RSS
 

Po prostu miodzio.

09 lip

Dziś będzie dwa w jednym – o roślinach i zwierzątkach zarazem, czyli o… miodzie.

Żeby obraz był pełny, muszę zacząć od przeszłości, czyli od mojej młodzieńczej owadofobii. Każdy, kto mnie znał w dzieciństwie i wczesnej młodości, potwierdzi ochoczo, że na widok biegających, fruwających i wszystko-jedno-co-robiących owadów wpadałam w panikę. Wcale nie ułatwiało mi to życia, na przykład podczas nocy spędzonych na podłogach tatrzańskich schronisk, podczas czołgania się przez Jaskinię Berkową, gdzie nad głową wisiały tłuściutkie pająki –  albo w namiocie, gdziekolwiek podczas wędrówki. Bez wędrowania nie wyobrażałam sobie życia, ale nie umiałam też nie wrzeszczeć na widok owada…
Efekty tego połączenia były często żałosne.

Potem nadszedł taki moment w moim życiu, kiedy zamieszkałam tu, pod dębami. Jak dęby, to ptaki. A jak ptaki, to muszą być owady, bo co by jadły te ptaki. A poza tym ogród. A jak ogród, to muszą być pszczoły… No i właśnie pszczoły pokochałam wielką miłością.

Ale żeby to wyjaśnić, znów muszę się trochę cofnąć w czasie. Mój najmłodszy synek ma obecnie pięć lat. Kiedy miał trzy, poszedł do przedszkola (jak większość polskich dzieci) i zaczął strasznie chorować (jak większość dzieci, które poszły do przedszkola). Tyle, że on nie zdrowiał. Wcale. Z jednej choroby przechodził z drugą, i w trzecią. Beczałam po nocach, biegałam do pani doktor (a panią doktor mamy mądrą, nie wali antybiotykiem od razu, tylko czeka, czy by się nie dało bez tego)…

I wiecie co? Pewnego dnia zdarzyło się coś niezwykłego. Teraz, kiedy o tym myślę, przypomina mi się takie wschodnie przysłowie, chyba chińskie: „Kiedy uczeń jest gotów, pojawia się mistrz”. Byłam już zdesperowana. Mój czteroletni wtedy synek miał jednocześnie zapalenie oskrzeli i krtani, do tego biegunkę i wymioty, tak więc nie mógł przyjmować doustnie antybiotyków. Kiedy pielęgniarka wkłuwała igłę w tę jego chudą pupkę, nawet nie podnosił główki. Ja płakałam zamiast niego.

Po południu zadzwoniła moja Mama. Powiedziałam jej wtedy, że szukam ratunku. Czegokolwiek. Może jakiś kit pszczeli, może jakieś szczepionki. Mama na to: „A propos kitu i pszczół, to słyszałaś o takim miodzie z Nowej Zelandii? Nazywa się miód Manuka…”

I tak zaczęła się nasza przygoda z miodem Manuka, spożywanym od tamtej pory codziennie na czczo, po łyżeczce. Nie będę tu opisywać efektów, bo nie jest to artykuł reklamowy. Kto potrzebuje, ten znajdzie. „Kiedy uczeń jest gotów, pojawia się mistrz” ;) Powiem tylko, że mój synek ma teraz nieco ponad pięć lat, a ostatni antybiotyk brał właśnie wtedy, rok temu, podczas tamtego zapalenia oskrzeli i krtani.

A pszczoły od tamtego czasu kocham bezwarunkowo. Żadna tam owadofobia. W moim ogrodzie zagościły rośliny miododajne. Zresztą spójrzcie, jakie piękne i pracowite są te pszczółki.

 

100_7699

100_7642  100_6829

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Mój ogród, Natura, Styl życia

 

Tags: , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Iza

    9 lipca 2014 o 23:58

    Tylko jedno zdanie przychodzi mi do głowy: ależ te mamy są mądre.

     
    • agnieszkaolejnik

      10 lipca 2014 o 09:04

      Zgadzam się z Tobą w stu procentach :)