RSS
 

Jakoś się nie cieszę, czyli o sześciolatkach w szkole

12 sie

Zbliża się połowa sierpnia, a o tej porze chyba każdy belfer zaczyna – niestety – myśleć o szkole. Nie żeby zaraz tęsknić, ale myśleć. Co trzeba zrobić, o czym nie wolno zapomnieć i tak dalej. A skoro zaczęłam już o tym myśleć, to powrócił temat sześciolatków, bo mam pięcioletniego synka i za rok o tej porze razem będziemy się zastanawiać, jaki będzie ten kolejny rok szkolny.

Od razu zaznaczam, że nie należę do malkontentów. Rzadko narzekam na władzę, nie jestem chora na tę naszą polską chorobę, która objawia się psioczeniem na wszystkich i wszystko. Jednak tym razem nie zdzierżę.

Chciałabym zrozumieć, po jakiego grzyba ktoś chce mojemu dziecku zabrać rok bezpiecznego dzieciństwa w przedszkolu, które uwielbia, w którym nawiązał właśnie pierwsze przyjaźnie, w którym uczy się samodzielności w sposób spokojny, dostosowany do jego własnego tempa. Nie jest to żadne prywatne przedszkole; zwyczajna państwowa placówka niepozbawiona oczywiście wad. Ale moje dziecko może przychodzić, kiedy jest gotowe (bo na przykład rano dłużej musi, excuse moi, posiedzieć na kibelku) – a nie na dzwonek. We własnym tempie zjada posiłki – nie musi zmieścić się w czasie długiej przerwy, je w ciszy, uczy się zasuwać za sobą krzesełko, co jakiś czas pełni dyżur i staje się wtedy dzielnym pomocnikiem przy rozdawaniu sztućców. I tak dalej. Jak mu się zachce to i owo, to klozecik ma dopasowany do swojego wzrostu. Rączki umyje przy niziutkiej umywalce. Nie ma mydła – poprosi panią. Umyje ząbki po posiłku. Rozboli główka albo zwyczajnie zachce mu się spać – położy się na sofie. Idzie na spacer, uczy się spokojnego, bezpiecznego poruszania się po mieście. I tak dalej. Nie mówiąc już o zabawie, o umiejętnościach społecznych, które dziecko w ten sposób nabywa.

Ktoś uznał, że ważniejsze jest, aby dziecko jak najprędzej uczyło się literek i cyferek. Okej, niech i tak będzie. Ale wystarczyło przecież zmodyfikować program pracy pań przedszkolanek w najstarszej grupie. Dzieci uczyłyby się znacznie bardziej efektywnie w znanym sobie środowisku, czując się bezpiecznie.

Gdybym nie była nauczycielką, dałabym się może nabrać na te wszystkie zapewnienia, że szkoły są przygotowane na przyjęcie malców. Ale pracuję w szkole podstawowej od 20 lat. Figę są przygotowane – bo ich się nie da przygotować. A to dlatego, że problemem są tu dzieci. Uczniowie starszych klas. Tak po prostu.

Każdy, kto czasem zajrzy do szkoły na przerwie, zobaczy tłum rozwrzeszczanych młodych ludzi, którym żaden wulgaryzm świata nie jest obcy. Zobaczy rozpędzone dzieci, które biegają i walą rękami na oślep, bo akurat bawią się w czołgi. Zobaczy toalety bez papieru toaletowego – nie dlatego, że pani sprzątaczka nie uzupełniła braku, tylko dlatego, że starsi mieli akurat fantazję wrzucić całą rolkę do kibelka. Co jeszcze? Agresja, zwyczajna złośliwość ze strony starszych (i rówieśników też), gnanie przed siebie po schodach, bo dzwoni dzwonek (nie da się iść, młodsze dzieci w szkole niemal nie chodzą – tylko GNAJĄ), czasem setka dzieciaków na jednym korytarzu, ścisk w szatni, złośliwcy podmieniający innym buty i kurtki… Jest tego naprawdę sporo. Takie są realia.

Żeby nie było wątpliwości – ja lubię swoich uczniów, właśnie tych starszych, bo z nimi pracuję. Dostrzegam także ich zalety. Ale niestety nie mogę udawać, że szkoła nie ma wad, że jest miejscem przyjaznym i spokojnym. Nie jest. I nie ma w tym winy nauczycieli, uwierzcie mi. Nauczyciel zrobiłby wszystko, żeby zapanowała cisza, żeby wszyscy się lubili, zgodnie bawili i uczyli, żeby sobie pomagali. Podczas lekcji jest to do zrobienia. Niestety potem nadchodzi przerwa.

A już najbardziej żal mi tych dzieciaków, które – tak jak mój synek – będą musiały po lekcjach kilka godzin czekać w świetlicy, aż mama skończy pracę. Komu by, do cholery, zaszkodziło, gdyby jeszcze przez ten rok czekały w swojej sali „Biedronek” czy innych „Motylków?

Do mojego głosu mogliby dołożyć swoje nauczyciele gimnazjów i liceów. Czy będą zadowoleni, że do pierwszych klas przyjdą uczniowie o rok młodsi? Odpowiedź brzmi: nie. I nie chodzi wcale o gotowość do nauki. Edukacja się, proszę państwa, nie składa tylko z nabywania wiedzy i umiejętności. Edukacja to jest też nabywanie pewnej dojrzałości do tego, żeby z tą wiedzą i umiejętnościami zrobić coś sensownego. Żeby wybrać sobie zawód, który zechcemy wykonywać przez całe życie. Nikt mi nie powie, że im młodszy człowiek, tym sensowniejszych dokonuje wyborów.

Świat wokół nas pędzi, ludzie się gubią, coraz więcej mamy depresji, coraz częściej słyszymy o samobójcach – często są to tzw. „ludzie sukcesu”. Dlaczego? Może nikt ich nie nauczył czegoś znacznie ważniejszego niż tabliczka mnożenia. Nikt nie pokazał im, jak cenna jest miłość i przyjaźń, że warto mieć jakąś pasję, hobby, że życiem należy się cieszyć, że każdą chwilę można smakować. Że świat jest piękny i każdy znajdzie w nim coś dla siebie.

A, już rozumiem. Im prędzej młody człowiek skończy szkołę i podejmie pracę, tym prędzej zacznie płacić podatki. Zwłaszcza że podniesiono wiek emerytalny, czyli tenże człowiek popracuje dłużej. Jasne. Jako patriotka powinnam się z tego cieszyć.

Ale jakoś się nie cieszę.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags: ,

Dodaj komentarz