RSS
 

Jak to było z tym lataniem?

14 lip

Odkąd na okładce „Zabłądziłam” pojawił się mój biogram zawierający zdanie: „Pochodzi z rodziny lotniczej, sama jednak poprzestała na szybownictwie” – wiele osób pyta mnie o owe lotnicze powiązania. Odpowiadam więc.

Mój Tata był pilotem wojskowych myśliwców. Wychowywałam się w niewielkich miastach w pobliżu lotnisk, nad głową huczały nam MiG-i, aż szyby w oknach drżały. Dla mnie był to jeden z najpiękniejszych dźwięków na świecie. Niekiedy jeździliśmy z bratem na lotnisko pobawić się w symulatorze lotów. Nic dziwnego, że oboje chcieliśmy pójść w ślady ojca – i bratu się to udało, dziś jest pilotem (tyle że zamiast MiG-a ma zapewne rumaka o imieniu F-16 albo coś w tym stylu), natomiast ja… No cóż. Dziewczyn wtedy do Dęblina nie brali. A w Dęblinie znajdowała się jedyna szkoła wyższa szkoląca pilotów myśliwców. Mnie nie interesowały loty pasażerskie czy rozrzucanie nawozu z powietrza, ja chciałam tym MiG-iem.

Po namyśle uznałam, że jedynym słusznym substytutem – czymś, co da mi złudzenie wolności i otworzy przede mną przestrzeń – będą szybowce. I tak zaczęła się moja przygoda z tym sportem.

Szybownictwo, spadochroniarstwo i inne sporty lotnicze uprawiało się wtedy za darmo – dziś już tak nie jest. W każdym razie wystarczyło być w miarę inteligentnym (po kursie teoretycznym zdawało się egzaminy) oraz bardzo zdrowym (trzeba było pojechać do wrocławskiego GOBLL na wnikliwe badania) – i już zaczynało się szkolenie praktyczne.

Dla ciekawskich – latałam w Aeroklubie Bydgoskim, na „Bocianie” i „Puchaczu”, zdobyłam III klasę pilotażu, na „Jantara” przesiąść się nie zdążyłam.

Czy szybownictwo dało mi to, czego szukałam? Nie do końca. Nie wszyscy wiedzą, że aby szybowiec mógł sobie poszybować przed siebie, najpierw musi się mozolnie „wspinać”, cierpliwie nabierać wysokości krążąc w kominie powietrznym (na ogół pod dużymi chmurami). Ten komin trzeba sobie najpierw znaleźć (bo przecież go nie widać, to jest po prostu cieplejsze powietrze). Zdarzają się takie loty, że człowiek wystartuje, leci pod jedną chmurę, nic go nie „nosi”, leci pod drugą (w międzyczasie traci wysokość) – tam też nic, no i okazuje się, że na wysokościomierzu mamy już tak niewiele, że pora lądować. Ale zdarzają się też loty pięciogodzinne, nieustanne kręcenie się do podstawy chmury, szybowanie, i znów kręcenie…

Tak czy owak, pewnie pozostałabym przy tym sporcie, gdyby nie mała kontuzja. Otóż każdy pilot musi oddać jeden skok spadochronowy (taki treningowy, na wypadek, gdyby kiedyś musiał wyskoczyć ze swojego statku powietrznego). Skok sam w sobie bardzo mi się podobał, fajna przygoda – tyle że to nie były takie spadochrony jak teraz, że z boku jakieś rączki, że się podciągnę i leciutko dotknę trawki – to były starej daty „mięśnioloty” i jak się gruchnęło o ziemię, to człowiek wszystkie gwiazdy mógł oglądać. I ja tak właśnie gruchnęłam, i coś mi strzyknęło w kręgosłupie… A podczas kolejnych badań we Wrocławiu usłyszałam: No, panienko, ty już sobie nie polatasz…

I to był koniec. Ale nie płaczę z tego powodu. Przeżyłam swoją wielką przygodę i nigdy jej nie zapomnę. Wolność i przestrzeń, których szukałam, odnalazłam później w Tatrach i innych polskich górach, o których też będzie innym razem ;)

P.S. Do tego wpisu nie ma zdjęć z bardzo prostego powodu – na lotnisku nie wolno było fotografować. Ojczyzna była komunistyczna, wróg nie spał, szpieg czuwał - takie zdjęcie mogłoby wywołać wojnę! ;)

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Styl życia

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz