulubionych owoców. Nie mogłabym nie podzielić się z Wami przepisem na najlepsze ciasto na świecie. Jest wilgotne, tłuściutkie, jogurtowe i absolutnie przepyszne!

Bierzemy: 200 g masła, szklankę cukru oraz cukier wanilinowy, 2 szklanki mąki, szklankę jogurtu naturalnego, 3 jajka, łyżeczkę proszku do pieczenia i agrest. Nie wiem, ile tego agrestu – tyle, żeby ułożyć go na powierzchni ciasta. Ja piekłam w okrągłej tortownicy średniej wielkości, miałam może ze dwie szklanki owoców…  Ale jeśli będzie mniej, to nie szkodzi, bo ciasto samo w sobie jest pyszne.

Masło (zostawiamy je wcześniej na wierzchu, niech ma temperaturę pokojową) ucieramy z cukrem na puszystą masę. Następnie dodajemy na przemian jajka i po jednej łyżce mąki z proszkiem oraz jogurtu.
Dno tortownicy lub blaszki wykładamy papierem do pieczenia, brzegi smarujemy masłem, można wysypać np. zarodkami pszennymi. Wykładamy ciasto i układamy agrest, lekko wciskając. Pieczemy w 180 stopniach około godziny. Upieczone posypujemy cukrem.

Pamiętam, że kiedyś – gdy miałam już końcówkę agrestu – dodałam też czarną i czerwoną porzeczkę. Było równie pyszne. Wkrótce zamierzam wypróbować, jak wychodzi z wiśniami :)

DSC_0018

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Coś pysznego, Literatura, Mój ogród

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz