RSS
 

Refleksje prowincjonalnej nauczycielki

13 gru

 

Miałam ostatnio wątpliwą przyjemność poprowadzić lekcję angielskiego w klasie złożonej głównie z sześciolatków. Byłam tam na zastępstwie. Oczywiście – świadoma tego, że są to dzieci niepisate i nieczytate – przygotowałam kilka zabaw, karty obrazkowe, a ponieważ znam dobrze podręcznik do pierwszej klasy, bo korzystałam z niego dwa lata temu, wiedziałam, że wprawdzie pisać nie będziemy, ale będą naklejki i rysowanie ulubionego zwierzątka.

Celem lekcji było utrwalenie dotychczas poznanych nazw zwierzątek, wprowadzenie dwóch nowych: dog oraz cat, a także przymiotników big i small. Sprawa wydawała się prosta.

Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że nie udało mi się osiągnąć celu. Po pierwsze, jeden z chłopców chciał rozmawiać o pieskach i nie reagował na próby uciszenia go i tłumaczenia, że ta lekcja nie jest poświęcona tylko jemu. Dzieci mnie uspokoiły: „On tak zawse. Nasa pani już traci cierpliwość”.

Po drugie, inny chłopczyk wyciągał siusiaka ze spodni i bawił się nim. Bez przerwy. Na szczęście siedział sam.

Po trzecie, pewna dziewczynka nagle rozpłakała się straszliwie, a na pytanie, co się stało, wyjaśniła: „Ja się skrzywdziłam. W nogę”. Przestraszyłam się i chciałam tę nogę oglądać, ale okazało się, że nie teraz, tylko godzin temu cztery, w łóżku jeszcze leżąc. Po prostu jej się przypomniało. Dzieci znów mnie uspokoiły, że „ona tak ciągle płace”.

Po czwarte, kiedy już zapanowałam nieco nad sytuacją, pobawiłam się z dziećmi w jasnowidza i w odgadywanie, jakim jestem zwierzątkiem, i czy dużym, czy może malutkim, zaproponowałam radośnie: „A teraz będziemy słuchać nagrania i wklejać naklejki zwierzątek!”. Jako mama pięciolatka wiem doskonale, że dzieciaki to uwielbiają. Tymczasem uczniowie spojrzeli na mnie z politowaniem i wytłumaczyli jak chłop krowie na rowie: „Ale to jest ksiązka. W ksiązce nie wolno. Bo ona jest do biblioteki. I my nie mozemy nic naklejać ani w niej rysować”.

W tym momencie szlag mnie jasny trafił. Oczywiście wiedziałam o darmowej wyprawce dla pierwszaków, jednak zapomniałam o tym, że dotyczy to także książek do języka obcego; na co dzień pracuję ze starszymi dziećmi. Naturalnie wcześniej sprawdziłam, w którym miejscu podręcznika jest ta klasa, jakie już słówka dzieci znają itd. Nie wiedziałam natomiast, że mimo iż pozostano przy realizacji podręcznika z Nowej Ery, dzieciaki nie mogą w pełni z niego korzystać. Wściekłam się na decyzje niekompetentnej pani minister i jej najwyraźniej równie niekompetentnych doradców. Na głupca, który wymyślił, że dziecko nie może mieć SWOJEJ książki, w której rysowałoby ulubione zwierzątko, naklejałoby naklejki, a po kilku miesiącach z dumą, koślawo napisałoby własne imię. Na tego kogoś, kto sprawił, że mój synek, który skończy wiosną sześć lat:

a)      musi iść do szkoły, choć ja tego nie chcę, bo uważam, że nie dorósł do takiej zmiany

b)      musi korzystać z brudnych, podniszczonych podręczników, bo tak zadecydował ów ktoś, nie bacząc na to, że ja jako rodzic sobie mogę tego nie życzyć.

Na nadchodzący Nowy Rok życzę pani minister jakiejś pozytywnej zmiany, na przykład żeby zajęła się czymś, na czym się choć trochę zna. A jeżeli już musi zajmować się dziedziną całkowicie sobie obcą, to niech chociaż nie psuje nic więcej. Już dość napsuła.

Uwaga! Przed skomentowaniem niniejszego wpisu bardzo proszę o zapoznanie się z moimi odpowiedziami do już zamieszczonych komentarzy, a najlepiej także z powiązanym wpisem pt. „Jakoś się nie cieszę…”.

 
Komentarze (80)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Jola

    13 grudnia 2014 o 21:30

    Droga koleżanko po fachu – ja też jestem nauczycielką i po prawie 25 latach pracy w szkole stwierdzam, że coraz gorzej z naszymi ministrami, obecna „Ministra” chyba z do nas przybyła z kosmosu, bo jej decyzje prowadzą tylko do ośmiszania nas n-li. Jej tłumaczenia, że ma trójkę dzieci i trochę zna się na edukacji woła o pomstę do nieba. Jak ma tyle dzieci, to niech się nimi zajmie i nie szkodzi edukacji. Był taki jeden, który groził lachą, drugi wymyślił gimnazja, kolejny wprowadzał nieszczęsne mundurki, a teraz Pani Ministra, która wprowadza „darmowe” książki w których nie wolno pisac ani nic robić. Tylko pytam sie po co? I jeszcze cyrk z rozkładami i planami wynikowymi dla klas I. Moje dziecko ma w tym roku nowy test po kl. VI – te regulaminy, kryteria, przepisy. To jest chore. Pani Ministrze życzę aby tak jak lekarze po pierwsze i najważniejsze nie szkodziła.
    Pozdrawiam serdeczni i życzę spokojnych, ciepłych radosnych Świąt w gronie rodzinnym bez dyżurów wymyślonych przez szacowną Panią Ministrę. Jola

     
    • ~Alina

      1 stycznia 2015 o 00:43

      Jestem emerytką, uczono mnie wielu niepotrzebnych rzeczy ale to co się teraz dzieje, woła o pomstę do nieba. Mnie w przedszkolu pytano, czy moje dzieci wyślę w wieku 6 lat do szkoły(umiały czytać i pisać-oczywiście nie zabrałam im dzieciństwa). Teraz zmusza się biedne dzieciaki, często nieprzygotowane, do nauki w szkole. A komu przeszkadzało, że o wysłaniu 6-cio latków decydują rodzice. Co ma pani ministra do cudzych dzieci, JAKIE PRAWO o nich decydować!!!!!

       
      • ~gloria55

        1 stycznia 2015 o 09:12

        Moje dzieci chodzily do szkoly w Kanadzie. 6 latki ucza sie w formie zabawy. Nauka nie jest stresujaca gdy sie wie jak uczyc. Wiedzy przybylo a lat nauki nie i dlatego dzieciaki maja czasami zbyt wiele. Nie rozumiem jaki maja rodzice problem kupic dla dziecka ksiazke i mazac, wklejac, czy wycinac . Jezeli podreczniki sa za darmo to wcale nie jest za darmo bo podatnicy za nie placa wiec nalezy szanowac. Podsune pani minister tez pomysl: moze by tak niektore dzieci wcale do szkoly nie posylac bo wiele rodzicow ma z tym OBOWIAZKIEM wiekszy problem niz dzieci. Najchetniej by obsypywali zabawkami cale zycie np autka. Zabawka na cale zycie. Widac to na polskich drogach.Zycze wspanialego 2015.

         
        • ~Ciekawski

          1 stycznia 2015 o 14:53

          Jesli, jako podatnik, i tak place za „darmowa” ksiazke to znaczy, ze juz raz sobie ja kupiem. Podatki pobierane sa ode mnie corocznie – zatem nie widze sensu w „dbaniu” o podrecznik, ktory jest np. zaprojektowany do wklejania zwierzatek czy wpisywania swoich cwiczen. A co „widac to na polskich drogacg” to proponuje przyjrzec sie dokladniej Kanadyjczykom – Raj jest wylacznie w sferze idealow i kazde spoleczenstwo ma swoje za uszami.

           
    • ~ania

      1 stycznia 2015 o 10:01

      Proszę nie porównywać nauki np w uk czy irlandii a w Polsce bo jest takie coś co się nazywa podstawa programowa i w uk jest ona całkiem inna niż u nas może warto zastanowić się nad nią
      Wiadomo głupiej reformy nikt nie cofnie bo już na to wielkie naszych pieniędzy a poza tym rzadowcy nie są przyzwyczajeni do przyznawania się że podjęli złą decyzję dla dzieci (ale nie dla nich ).
      w obecnym stanie rzeczy uważam że każde dziecko powinien przebadać psycholog i dać orzeczenie czy dziecko nadaje się do 1klasy czy nie. A rodzic w oparciu o otrzymane informacje powinien mieć prawo w podjęciu decyzji.
      p.s. moje dziecko jest z grudnia i dla państwa mam 6 latka które powinno iść do klasy 1 od września pomimo że jako rodzic stwierdzam że jest nie dojrzałe pod każdym względem do podjęcia nauki w szkole. I nie umie czytać i pisać.
      pozdrawiam

       
      • ~barakuda

        1 stycznia 2015 o 14:24

        _aniu, a co Ty robiłaś ze swoim dzieckiem przez 6 lat że ono nie zna liter ?. Są klocki z literkami gdzie mama bawiąc się z już 3 letnim dzieckiem uczy go poznawać literki, są książeczki z obrazkami i literkami i mama pokazując dziecku – co to jest uczy go nazw tych rzeczy na obrazku itd. Jeżeli matka zajmuje się swoim dzieckiem to ono w wieku 6 lat zna literki, ale jeżeli matka „daje dziecku dzieciństwo” czyli – daj mi spokój, zajmij się czymś, pobaw się samo, pooglądaj bajkę to ono i w wieku 8 lat będzie się gapić z otwartymi ustami „myśląc” – co oni odemnie chcą ???. Powodzenie w wychowaniu – bo dzieci się nie chowa ale wychowuje !!

         
        • ~maki

          1 stycznia 2015 o 17:40

          A niby po co jest szkola. W szkole dziecko powinno sie nauczyc liter itd. Ja tez w wieku 6lat nie umialem liter ani cyfr. O liczeniu nie wspomne. Dopiero w szkole nauczylem sie liter itd. Jakos niczym nie odbiegam od innych ludzi.

           
  2. ~Aga

    14 grudnia 2014 o 23:09

    W klasie pierwszej na j.ang. nie obowiązuje jeszcze podręcznik, który trzeba zwracać do biblioteki.
    Ta zasada wieloletności (durna wg mnie) wejdzie od września 2015.

     
    • Agnieszka

      15 grudnia 2014 o 06:10

      A to by znaczyło, że ktoś w mojej szkole jest nadgorliwy.

       
    • ~Agnieszka

      31 grudnia 2014 o 19:12

      A mój syn chodzi od września do I klasy i ma podręcznik do języka angielskiego wypożyczony z biblioteki

       
  3. ~Ania

    14 grudnia 2014 o 23:42

    Zgadzam się w 100%!!! Jestem nauczycielem I-III, mamą odroczonego sześciolatka – przeżywam koszmar podwójnie…Ręce opadają a nasza kochana ministra śmieje się ironicznie i zaciera ręce z zadowolenia ;(

     
  4. ~Ula

    15 grudnia 2014 o 15:12

    Jak dla mnie artykuł lekko przesadzony, naginający rzeczywistość w drugą stronę. Moje pięcioletnie dziecko ma angielski w przedszkolu i żadne z dzieci nie zachowuje się jak opisane powyżej. I nie byłoby żadnego problemu z przeprowadzeniem „planu”. Poza tym wszystkie dzieci już na tym etapie same się podpisują… i połowa grupy już czyta…

     
    • Agnieszka

      15 grudnia 2014 o 15:28

      Ależ ja po prostu opisałam, co się wydarzyło, niczego nie naginałam w żadną stronę. Lekcja wyglądała dokładnie tak – a że cel nie został osiągnięty, okazało się pod koniec, kiedy podchodziłam do dzieciaków z kartami obrazkowymi, a one miały powiedzieć, co widzą, np., big cat albo small dog. Większość nie potrafiła. Bardzo możliwe, że w przedszkolu, na dywaniku, w innym otoczeniu wyglądałoby to zupełnie inaczej. Ale odbyło się w szkole i wyglądało dokładnie tak, jak opisałam.

       
    • ~Jola

      19 grudnia 2014 o 23:37

      Droga Urszulo po tylu latach pracy- 25 lat- widzę, że nie wszystkie dzieci mają gotowość szkolną w tym samym czasie, nawet siedmiolatki mają z tym problemy. I niestety panowie i panie w ministerstwie zdaje się tego nie rozumieją, wydają decyzje wg swojego widzimisię często gęsto mijające się z realiami. To smutne, że ludzie, którzy powinni znać się na rzeczy, mieć doświadczenie i praktykę, niestety mają wiedzę czysto teoretyczną nieprzystającą do rzeczywistości. To, że zdarzają się pięciolatki, które potrafią czytać i pisać to super, ale nie jest tak w każdym przedszkolu, w każdym mieście.

       
      • ~Dave

        31 grudnia 2014 o 20:11

        To może do szkoły posyłajmy, bo ja wiem, 18-latków? Myślę, że to idealny wiek na gotowość szkolną. I może nawet będą dzieciaki umiały czytać, a nawet pisać.

         
        • ~Krzysztof

          1 stycznia 2015 o 10:35

          A złe zostałeś wyuczony? Chodziłem do 8 klasowej podstawówki, która rozpocząłem jako 7 latek i zyje, na dość dobrym poziomie. Każda zmiana w ostatnich 16 latach, jak się po czasie okazała, była na gorsze!
          Łudzisz się, ze to dla dobra dzieci?
          To jest tylko po to żeby szybciej skończyła szkole i won do roboty. ROK PŁACENIA SKŁADEK DŁUŻEJ!

           
      • ~nemo

        31 grudnia 2014 o 20:55

        Witam mieszkam w UK od 5lat tu dzieci w wiku 5 lat zaczynają zerówkę która jest obowiązkowa córka mojej ex w sierpniu skończy 6 lat często odbieram ją ze szkoły i wiem że tu nauczyciele świetnie radzą sobie z takimi maluchami a wiem to stąd że mam znajomą polkę razem chodzimy do college-u tylko do innych klas ona ma praktyki w szkole z takimi maluchami ta dzieciaki umią już pisać i czytać oczym to świadczy?

         
        • ~IZABELA

          1 stycznia 2015 o 00:58

          o tym, że tamtejsze szkoły są lepiej przygotowane do uczenia5- 6latków. u nas nie są i długo pewnie jeszcze nie będą, bo to wymaga nawet mentalnego przeskoku nauczyciela,a „genialne” pomysły ministrów edukacji w Pl nie pomagają w niczym, a wręcz przeciwnie. Poza tym „umieją” jak już

           
      • ~barakuda

        1 stycznia 2015 o 14:30

        -pani Jolu to że dzieci jeszcze nie umieją się podpisać to nie jest wina pani minister ale rodziców którzy zamiast zająć się swoimi dziećmi mylą wychowanie dzieci z „chowaniem”. Ot i to własnie . Po prostu dzieci są i się chowają zamiast – a powinno być to rodzice mają dzieci i rodzice je wychowują !!

         
        • ~renata

          1 stycznia 2015 o 18:40

          smutne,ale szkołajest do tego ,zeby nauczyc,a nie rodzice,teraz ucza takich bzdur w szkole,ze gdzyby nie rodzice robili duzo rzeczy za dzieci,dzieci nie dałyby rady.Miałam 7,5 roku jak poszłam do szkoły ,uczyłam sie czytac,ala i ola,a teraz 5 latki musz czytac w tej chwili czytanki z rz,ch itd masakra,komu to potrzebne?

           
      • ~małgosia

        1 stycznia 2015 o 15:59

        skoro nawet i 7-latki mają z tym problem, to może nie chodzi o ustawową kwestię ustalenia wieku szkolnego (bo dla pewnych 7-latków nadal szkoła w aktualnej formie będzie za wcześnie), tylko o zmianę podejścia do nauczania dzieci w wieku 6,7,8 lat. aby było bardziej elastyczne i pomysłowe.
        wiecie o co chodzi? że problem nie jest w wieku szkolnych, tylko w mentalności społeczeństwa i konwencjonalnego patrzenia na szkołę przez pracowników oświaty. mama mojej koleżanki pracuje w klasach 1-3 i współczuje jej bo kobieta prawie 60-lat, zmęczona wielością obowiązków i sytuacji życiowych, które są spotykają nie ma takiej energii jak kiedyś. i nie można jej za to winić, bo po prostu w jej sytuacji to naturalna kolej rzeczy. i tak fajnie, że jej się chce, niestety ograniczają ją konieczność poświęcenia swojego czasu i sił na trudności życia prywatnego. dlatego, akurat tych 6-latków może powinny uczyć inne osoby, które poza chęciami, mają jeszcze obiektywną możliwość pełnego zaangażowania się w pracę. wiem, trudna sprawa, co zrobić z osobami, które takich możliwości nie mają, wiadomo że nie powinno się dzieciakom zmieniać nauczycielki w kolejnych klasach. to jest trudniejsza kwestia, jak to zrobić żeby kadra nauczycielska była właściwa, właściwie przygotowana. to jej zagwozdka, myślę że też mam na to parę pomysłów, a w razie gdyby jeszcze nie do końca się sprawdziły, trzeba byłoby umieć wymyślić kolejne, przystające do sytuacji danej szkoły, kadry z danej szkoły. to trudne rzeczy, ale wymagają dobrego dyrektora w szkole. to kolejny problem. tak mi się wydaje, że prawdziwe problemy polskiej oświaty tkwią w dwóch kategoriach: ludzie i pieniądze. kolejnym tematem jest to o czym ktoś wspomniał w innym komentarzu- rodzice bardzo często za bardzo przerzucają odpowiedzialność za wychowanie (to dotyczące zachowania, jak i wykształcenia umiejętności) na przedszkole, szkołę itp. i warto by było, gdyby mądrzej i z większym zaangażowaniem podchodzili do wychowania (a nie odchowania) swoich pociech. podkreślam „często”, wiadomo, że niektórzy rodzice taką mają sytuację życiową, że nie mają możliwości na poświęcenie dużej ilości czasu swoim dzieciom, ale ważne żeby robili to tyle ile mogą i na 100%. największe problemy z wychowaniem dzieci należy rozwiązywać na szczeblu lokalnym, a nie centralnym. ministerstwo jest tylko, albo aż po to, żeby stworzyć maksymalnie dobre warunki do tego, jeśli się da. dać możliwości, pozwolić na elastyczność, tak żeby rozwiązywanie problemów na szczeblu danej małej społeczności było w ogóle możliwe. Jolu, sama zauważyłaś, że nie da się jednoznacznie określić wieku, którym dzieci powinny iść do szkoły. więc ustawodawca niech określa ten wiek, taki żeby był racjonalny (czyli nie wiek 4 lat), a przy tym dał możliwość nauczycielom na odnalezienie się w takiej sytuacji, czyli elastyczne podstawy programowe, szkolenie (już na etapie studiów wyższych) kadry nauczycielskiej w sposób, który nastawi ją na elastyczność i otwarcie głów na pomysłowy sposób prowadzenia zajęć.

         
    • ~kaska

      31 grudnia 2014 o 20:25

      Tez uwazam ze lekko przesadzono.
      No niestety zadaniem nauczyciela jest jednak skupienie uwagi uczniów na temacie. Chłopiec chciał mówic o psach? Czyl wykazywał inicjatywę która nalezalo ukierunkowac.
      To idealne przejscie do zagadnienia i wszyscy by byli small a później big.
      Inny bawił się siusiakiem? Tez trzeba umiec zareagować bo na tym polega prac nauczyciela.
      Wyklejanki dzieci lubią ale z tymi książkami to racja. Oświata generuje tony makulatury…wyklejanka? Proszę nie przesadzać że to takie rozwijające i konieczne…zwłaszcza w książce. Dzieci mogły same narysować zwierzątko następnie je wyciąć a kolejno wkleić w zeszyt. I nie byłoby tylko pracy odttwórczej;-)
      Oczywiście że mogłabym teraz ujadać na MEN ale co to da? Take zaściankowe gderanie na wladzę ktorej dalismy prawo decydowania?
      Bardziej wskazane jest wykształcenie w sobie umiejetności znalezienia sie w sytuacji, ktore pozwolą na osiagniecie celow przy zadowoleniu kazdej ze stron-uczniow i nauczyciela.
      Pozdrawiam.

       
      • Agnieszka

        1 stycznia 2015 o 08:44

        Ależ ja nie napisałam, że nic nie wyszło z tej lekcji. Oczywiście, że usiłowałam ukierunkować wypowiedź pierwszego chłopca na właściwe tory. Rzecz w tym, że dzieci w tym wieku funkcjonują w inny sposób niż się wielu osobom wydaje. Kiedy jeden powie, że ma dużego pieska, a jego wujek małego, ja mówię, „a to świetnie, bo właśnie tego się będziemy dzisiaj uczyć, i gdy pojedziesz do wujka, będziesz mógł powiedzieć: ‚small dog’”, a wtedy mam w górze piętnaście rączek, których właściciele KONIECZNIE muszą mi powiedzieć, co posiadają ich wujkowie, ciocie, kuzyni, a żadnej z tych wypowiedzi nie można zaklasyfikować jako choć troszkę w temacie. Bo jeden skojarzył z basenem, a drugi z motorem, a trzeci mówi: „A moja ciocia lubi rybę po grecku”. Naprawdę. Tak to wygląda z maluchami. Proszę też wziąć pod uwagę, że ja nie mam, jak nauczyciel nauczania początkowego, trzech czy czterech lekcji do wykorzystania. Ja się muszę zmieścić w 45 minutach, z czego ileś tam zabiera dzieciom ochłonięcie po przerwie. Bo one biegają, szaleją, potem się muszą napić, niektórym się po dzwonku zachciewa siusiu itd.

         
        • ~małgosia

          1 stycznia 2015 o 15:26

          kaska trafiła w sedno. nie ma co narzekać, że po książce nie można malować, ani wklejać naklejek. pamiętam, że gdy byłam w 1 klasie podstawówki (prawie 20 lat temu) mieliśmy elementarz, po którym też nie można było pisać. mało tego, mam 2 starsze siostry i bardzo często (w tym i ten elementarz) miałam po nich. i to nie przeszkadzało, bo pisać, rysować, kolorować, malować farbkami mogliśmy w zeszytach, ćwiczeniach lub na rozdawanych przez „Panią” kartkach. to się da zrobić, myślę, że darmowe podręczniki wykorzystywane z roku na rok, są bardzo dobrym pomysłem, szczególnie dla uboższych rodzin, przy czym rodzice jeśli chcą to powinni mieć prawo kupienia „nowej sztuki” dla swojej pociechy, jeśli im tak na tym zależy (nie wiem czy jest taka możliwość, myślę że nawet jeśli nie to jest to obejścia i do dogadania się w szkole). natomiast poradzenie sobie z dziećmi, tak by lekcja była w temacie zależy przede wszystkim od nauczyciela. przede wszystkim czyli oczywiście nie wyłącznie. ja np. spróbowałabym wtrąceń typu, dziecko mówi o jakimś zwierzątku, a ja wtrącam czy jest to „BIG czyli duuuuuży, BIG” (pokazując rękami duży kształt) czy „SMALL czyli mały SMAAALL” zwierzątko. najwyżej dzieci nauczyły by się dwóch wyrazów, a nie czterech, a skoro to taka klasa to trudno, przy małych dzieciach „CELE” powinny być traktowane elastycznie. albo inny pomysł, niech dziecko mówi o jakimś zwierzątku a jak wypowie słowo „pies” to Ty robisz wtrącenie „pies czyli DOG, hauuu!”. a może niech wszystkie dzieci powtarzają „pies czyli dog, hauuu”. a jakby to nie poskutkowałoby to myślałabym dalej, najważniejsze to mieć głowę pełną pomysłów, wymyślonych na poczekaniu, przychodzić do szkoły z OTWARTĄ GŁOWĄ. z doświadczenia wiem, że niektóre nauczycielki są turbouległe, albo nie mają umiejętności pozwalających na odnalezienie się w nieprzewidzianych sytuacjach, próbują oklepanych sposobów, a czasem trzeba wymyśleć sto pomysłów w ciągu tych 45minut i szukać, szukać. jak każdy zawód, a ten w szczególności, powinien być wybierany przez osoby z powołaniem, pasją, odpowiednimi predyspozycjami. a przy 6-latkach należy być bardzo dynamicznym, pomysłowym i absorbującym ich uwagę. jeśli stwierdzasz, że 6-latków należy uczyć zabawą to wymyśl jak dany temat, tudzież „cel lekcji” zrealizować poprzez zabawę. okej, może nie ma dywanu i 30-stu zabawek w klasie (choć dywan często jest, u mnie w podstawówce był z tyłu klasy) to w szkolnych realiach też da sie tę zabawę przeprowadzić. najważniejszy jest POMYSŁ! podejście: „nie da się, bo to takie dzieci, bo to taki wiek” i nie wiem co jeszcze jest zwykle zupełnie nieprzystające do rzeczywistości, po prostu łatwe, wygodne i pielęgnowane w danym towarzystwie. a jeśli chodzi o kwestię wysyłania dziecka do szkoły w wieku 6 lat, fakt, myslę, że powinno się utrzymać prawo rodzica do decydowania o tym. jeśli dziecko jest wyraźnie niewystarczająco rozwinięte emocjonalnie i społecznie to niech rodzic jako najbliższa osoba ma możliwość zareagowania. ale skoro nie ma takiej możliwości, to nauczyciel po prostu musi się bardziej wysilić, ruszyć głową dziesięć razy mocniej i przekroczyć granice, które często sam w sobie świadomie lub nieświadomie postawił

           
          • ~Agata - nauczyciel w polskiej oświacie

            1 stycznia 2015 o 17:26

            I jest światełko w tunelu: dziękuję za ten wpis– pomimo wielu różnic w poziomach nauczycieli, pocieszam się myślą, że są i tacy i to wcale nie w mniejszości, którzy widzą związek pomiędzy własnymi umiejętnościami zawodowymi, a poziomem wiedzy swoich wychowanków i ich funkcjonowaniem w szkole. Niezależnie od tego czym, czego i gdzie się uczy, kluczową sprawą jest: KTO UCZY. Tak jak w każdym innym zawodzie- liczy się jakość, a jakość tworzą ludzie. Jako nauczyciele jesteśmy usługodawcą usługi pod nazwą EDUKACJA. Edukacja to specyficzna usługa – ale usługa. I jak każda usługa może być na niskim lub wysokim poziomie- w zależności od umiejętności usługodawcy czyli naszych. Uczeń to nasz klient. A klient to nasz pan. Od nas nauczycieli zależy czy będziemy go szanować i cenić i sprawiać, że będzie chciało mu się chcieć, czy utrudniać mu życie. Mamy wiedzę (często większą od ich rodziców) zdobytą na studiach i w długoletniej praktyce i to my decydujemy jak tą wiedzą wykorzystamy. Więc drodzy nauczyciele, wszystko w naszych rękach i książki i zeszyty i tablety i komputery i myśli i uczynki naszych wychowanków, przychylność bądź jej brak rodziców i ich dzieci. Jeśli my ich polubimy oni polubią nas.

             
    • ~jan

      1 stycznia 2015 o 01:34

      do ula to twoje dziecko jest wyjątkowe i przedszkole też ; a poza tym nie wszystkie dzieci w wieku 6 lat są tak samo rozwinięte emocjonalnie i intelektualnie

       
    • ~barakuda

      1 stycznia 2015 o 14:34

      -Ula , zgadzam się z panią, dzieci w tym wieku znają już literki i liczą przynajmniej do 10-ciu, umieją dodać 2 cukierki do 3-ech i wiedzą że maja 5 cukierków. Są to dzieci wychowywane przez rodziców- nie chowane przez rodziców.

       
  5. ~magda

    31 grudnia 2014 o 19:33

    Umiejętność pisania i czytania nie jest jedynym wyznacznikiem gotowości szkolnej. Dziecko musi być odpowiednio rozwinięte emocjonalnie i społecznie aby odnaleźć się w nowej sytuacji. I to chyba ważniejsze bo czytać i pisać to w założeniu ma nauczyć szkoła.

     
  6. ~Mirek

    31 grudnia 2014 o 19:58

    Nikt z Was nie wie dlaczego sześciolatki są w szkole? ZUS! Ktoś musi łatać dziurę.

     
  7. ~Czesława

    31 grudnia 2014 o 20:01

    Jestem babcią dwóch chłopców. Starszy poszedł do klasy 0 w wieku 5lat i 5 mies W tej chwili jest w trzeciej klasie -pisze piękne wypracowania ,jest wysportowany-gra w tenisa.Drugi w wieku 2 lat znał cały alfabet ,w wieku 2 lata i 9mies potrafił przeczytać 3- ,4-literowe słowa .Teraz jako 5-letnie dziecko czyta swoje książeczki -ZE ZROZUMIENIEM, Świetnie liczy ,interesuje się koszykówką i zespołem KISS. Z mojej perspektywy wygląda to tak : Rodzice pozwólcie swoim dzieciom

     
    • ~Agata

      31 grudnia 2014 o 22:24

      Widzę ,że się przechwalasz . Mój syn w przedszkolu także sobie świetnie radził majac 5 lat potrafił czytać, pisać ,liczyć znał alfabet, no, nie grał w tenisa i wiesz co dzisiaj chodzi do gimnazjum i wcale już takim „orłem ” nie jest. Pani przedszkolanka namawiała mnie ,żebym wysłała dziecko rok wczsniej do szkoły , nie zgodziłam się i jestem z tego bardzo zadowolona Ja mojemu dziecku roku beztroskiego dziecinstwa nie zabrałam ;)

       
      • ~Iza

        31 grudnia 2014 o 23:27

        Oczywiście, że tempo wczesnego rozwoju może mieć się nijak do tempa w późniejszych latach. Tylko pytanie, czy rok nudzenia się w przedszkolu czy zerówce akurat wtedy, kiedy dziecko samo z siebie chciałoby pójść dalej i nauczyć się więcej, bo akurat jest na etapie chęci, nie jest właśnie czynnikiem hamującym i zniechęcającym do nauki w ogóle… Moje dorosłe dzieci do tej pory mi wypominają ten rok potwornej nudy w zerówce – a nie zostały pchnięte wyżej, bo zwyczajnie były zbyt drobne fizycznie wg Poradni.

         
      • ~gloria55

        1 stycznia 2015 o 09:23

        Fakt ze dzieciak, ktory byl wspanialy,przestal byc wspanialy nie ma nic wspolnego z jego pojsciem wczesniej do szkoly. Przeciez posylamy do przedszkola w roznym wieku.Dzieci w przedszkolu wchodza w obce srodowisku i ucza sie zyc w spoleczenstwie. W przedszkolu tez sa zajecia np wierszyki, ukladanki, rysunki itd. Nie rozumiem jaki problem czy nazwiemy instytucje „szkola” czy „przedszkole” bo i w jednej i w drugiej jest nauka. Czasami dziecko traci ochote do aktywnosci z winy sytuacji w domu.

         
      • ~Czesława

        1 stycznia 2015 o 10:23

        Agato ,nie chodzi o przechwałki .Teraz wszystkie dzieci rozwijają się szybciej.Jest telewizja dla dzieci ,internet,maluchy korzystają z telefonów .Jest mnóstwo układanek,gier i zabawek o których nawet nie mogłyśmy marzyć ,ani ja, ani nawet młodsza Ty.Jest też teraz tak ,że rodzice są bardzo zapracowani i nie zawsze mogą ogarnąć to co maluchy przyswajają. Uważam że dobry nauczyciel ,pedagog potrafi szybciej i lepiej dotrzeć do małego człowieczka i wcale nie chodzi „produkcję orłów”. ŻyczęTwojemu synowi żeby wyrósł na porządnego człowieka,który wie czego chce od życia.

         
      • ~barakuda

        1 stycznia 2015 o 14:43

        - Agata , może nie jest teraz ” już takim orłem” bo mu na to nie pozwoliłaś ??/. A jakie on miał „dzieciństwo” przez ten rok ?, bawiłaś się z nim?, czytałaś mu książeczki ?, uczyłaś go poznawać świat ? czy może robił co chciał? – ganiał bez celu, gapił się w telewizor, przeszkadzał Ci i mówiłaś -zajmij się czymś,pobaw się , uspokój się itd ?? Wychowywałaś go przez ten rok czy po prostu chował się zdrowo ??? Zastanów się dlaczego teraz ” nie jest już orłem”!!!

         
    • ~jan

      1 stycznia 2015 o 01:40

      babcia; nie wszystkie dzieci rozwijają się tak samo; niektore nawet w wieku 7 -8 lat nie potrafią czytać i pisać
      a nawet są przypadki 8-9 latkow co nie mogą dać sobie rady z pisaniem i czytaniem; to nie wrzucaj wszystkich dzieci do jednego wora bo nawet dobry nauczyciel nie da sobie rady ze wszystkimi

       
      • ~małgosia

        1 stycznia 2015 o 16:24

        okej, ale na pewno to, że 8-latek nie potrafi czytać czy pisać nie wynika z niewłaściwie określonego ustawowego wieku szkolnego. często wynika to z zaniedbania dziecka we wcześniejszych latach przez rodziców, albo przedszkole. jest w choinkę rodziców, którzy nie kapują jak ważny jest ICH wkład poprzez ICH zabawy z dzieckiem, pokazywanie mu świata PRZEZ NICH, w domu, popołudniu, w weekend, w wakacje. ich zaangażowanie. czasem ludzie mają tak ciężką sytuację życiową, że nie są w stanie tego zrobić, ale ustawowy wiek szkolny nie ma tu nic do rzeczy. nauczyciel co najwyżej powinien się wysilić ile się da, wiadomo że pewnie cudu nie będzie, ale próbować ile się da powinien. szukać nowych sposobów, wymyślać,a nuż da to efekt. a jeśli dziecko w wieku 8 lat nie potrafi czytać i liczyć do kilku (przy pełnym zaangażowaniu nauczyciela we wcześniejszych etapach) to problem jest poważniejszy, pytanie czy wynika z fizycznej ułomności dziecka, może nawet z choroby, czy sytuacji rodzinnej czy jeszcze z innego powodu, ale to już jest sprawa do rozpatrzenia przez odpowiednie osoby, czasem podmioty. przecież wiadomo, że na każde dziecko i jego sytuację należy patrzeć w sposób zidywidualizowany, to oczywistość

         
  8. ~Czesława

    31 grudnia 2014 o 20:50

    Jestem matką dwóch córek i babcią dwóch wnuków. Starszy poszedł do klasy 0 w wieku 5lat i 5 mies W tej chwili jest w trzeciej klasie -zadania matematyczne rozwiązuje bardzo szybko ,pisze piękne wypracowania ,jest wysportowany-gra w tenisa .Drugi w wieku 2 lat znał cały alfabet ,w wieku 2 lata i 9mies potrafił przeczytać 3- ,4-literowe słowa .Teraz jako 5-letnie dziecko czyta swoje książeczki -ZE ZROZUMIENIEM, Świetnie liczy ,interesuje się koszykówką klockami LEGO,samochodami i muzyką zespołu KISS/niewiarygodne ale prawdziwe/. Z mojej perspektywy wygląda to tak :RODZICE POZWÓLCIE SWOIM DZIECIOM ROZWIJAĆ SIĘ .Szczęśliwe dzieciństwo to niekoniecznie wyłącznie lalki , koniki na biegunach i samochodziki.Dzieciom do prawidłowego rozwoju oprócz rodzicielskiej miłości potrzebne są mądre odpowiedzi na ich pytania .Jeśli zapracowani są rodzice i dziadkowie to zostaje nam szkoła i nie chodzi tylko o wiedzę ale o zasady moralne i wszystko co buduje kręgosłup małemu człowiekowi.Drodzy rodzice -szkołę i nauczycieli należy wspomagać bo wykonują za Was kawał ciężkiej pracy „Obyś cudze dzieci uczył” brzmi chyba chińskie przekleństwo

     
  9. ~Gracja

    31 grudnia 2014 o 23:39

    Od lat mieszkam poza granicami kraju. Moje dzieci przeszly juz caly cykl edukacyjny( prawie)i zaczynaly nauke w zerowce w wieku 5 lat. Starsza corka, kiedy zaczynala nauke nie znala ani jednego slowa w jezyku , w ktorym przyszlo jej pobierac nauke, Kiedy konczyla pierwsza klase byla juz najlepsza uczennica w klasie; pisala, czytala i mowila tak jakby to byl jej pierwszy jezyk. Mlodsza miala troche latwiej, bo idac do zerowki troche juz mowila w drugim jezyku. Zatem w ich przypadku do mlodego wieku dolozyl sie problem bariery jezykowej. Moge z reka na sercu powiedziec,ze nigdy nie mialam problemow z brakiem dojrzalosci emocjonalnej i nie slyszalam o powazniejszych problemach( typu opisanych w tym blogu) od innych rodzicow, czy nauczycieli. Zwyczajnie , jezeli rodzic bedzie traktowal swoje dziecko jak bobasa do wieku 4-5 lat to bedzie mial takie efekty j.w opisane. Bycie rodzicem to nie tylko zapewnienie mu najnowszych zabawek by popisac sie , ale glownie bycie z dzieckiem, rozmowy , madre zabawy dostosowane do wieku, przekazywanie wiedzy tak by dziecko moglo zrozumiec i umialo ja wykorzystywac . To takze , wspolpraca ,ze szkola , umacnianie w dziecku przeswiadczenia,ze Pani nauczycielka/Pan nauczyciel jest madra/y i to co robi, robi slusznie. Moje dzieci nie mialy problemow w szkolach, uczyly sie, bo chcialy, bo widzialy w tym sens. Obecnie moga pochwalic sie dyplomami jednych z najlepszych uczelni, a starsza studiuje , po zdobyciu juz dyplomow na 2 kierunkach, na jednej z najlepszych uczeli swiata( majacej wsrod swoich absolwentow,czy profesorow, wielu noblistow, czlonkow rzadow wielu krajow, politykow, pisarzy, naukowcow).Pojscie do szkoly w wieku 5 lat w niczym moim dzieciom nie zaszkodzilo. Nie zaszkodzilo tazke wszystkim mi znanym dzieciom , doroslym juz i takze bedacym obecnie w wieku 6-10 lat. Calkowicie popieram wyslanie dzieci do zerowek w wieku 5 lat.
    Gracja

     
    • ~Zosia

      1 stycznia 2015 o 22:41

      I znowu nie na temat. Rozmawiamy o polskiej szkole.
      A poza tym to, ze twoje dzieci były dojrzałe emocjonalnie to nie reguła dla wszystkich. Warto popatrzeć trochę dalej niż na czubek swojego nosa

       
  10. ~Przemysław

    1 stycznia 2015 o 00:25

    „Na głupca, który wymyślił, że dziecko nie może mieć SWOJEJ książki, w której rysowałoby ulubione zwierzątko, naklejałoby naklejki” Bo książka nie jest od tego, żeby po niej pisać i cokolwiek do niej wklejać. To jest właśnie debilizm nastawiony tylko i wyłącznie na kasę. Podręcznik to jedno, a zestaw ćwiczeń to drugie. Kiedyś taki podział funkcjonował i nie powiem by komuś to na złe wyszło (ot po prostu drukowało się więcej ćwiczeń niż podręczników, bo te drugie były wielokrotnego użytku – tj. można było jeszcze odsprzedać czy zostawić do młodszego dziecka). A teraz? Z jednej książki się uczymy, rysujemy, kolorujemy i jeszcze naklejamy (ot właśnie między innymi po to by nie można użyć drugi raz są kolorowanki i naklejki). Reforma szkolnictwa miała przynieść m.in. lepsze i wcześniejsze wyspecjalizowanie, nastawienie na rozumienie tekstu i większą kreatywność. Ktoś jest w stanie powiedzieć co rzeczywiście z powyższych osiągnięto? Bo mam wrażenie, że zupełnie nic.

     
  11. ~Bozena

    1 stycznia 2015 o 00:44

    Ludzie, co Wy tak panikujecie z tymi 6 latkami. Moje dziecko ma 4 lata, chodzi do junior infants do szkoly w Irlandii i jakos daje rade. Czy to tylko polskie dzieci sa jakies ulomne, czy to ich rodzice wariuja. To juz nawet dzieci sa opoznione, a ja myslalam, ze tylko nasza gospodarka…

     
    • ~Zofia

      1 stycznia 2015 o 13:46

      Nie można porównywać szkołę w UK, czy Irlandii. Tam nauczyciele, szkoła JEST przygotowana do nauki 4, 5, latków. I to trwa od wielu, wielu lat.
      Natomiast w Polsce… ot, ktoś wpadł na pomysł, żeby tak , jak w UK i …”zrobił” REFORMĘ ( za która wziął nagrodę). Tylko polskie szkoły nie są przygotowane!!!. Na domiar złego w IV klasie idzie się „po staremu” i zaczyna się ” pod górkę. Dzieci nie nadążają.

       
  12. ~Kazimierz

    1 stycznia 2015 o 01:13

    Nie nalezy przykladac jednej miary do wszydtkich dzieci! Kazde dziecko jest inne tzn niepowtarzalne i nie wolno go wtlsczac w ramy, ktore do niego nie pasuja.

     
    • ~Ruda

      1 stycznia 2015 o 20:03

      Nasze dzieci nie są ułomne tylko system nie jest dopasowany do potrzeb dzieci. Dobrze że któreś dziecko jest inteligentne, moja 4letnia siostra też, ale nie każde dziecko zna alfabet w wieku 2 lat( wyczyn to w tym wieku składanie logicznych zdań a co dopiero świadomość znania alfabetu). W dodatku dochodzą tutaj też problemy logopedyczne części dzieci( brat mojego przyjaciela niemówi prawie wogóle mimo 5ciu lat). Na zachodzie te problemy są rozwiązywane ponieważ tamtejszy system działa bo, przed wprowadzeniem, był dopracowany na ostatni guzik podczas gdy w naszym kraju pani” ministra” wraz z doradcami stwierdziła że my takie Zajebiście inteligentne dzieci, które załatają bez problemu dziure budżetową, że niepotrzebne jest dopracowanie go. Co ciekawe dużo, ba praktycznie cały kraj był przeciwko OBOWIĄZKOWEMU uczęszczaniu 6ciolatkom do szkoły. Dlaczego nie odbyło się referendum? Ponieważ w tym czasie cała Europa wraz z mediami była zwrócona w strone konfliktu na Ukrainie( fachowo się to nazywa tematem zastępczym, by odciągnąć uwage). Co zrobili ministrowie: skoro nie ma sprzeciwu, możemy wprowadzać. A potem było już tylko z górki…

       
  13. ~jan

    1 stycznia 2015 o 01:44

    dajmy dzieciom dzieciństwo a nie wyścig szczurow od 6 lat; czy wszystko co przychodzi z zachodu jest godne naśladowania ? ludzie miejcie trochę rozumu

     
  14. ~Robert

    1 stycznia 2015 o 01:57

    Ale mi problem – o ćwiczeniach nie słyszeli?Tańsze,lżejsze do targania i jako suplement do podręcznika jednorazowe dla każdego ucznia do kupienia oczywiście.

     
  15. ~ja z daleka

    1 stycznia 2015 o 05:32

    Mieszkam w Wielkiej Brytanii. Moi synowie poszli do szkoly majac 5,5 ( tak piec I pol roku). Bez znajomosci jezyka. Od poczatku uwielbiali szkole. Do tej chwili ( 12 lat. Druga klasa gimnazjum) do szkoly chodzic lubia I ucza sie bardzo dobrze. Nie rozumiem , dlaczego tak bijecie piane o szescioletnie dzieci w szkole. Moze to nauczyciele nie sa przygotowani I sie boja wyzwan? Nie zabralam moim dzieciom dziecinstwa ale dalam im szanse wczesniejszej integracji. I jak do tej pory to owocuje. Przeraza mbie natomiast to , nz co wy nauczyciele pizwalacie dzieciom w polsk8ch szkolach. Supelny brak szacunku dla szkoly I uczacych. Tak. To tez wasza wina. Brak wspolpracy z rodzicami. Przestancie sie rozczulac I wezcie sie za mlodziez bo rosna rozwydrzone frocki bezuzyteczne dla spoleczenstwa.

     
    • Agnieszka

      1 stycznia 2015 o 08:06

      Nie możemy chyba porównywać realiów Wlk. Brytanii i Polski. Mój synek jest obecnie w przedszkolu, w 5-latkach. Doskonale się tam, jak to Pani określiła, integruje, nawiązuje pierwsze przyjaźnie. Uczy się także, ponieważ codziennie odbywają się zajęcia, nauka literek, kształtów itd. Po co to zmieniać. Jeżeli chcemy przyspieszyć edukację po to, żeby wykorzystać możliwości dzieci, to właśnie w przedszkolu, gdzie maluchy czują się bezpiecznie, gdzie są posiłki, możliwość położenia się na kanapie itd., gdzie toalety i umywalki są dostosowane do wzrostu dzieciaków. I gdzie na przerwach dzieci nie będą popychane przez rozwrzeszczany tłum. A to, co Pani pisze na temat „zupełnego szacunku dla szkoły i uczących”, to jest zupełnie inna historia. Takie nastawienie niestety dzieci wynoszą z domu.

       
  16. ~Svelge

    1 stycznia 2015 o 08:35

    Czynie są od tego zeszyty Pani Nauczycielko?
    Mnie uczono, że ksiązki się szanuje ,Nawet te własne.

     
    • Agnieszka

      1 stycznia 2015 o 08:51

      Niestety, wątek ten wraca w wielu wypowiedziach, co świadczy o tym, że nie macie Państwo pojęcia, o czym mowa. Wyjaśnię: jakiś czas temu pojawił się nowy typ podręczników do języków obcych – w książkach tych się pisze, zaznacza odpowiedzi do zadań ze słuchu, koloruje się, wkleja itd. Byłam temu bardzo przeciwna, ponieważ pracuję w środowisku, gdzie wiele dzieci odkupuje książki od starszych kolegów – i część dzieci miała już książki wypełnione. Łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo „zainteresowane” i „zmotywowane” do pracy na lekcji są takie dzieciaki. Ale nauczyciele jak zwykle mają najmniej do gadania, ktoś tam na górze zadecydował, ktoś takie książki zatwierdził. Ja też, jak większość osób tu komentujących, uważam, że to powinno się robić w zeszytach ćwiczeń albo we własnych zeszytach.
      Kiedy pani minister w ostatniej chwili, tuż przed wakacjami, wyskoczyła ze swoim pomysłem, aby dzieciaki oddawały książki do biblioteki, wydawnictwa nie zdążyły zareagować i stworzyć nowych podręczników. Tak więc dzieci dostały te właśnie, z miejscami na rysunki, z naklejkami, z zadaniami ze słuchu, w których nie wolno im zaznaczyć odpowiedzi itp. Nikt mi nie powie, że to jest zrobione mądrze i dobrze. Takich rzeczy nie robi się na łapu-capu.

       
  17. ~kas

    1 stycznia 2015 o 09:16

    A czy wielkim problemem byłoby Np. Wydrukowanie 2kartek małoformatowych obrazków, wycięcie ich i rozdanie dzieciom do przyklejania w zeszycie? Po co płacić za durne, drogie podręczniki dzięki którym dzieci przez rok czasu nauczą się 30słówek!?

     
    • ~Monika

      1 stycznia 2015 o 12:22

      Tylko weź pod uwagę, że szkoły mają problem z tzw. pieniążkami na ksero. Dotychczas rodzice musieli płacić za podręczniki, ale nie wiem, czy będą chcieli płacić „na ksero”.

       
  18. ~Grażyna

    1 stycznia 2015 o 11:03

    Popieram!!!

     
  19. ~Ona

    1 stycznia 2015 o 11:18

    Ludzie…. Tu nie chodzi o to, czy nawet 4-latek czyta i pisze. Sama jestem dzieckiem, które zostało kiedyś wysłane do szkoły rok wcześniej. Całą szkołę podstawową byłam najlepszą uczennicą w klasie, w liceum odbierałam stypendium naukowe. Moja koleżanka poszła rok wcześniej do szkoły, chciano ją przerzucić jeszcze wyżej, ale się nie zgodziła. Córka samej dyrekcji poszła rok wcześniej do szkoły. No i co z tego, że byłyśmy super uczennicami. Ale istnieje coś takiego jak niedojrzałość emocjonalna! Dzieciństwo i niedojrzałość odkuły się w nastoletnim wieku wagary, anoreksje, złe towarzystwo, niechęć do szkoły. Wszystkie wcześniej idące do szkoły dzieci to przerabiają później! Rodzice wszystkich tych uczniów zgodnie przyznają, że drugi raz nie popełniliby tego błędu. Nawet intelektualne dziecko zostaje dzieckiem i tyle.

     
  20. ~maciej

    1 stycznia 2015 o 11:26

    Ad „chłopiec tylko o pieskach” i „chłopiec z siusiakiem” – pytanie, czy obu nie należałoby dokładnie obserwować w celu potwierdzenia, albo wykluczenia zaburzeń zachowania (np. zespołu Aspergera).

    Jakoś ostatnio media donoszą, że nauczycielom zdarza się czepiać osób, które okazują się być chore (np. szkoła Butterfly w Toruniu), albo nie respektować zaleceń, zawartych w orzeczeniach o potrzebie kształcenia specjalnego oraz w podobnych opiniach (to oczywiście inna bajka, bo dotyczy stanów zdiagnozowanych).

     
    • Agnieszka

      1 stycznia 2015 o 11:43

      Ale dlaczego zaraz „czepiać”? Nie czepiałam się. Poradziłam sobie, lekcja przecież trwała dalej. Tutaj napisałam, jak było – wyraziłam swoje zdanie. Chłopiec od piesków jest po prostu bardzo gadatliwy, a przy tym niedojrzały, chciał rozmawiać o wszystkim i nie przyjmował do wiadomości, że trwa lekcja i że nie on jest w centrum uwagi. Widziałam kilku aspergerowców i przykro mi (choć właściwie to właśnie nie jest mi przykro), ale to zupełnie nie ten typ. Co do chłopca z siusiakiem, być może tak zareagował na zmianę pani. Jak pisałam, byłam tam na zastępstwie. Ale tym się między innymi różni szkoła od przedszkola, że zdarzają się takie sytuacje – inna pani, inna klasa, inne dzieci wokół. Na tym między innymi polega dojrzałość szkolna, aby sobie z takimi sytuacjami radzić bez miętoszenia siusiaka.

       
  21. ~Daria

    1 stycznia 2015 o 11:26

    A ja mam czwórkę dzieci i szlag mnie trafia jak co roku wydaję ok 1500 do 2000 tys na podręczniki, które dziecko zniszczy i jedno po drugim nie może skorzystać, a tym bardziej do jęz obcych, które są dwa razy droższe. A w ogóle to podręczniki ćwiczeń są do wyklejania i uzupełniania a te ma kupować rodzic a szkoła wypożyczyć.

     
    • Agnieszka

      1 stycznia 2015 o 11:41

      Przecież nie mam nic przeciwko temu, aby szkoła miała podręczniki w bibliotece. Jak najbardziej. Podobnie jak nie mam nic przeciwko temu, żeby sześciolatki rozpoczynały naukę w szkole. Kluczem jest tu słowo: przymus. Ja nie chcę. I tyle. Chcę kupić mojemu synkowi nową książkę. Mam prawo? Dlaczego pani minister decyduje za mnie? I chcę, aby poszedł do szkoły jako siedmiolatek. Mam prawo? Znam swoje dziecko i wiem, że czyta i liczy lepiej niż niejeden ośmiolatek. Ale w szkole się nie tylko liczy i czyta. Jako jego matka WIEM, że nie jest gotów do tego, żeby siedzieć codziennie w świetlicy do 15 lub dłużej z dziećmi starszymi od niego o 6 lat.

       
  22. ~ewa

    1 stycznia 2015 o 11:45

    Czepiasz sie, „musi korzystać z brudnych, podniszczonych podręczników, bo tak zadecydował ów ktoś, nie bacząc na to, że ja jako rodzic sobie mogę tego nie życzyć.”, mam 60 lat, za moich czasow podreczniki przechodzily z dziecka na dziecko, po 2-3 latach, nie byly moze czyste ale rodzice nie musieli rok rocznie wydawac fortuny. A jezeli chodzi o 6 latki w szkole, to rodzice boja sie tej szkoly a nie dzieci. Ale jak maja wolny czas, to nie zajmuja sie nimi jak nalezy. Mieszkam w Niemczech, moja corka z rodzinaa przyjechala tu tez, wnuczka miala 2,3m-ce, od 3 roku zycia chodzi do przedszkola, tu psycholodzy decyduja czy dzecko jest dojrzale do szkoly. Teraz mala ma 5,5 roku, ostatnio zaskoczyla mnie w przychodni odczytujac nazwisko lekarza, na moja prosbe doczytala cala tablice i rozumiala co czyta. Do tej pory znala litery ale na laczenie ich w wyrazy nie miala ochoty. To samo z liczeniem, dodawaniem i odejmowaniem. Nikt jej nie zmusza. Staly butelki z woda. Slucham, a ona sama do siebie liczy, 2 plus 5 jest siedem, no to zaczelam jej zadawac pytania, potrafila w yakresie 7 dodac i odjac. Dzieci sa z natury ciekawe, trzeba zwracac uwage na to co mowia, jak sie bawia i probowac „sprzedac”, cos wiecej a nie wsadzic nos w komputer czy telewizor, zajac sie dzieckiem a nie zwalac na nauczycieli. Oni maja do ogarniecia cala gromadke a rodzice 1-2 swoich dzieci. Rodzicielstwo zobowiazuje.

     
    • Agnieszka

      1 stycznia 2015 o 11:52

      Proszę przeczytać moją odpowiedź do postu Darii oraz Svelge. Nie mam nic przeciwko używanym podręcznikom. Sama z takich korzystałam, moi starsi synowie również. Chodzi mi o to, żeby nikt nie decydował za mnie. Niech mnie nikt nie uszczęśliwia na siłę. Niech pani minister zadba o to, żeby każde dziecko MOGŁO mieć dostęp do darmowych podręczników, ale niech przygotuje taką zmianę z sensem. Bo tak jak w tej chwili, kiedy książki są zaprojektowane tak, by dzieci w nich rysowały i naklejały, a tymczasem mogą sobie na te naklejki jedynie popatrzeć, to jest fuszerka. I ja w takiej sytuacji wolałabym wydać te 40 złotych więcej i kupić mojemu dziecku książkę.

      A przy okazji tym, którzy sądzą, że naklejki to strata czasu, przypominam, że dzieci uczą się różnie, bo mają różne typy inteligencji i różne style uczenia się. Jedne wolą pisać i rysować, drugie tylko patrzeć, inne słuchać, a jeszcze inne potrzebują coś pokombinować paluszkami albo tańczyć, skakać itd. I my mamy w klasie dwadzieścia parę tak różnych istotek, w dodatku niektóre kompletnie niedojrzałe emocjonalnie.

       
      • ~Asia

        1 stycznia 2015 o 12:32

        Moja 7 letnia córka poszła teraz do 1 klasy. Otrzymała darmowy podręcznik, który ma służyć kolejnym uczniom w następnym roku. Do tego podręcznika zestaw ćwiczeń w, którym piszą, wklejają naklejki i rysują.
        To samo z angielskiego. Otrzymała podręcznik a do tego ćwiczenia których nie trzeba nigdzie oddawać.

        Czy w takim razie szkoła mojej córki jest wyjątkiem?
        Czy do darmowych podręczników Wasze dzieciaki nie otrzymały zeszytów ćwiczeń?

         
      • ~Maryla

        1 stycznia 2015 o 13:15

        Przeczytałam wszystkie wypowiedzi, nie da się zadowolić wszystkich. Sama mam prawie 52 lata, 5cioro dzieci. Troje z nich uczęszczalo do szkoły w Polsce, tylko najstarszy syn skończył podstawówkę – gimnazjów jeszcze nie było. Dwie córki kontynuowały naukę w Nowej Zelandii. Tam też zaczęły naukę najmłodsze dzieci. W wieku 5 lat. System jest inny. Dziś masz 5te urodzinki, jutro idziesz do szkoły. Nie jest ważne kiedy zaczyna się rok szkolny, ważne jest kiedy dziecię ukończylo 5lat. I maluchy z chęcią biegają do szkoły, bo ta przygotowawcza klasa to jak przedszkole, tylko troszkę więcej wiedzy.
        Teraz mieszkam w Australii i system jest bardzo podobny, jeśli chodzi o wiek szkolny.
        Co mnie jednak bardzo denerwuje to fakt, że dzieci nie mają właściwie żadnych podręcznikow, tylko kopiowane karki wklejane do zeszytów. Pod warunkiem, że jej nie zgubią, celowo lub nie. Jak nie widzę wklejanki, to nie jestem pewna czy jest jakieś zadanie domowe czy nie. Nie mam żadnej kontroli. Za każdym razem muszę słać emaila do nauczycielki. W klasie jest 25 dzieci, niech tylko połowa rodziców śle emaile z takim kretyńskim pytaniem, to ile czasu traci nauczyciel odpowiadając na nie:?? Po co to? Nie lepiej jednak mieć podręczniki?
        Nie! Dzieci nie powinny nosić ciężkich plecaków!!!
        No, ja nosiłam zeszyty i książki do i ze szkoły, krzywda mi sią nie stała, garb nie wyrósł, dlaczego więc obecne pokolenie jest traktowane jak inwalidzi od urodzenia?

         
      • ~a

        1 stycznia 2015 o 13:19

        Rodzicom się w głowie poprzewracało. Mam 3 dzieci – jedno w podstawówce, dwoje jeszcze przed. „Brak gotowości szkolnej” to wg mnie problem BRAKU GOTOWOŚCI SZKOLNEJ RODZICÓW a nie dzieci. To co obserwuję czasem podczas imprez dla dzieci w domu doprowadza mnie do wniosku, że dzieci z powodu rodziców nie mają szans na osiągnięcie gotowości szkolnej nawet w wieku 40 lat…. A propos książek. Szlag mnie trafia jak widzę „książki do wszystkiego”, w których w dodatku należy bazgrolić, wklejać, itp. Książka to książka i należy jej się szacunek. Bazgrolić można w zeszycie / zeszycie ćwiczeń. Mam w domu bibliotekę z niektórymi dość cennymi pozycjami. Jak wpuścić tak „naumiane” dziecko do biblioteki? A pani dyrektor w szkole mojego dziecka w kontekście lektur wygłasza tezy, że „dzieciom należą się nowe książki” (w sensie, że książka przeczytana n razy jest zużyta…).

         
  23. ~Agata- nauczyciel w polskiej oświacie

    1 stycznia 2015 o 12:30

    Broń cię panie boże od takiej nauczycielki. 6-latki czy inne dzieci, są jakie są. Żadna pani minister nie opracuje pani nauczycielce konspektu i nie pokaże palcem, z których pomocy ma korzystać i jakie metody ma stosować, żeby było skutecznie nauczone. To do nauczyciela należy dobór metod i pomocy w zależności od wieku, możliwości potrzeb itd . dziecka, a także zakresu tematycznego i celu jaki ma osiągnąć. Nikt za panią tego, moja droga, nie zrobi – za to bierzemy my nauczyciele pieniądze. I choćby nie wiem ilu ministrów rządziło, program, metody i pomoce dobierają sobie sami nauczyciele, pani minister nie ma na to wpływu. Tak jak i na brak gotowości nauczycieli do zmiany nastawienia: że to nauczyciel jest dla dzieci, a nie dzieci dla nauczyciela. W UK czy innych krajach, których systemy edukacyjne podziwiamy- już dawno o tym wiadomo. Dlatego tak nam się podoba system edukacji w EU. A swoją drogą – nauczyciel w Anglii pracuje w szkole nieco dłużej niż polscy nauczyciele, który natychmiast po dzwonku zwija torebkę i pędzi na korepetycje – płatne. I na tych korepetycjach nie kręci nosem na niedorozwinięte dzieci, które się wiercą, opowiadają o bolącym kolanie (żeby zwrócić na siebie uwagę), albo się onanizują (z nudów), dzieci, które trudno zmotywować, czy zachęcić do poznawania nowych treści- a przecież to te same dzieci, które przed godziną siedziały w szkolnej ławce i przeszkadzały pani nauczycielce. Bo pani nauczycielka idąc na lekcje z 6 latkami, spodziewała się, że zobaczy tam UFO – co za niespodzianka!!! – w klasie siedziały 6 latki.
    I mała uwaga na koniec: gdyby 6 latki umiały czytać, pisać, liczyć, myśleć etc.- poszłyby na studia, a wtedy nie potrzebna by była pani praca.
    No cóż- wszystkiemu pewnie winna pani minister.
    Nauczycielka -30 lat pracy.

     
    • Agnieszka

      1 stycznia 2015 o 13:09

      Proszę czytać ze zrozumieniem. Mój wpis dotyczył wrzucania wszystkich dzieci do jednego worka. Dotyczył odbierania rodzicom prawa do decydowania, czy dziecko powinno iść do szkoły w wieku 6 lat. Reszta klasy ładnie pracowała. Zaproponowałam im interesujące formy pracy, bardzo chętnie brały w nich udział i byłam zdumiona, że tak niewiele dzieci potrafiło pod koniec lekcji powtórzyć cztery nowe słówka. Na podstawie tego jednego wpisu ocenia Pani, czy jestem dobrą nauczycielką? To naprawdę dobrze o Pani świadczy. Pracuję w szkole od lat 22 i nie spodziewałam się UFO. Ale też nie spodziewałam się penisa na wierzchu. A chłopiec nie onanizował się z nudów, bo robił to, odkąd zasiadł w ławce; jeszcze nie zdążył się znudzić. Ja w tym widzę reakcję nerwową na nową panią – a to między innymi objaw niedojrzałości szkolnej.

       
    • ~Magdalena

      1 stycznia 2015 o 14:25

      Pani Agato, niepojęte są dla mnie Pani zacietrzewienie i obraźliwy ton. Autorka nie sprawia wrażenia ani wyjątkowo konserwatywnej, ani nieprzygotowanej do pracy. Opisała lekcję i wielokrotnie w komentarzach powtórzyła, że starała się zainteresować dzieci materiałem oraz opisała, jak to robiła. Z tego, co przeczytałam, robiła to naprawdę dobrze. Dlaczego pani ją tak atakuje, zarzucając niekompetencję? Trudno mi także zrozumieć, dlaczego NAUCZYCIEL tak wypowiada się o innych nauczycielach. Prawie nigdy nie udaje mi się wyjść po dzwonku z klasy, bo wyjaśniam, tłumaczę, sprawdzam wstępne wersje prac itd. Jeżeli według Pani polski nauczyciel nie szanuje swoich uczniów i myśli tylko o płatnych korepetycjach… No cóż, jest takie polskie powiedzenie: „Sądzę ciebie według siebie.”

       
  24. ~kobieta-nie-typowa

    1 stycznia 2015 o 12:52

    Przyznam się, że nie bardzo rozumiem. Zamieszanie z podręcznikami już dawno przestałam ogarniać. Nie rozumiem dlaczego książki do nauki języków tak szybko tracą „ważność” skoro język w zasadzie się nie zmienia.
    Co roku przechodzę drogę krzyżową z tego powodu. Do każdego przedmiotu oprócz podręcznika są ćwiczenia i zeszyt. To one służą do pisania, wklejania i co tam jeszcze. Po jaką choinkę niszczyć książki,które tanie nie są? Kogo stać, niech kupuje nowe, ale gdy ktoś ma już trójkę w wieku szkolnym z chęcią skorzysta z wypożyczonych. Tym bardziej, że nauka języków w szkole w zasadzie niewiele ma wspólnego z prawdziwą nauką i bez dodatkowych prywatnych lekcji, dziecko niewiele z tego wynosi.

     
    • ~Maryla

      1 stycznia 2015 o 13:22

      Mój najstarszy syn miał szczęście być rocznikiem eksperymentalnym. Pierwszy rocznik kiedy najpierw wprowadzono religię w szkole, ostatni rocznik, który miał przyjęcie do 1szej Komunii w 3ciej klasie, i pierwszy rocznik, który zaczął naukę języka obcego w 4tej klasie zamiast w 5tej. Szokiem było nagłe wprowadzenie angielskiego w miejsce rosyjskiego. Super! Tylko nie było nauczycieli! Wiecie, czego dzieci się uczyły? Modlitw po angielsku, bo zatrudniono siostry misjonarki, które jako tako władały angielskim…. Co wy na to?

       
  25. ~andrzej

    1 stycznia 2015 o 13:30

    Jak to się dzieje, ze dziecko które uczy się języka obcego po kilku latach nie potrafi odpowiedzieć na najprostsze pytania typu ile masz lat, gdzie mieszkasz, etc. W tm roku spotkałem za granica w egzotycznym kraju 7 letniego dzieciaka (Ukrainiec), który bezbłędnie z dobrym akcentem potrafił po angielsku odpowiedzieć na takie pytania. (Ojciec pracuje na kontraktach za granica). U nas dzieci nie uczy się porozumiewania w obcym języku, tylko uczy się języka – i to cała różnica. Zawsze zniechęcało mnie uczenie formułek, czasów itp. Tymczasem mając nawet mały zasób słów można się porozumieć, a widząc efekty ma się chęć na pogłębienie wiedzy. Tymczasem u nas nauka języka polega na procesie odwrotnym od reguł do porozumiewania się. W efekcie 90% uczestników procesu nauczania jest sparaliżowanych ze strachu, ze powiedzą coś źle i będzie wstyd i w ogóle nie mówią!!! (A ilu nauczycieli wykpiwa błędne odpowiedzi uczniów, pogłębiając opory przed porozumiewaniem się?)

     
    • ~zoja

      1 stycznia 2015 o 14:33

      uogólniasz, są u nas dzieciaki dobrze mówiace po angielsku, sa tez zapewne za granicą takie, ktore sobie z tym źle radzą. wszystko zalezy od konkretnego nauczyciela i zdolnosci dziecka

       
  26. ~Maria

    1 stycznia 2015 o 14:34

    Pracuję z dziećmi różnymi od 1969 roku, obecnie już na emeryturze, jestem przerażona tym co słyszę i co się dzieje w dzisiejszej szkole.Pracowałam w Szkole Integracyjnej z pionem specjalnym i nikomu to nie przeszkadzało. Przyszła nowa Pani Minister zlikwidowała Szkolnictwo Specjalne?? Następnie zaczęto wprowadzać nowe podręczniki?/gdzie oszczędności/.Potem Gimnazja, teraz sześcioletnie maluchy,jakieś wyprawki,nowe podręczniki? Skróty z lektur,testy, a nie pisanie wypracowań Dokąd będzie trwał ten proces niszczenia Polskiego Szkolnictwa ??Kogo my wychowamy przy takim nauczaniu? Już teraz młodzi nie umieją czytać i pisać bez błędów?! Widać to w e-mail w internecie! To jest chore i b.szkodliwe dla nas i naszej Ojczyzny.Opamiętajmy się aby nie było za póżno?? Rośnie społeczeństwo podporządkowane komórkom, komputerom itp. a nie myślące samodzielnie, bez mózgowe ????????????????

     
  27. ~Anetta

    1 stycznia 2015 o 14:50

    Przecież możn dziecko odroczyć, i wystarczy isć do dyrektora szkoły z prośbą o odroczenie dziecka odo obowiązku szkolnego i dziecko pozostanie w przedszkolu.
    A w ogóle to bardzo się dziwię , przecież można przygotować dla dzieci własne karty pracy, teraz kiedy ksero jest ogólnie dostępne to dla twórczego nauczyciela nie stwarza problemu.
    A w końcu może panie uczące w klasach I docenia pracę nauczycielek z przedszkola

    Wszystkiego najleszego w Nowym Roku

     
  28. ~Agata - nauczyciel w polskiej oświacie

    1 stycznia 2015 o 16:15

    Pani Magdaleno, jestem nauczycielem od 30 lat. Obserwuję moje środowisko właśnie od tylu lat. Nie znam bardziej zacietrzewionej grupy zawodowej. Naszym zadaniem jest nauczyć i wychowywać, a nie: „starać się” uczyć i wychować. Jeśli ktoś się „stara” to może czasem mu wyjdzie…., a czasem nie. Ale przecież się starał. Nauczyciel ma nauczyć – takie jest jego zadanie- wszelkimi dostępnymi i uznanymi metodami oraz środkami. Skutecznie, metodycznie osiągać cel jaki sobie stawia każdego dnia – narzędziami jakie sobie wybierze. To jest nasze zadanie i praca do wykonania. Codziennie, krok po kroku, – czasem nie jest łatwo – wtedy zmienia się metody, formy, pomoce itd. Nie szuka usprawiedliwienia w niedojrzałości uczniów- to wina nauczyciela, że oni nie potrafią- to on ma prace polegającą na uczeniu- w zależności, od tego kogo uczy – szukamy sposobów – SKUTECZNYCH!!!! Jeśli nie umiem nauczyć, to znaczy, że coś jest u mnie nie w porządku, że coś nie działa. Może zbyt mało wiedzy, mało umiejętności, narzędzia nie te. Może za mało wiem o uczniach i ich sposobach uczenia się, funkcjonowania w klasie, poza nią. Dziwi mnie trochę tolerancja na udawanie, pozorowanie pracy ( bo „staranie” się to nie to samo co skuteczne wykonanie pracy). Wyobraża sobie Pani murarza, którego wynajmuje Pani do kafelkowania, a on zamiast murować będzie się starać murować- i co, jeśli nie położy kafelek?- zapłaci mu Pani? – przecież się starał. A jeśli murarz przyjdzie z gitarą zamiast kielni?– powie pani, że ma złe narzędzia?, czy to będzie jego wina, że źle dobrał narzędzia i nie zrobił swojej roboty – przecież się starał. Magiczne słowo: „stara się” usprawiedliwia brak skuteczności nauczycieli, wynikający z zastosowania nietrafionych metod, form, narzędzi, nieumiejętnie przekazywanych treści. To nie dzieci są odpowiedzialne za to, że my nauczyciele nie osiągamy założonego celu. Przecież się staramy. Przecież to inni są odpowiedzialni za naszą nieskuteczność – bo cóż począć jeśli rodzice nie nauczyli i nie przygotowali nam swoich dzieci do udziału w lekcji? Przecież się staramy. To pani minister jest winna, bo reformuje i przeszkadza uczyć.
    Drogi nauczycielu –Twój warsztat, lub jego brak powoduje, że nie potrafisz być skuteczny. Ale jest światełko w tunelu- do mistrzostwa można dojść- trzeba tylko chcieć. I wiedzieć, co należy usprawnić, jakie popełnia się błędy. I ćwiczyć, ćwiczyć, droga Pani (jak Małysz). I tego życzę wszystkim nauczycielom, którzy tak jak pani Agnieszka: „Mają wątpliwą przyjemność poprowadzić lekcję angielskiego w klasie złożonej głównie z sześciolatków”. Czas przywyknąć, bo sześciolatki są wśród nas i to się już nie zmieni. Zawsze można zmienić pracę na bardziej przyjemną. Do Siego Roku. (Bardzo mnie zabolało zdanie pani Agnieszki – o wątpliwej przyjemności prowadzenia lekcji).
    Nauczyciel w polskiej oświacie- zafascynowany od lat umiejętnością nauczycieli usprawiedliwiania własnej nieskuteczności.

     
    • Agnieszka

      1 stycznia 2015 o 16:24

      Pani Agato, ja się z Panią całkowicie zgadzam. Nie psioczę na mój zawód, przeciwnie – lubię go. Uważam się za skuteczną nauczycielkę. Opisałam lekcję, na którą poszłam w zastępstwie, na co dzień pracuję ze starszymi dziećmi, lecz ponieważ jakiś czas temu prowadziłam j. angielski w klasach I-III, nie spodziewałam się jakichś większych zmian. Owszem, byłam przygotowana na to, że dzieci nie będą w stanie usiedzieć w ławkach przez 45 minut. Stąd rozmaite zabawy (w odgadywanie, udawanie zwierzątek itd.) Wpis mój wziął się stąd, że rzeczywistość mnie zaskoczyła. Mój pogląd jest taki, że o gotowości 6-latka do nauki szkolnej powinien zadecydować rodzic. Ta lekcja utwierdziła mnie w owym przekonaniu. I tyle.
      A słowa „wątpliwa” użyłam oczywiście po fakcie. Przed faktem byłam pełna entuzjazmu. Ja naprawdę lubię uczyć.

       
  29. ~marta

    2 stycznia 2015 o 22:01

    Jestem matką dziecka które właśnie chodzi do przedszkola (bo musiało już iść) syn ma 5,5 lat. Czytałam, próbowałam zachęcić go do malowania, pisania, nie chciał bo go to nudziło. Wolał iść na podwórko, zabawy, jazda rowerem, piłka itp. Jest bardzo otwarty i bezpośredni, lubi poznawać inne dzieci. Teraz w przedszkolu okazuje się że ma problemy z ręka. Musi ćwiczyć malowanie itp. Emocjonalnie przygotowany jest na 1 klasę. Wiem że niektóre dzieci są ciekawe świata bardziej inne nie. Ale niech ludzie nie oceniają innych rodziców że zaniedbują swoje dzieci lub ich nie wychowują tylko dlatego że dziecko w wieku 6 lat nie umi pisać lub czytać czy też liczyć. Dodam że komputera nie posiadam a dziecko ogląda tv wieczorem godzinke jak leci bolek i lolek i reksio. Wiem że komentarz nie do końca adekwatny do tematu ale tak jakoś potok słów wylał mi sie po przeczytaniu paru komentarzy super ambitnych matek mających powyżej przeciętnej inteligentne dzieci. Dziekuje

     
  30. ~Twój Raj

    2 stycznia 2015 o 22:04

    Czytając twoje przygody z sześciolatkami to wysuwa się wniosek, że są to dzieci jeszcze nie przygotowane na naukę w szkole więc tym bardziej życzę powodzenia !!!!

     
  31. ~agnieszka

    22 lutego 2015 o 13:25

    popieram…uczę sześciolatki w klasie pierwszej…podręcznik tragedia..to nie jest ani elementarz choć tak go zwą ani dobra ksiazka….zaczynam karierę w szkole i jestem załamana….chce uczyć i odkrywać pasję do szkoły do uczenia się do rozwijania….;) ale na podstwie tych książek nawet nie da sie uczyć czytać sylab…dziecinie miały ó a w czytance jest wyraz królik kilka razy….jak dziecko ma sie uczyć : w połowie czytać…?

     
  32. ~Kizelotta

    8 maja 2015 o 15:57

    Nie jestem nauczycielką. Uważam ,że to jeden z najtrudniejszych zawodów ( i tu nic a nic się nie podlizuję). Znam temat jedynie z pozycji matki. Twój opis lekcji bardzo mnie ubawił :) Z doświadczeń jakie mam z moim Jasiem – mogę sobie wyobrazić ,że tak właśnie przebiegała Twoja lekcja. Jasiek zawsze miał dużo do powiedzenia na tematy okołolekcyjne ( na temat – rzadziej , bo przecież jest tyle ciekawych spraw do omówienia ,że na lekcję naprawdę szkoda czasu). Mogę współczuć , ale myślę ,że mimo wszystko na takich lekcjach z maluchami może być zabawnie :) A ile możemy się dowiedzieć o nas- dorosłych :). Taka to reflekcjea mnie naszła :)
    PS. Mam w najbliższej rodzinie 4 nauczycielki ( z teściową włącznie)

     
    • ~Kizelotta

      8 maja 2015 o 16:25

      W ostatnim Twoim Stylu (majowym) jest fajny artykuł o Agnieszce Grochowskiej i jej dziecku . Pokazuje jak bardzo nam się wydaje ,że wiemy lepiej co jest lepsze dla naszych dzieci. A tymczasem wystarczy posłuchać co mały człowieczek ma nam do powiedzenia :) Ot cała recepta