RSS
 

Wspaniałe ciasto z rabarbarem

08 sie

Rabarbarowego szaleństwa ciąg dalszy. Ostatni wpis w kategorii „Coś pysznego” dotyczył babeczek, a dziś będzie o wspaniałym cieście na oleju. Akurat tym razem dołożyłam do niego kilka wiśni, ale z samym rabarbarem także wychodzi znakomite, podobnie zresztą jak ze śliwkami, jagodami, jabłkami i tak dalej.

Składniki: niepełne 2 szklanki mąki, 4 jajka, szklanka oleju, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 10 dkg cukru i 30-40 dkg owoców. Jak widzicie, cukru jest niewiele, dlatego jeśli użyjemy kwaśnych owoców, posypujemy po upieczeniu – jeszcze gorące – cukrem pudrem.

Ucieramy jajka z cukrem na puszystą masę. Stopniowo dolewamy olej, cały czas miksując. Kiedy masa jest gładka, aksamitna, zaczynamy dodawać mąkę z proszkiem – po trochu, oczywiście. Przekładamy ciasto do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą (lub na przykład wiórkami kokosowymi) tortownicy, po czym wykładamy na nie przygotowane wcześniej owoce.

Pieczemy ok. 45 minut w temperaturze 180 stopni. Coś absolutnie przepysznego!

DSC_0531

DSC_0532

DSC_0533

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Coś pysznego

 

„Nieobecna” już za miesiąc!

17 lip

Dokładnie za miesiąc, 17 sierpnia, w księgarniach pojawi się moja najnowsza powieść, „Nieobecna”. A ponieważ obiecywałam Wam kolejny fragment, uznałam, że dziś jest idealna okazja, aby uchylić jeszcze jednego rąbka tajemnicy.

Był taki czas, kiedy marzyłam o prasowaniu koszul Marka, o praniu ubrań przesyconych jego zapachem. Wzruszały mnie spodnie wyświecone przy kieszeniach, do których wiecznie wciskał dłonie.

Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, wydał mi się bezbronny. Zaprzeczenie tego, czego szukałam w mężczyznach, o ile w ogóle można powiedzieć, że czegokolwiek szukałam. Spotkałam go w czytelni, do której zawędrowałam, aby przejrzeć nowości; szkoda mi było pieniędzy na kupowanie bestsellerów, skoro większość z nich okazywała się przereklamowana. Poza tym zawsze uwielbiałam czytać w czytelni, to pozwalało mi przez chwilę poczuć się jak wtedy, gdy byłam pełną pasji studentką.

Kucnął przy półce z teorią literatury i czegoś szukał. Z góry widziałam tylko jego zmierzwione włosy i leciutko, naprawdę bardzo delikatnie rysujące się miejsce, gdzie w przyszłości powstanie łysinka. Taki krążek rzadszych włosów. Nie miałam pojęcia, dlaczego mnie to rozczuliło. Patrzyłam przez chwilę, potem przykucnęłam przy sąsiednim regale i zaczęłam przekładać książki, które bez przerwy zsuwały się ze śliskiej metalowej powierzchni. Przytrzymał mi je dłonią, a ja skinęłam głową zamiast podziękować. Gdy znalazłam to, czego szukałam, poszłam do stolika i usiadłam przodem do regału. Z jakiegoś absurdalnego powodu  chciałam mu się przyjrzeć.

Wreszcie wyszedł spomiędzy regałów. Był mały. „Niski” brzmiałoby lepiej, ale to nie byłaby prawda, bo on nie był niski, lecz mały. Miał krótkie nogi i ręce, wydawał się jakby pomniejszony, lecz nie całkiem proporcjonalnie. Głowa była normalna, ramiona szerokie, tors jak u przeciętnie zbudowanego mężczyzny, natomiast ręce i nogi wyraźnie za krótkie. Takie było moje pierwsze wrażenie. Jednak tym, co przyciągnęło moją uwagę, nie była jego sylwetka, lecz sposób, w jaki się poruszał. Bo szedł tak, jak idzie gwiazdor pod obstrzałem fleszy. Jakby był najatrakcyjniejszym facetem na tym świecie, jakby muskały go pożądliwe spojrzenia kobiet i w dodatku – jakby słyszał muzykę. Dobrego bluesa albo rocka.

Mały facecik z kilkudniowym zarostem przykrywającym blizny po trądziku. Brązowe oczy, prostokątne okulary, ciemne zmierzwione włosy i ten krążek rodzącej się łysinki, o którym pewnie nie miał pojęcia. To było coś intymnego, te rzadkie włosy na czubku jego głowy, o których wiedziałam, zupełnie jakbym znała go od lat albo była jego żoną.

Wtedy, pierwszego dnia, nawet na mnie nie spojrzał i byłam pewna, że w ogóle nie zauważył mojego istnienia. Dopiero kilka dni później przekonałam się, że to nieprawda, bo gdy weszłam między regały i sięgnęłam po książkę, usłyszałam ciche „Dzień dobry”. Stał po drugiej stronie regału, znowu w dziale teoretycznoliterackim – i uśmiechał się do mnie między przechylonymi grzbietami książek. Skinęłam głową i odpowiedziałam uśmiechem. I tyle. Serce mi się tłukło jak ćma o szybę, zupełnie bez sensu, bo dlaczego, skąd takie emocje, przecież to tylko nieznajomy, który kilka dni temu przytrzymał mi książki. Nieatrakcyjny. Mały. Z brzydką cerą. A gdy się uśmiechnął, zobaczyłam także, że ma nieładne zęby.

Dla mnie, miłośniczki wszystkiego, co czyste, zadbane, doskonałe, sterylne – taki mężczyzna nie powinien istnieć. Nie powinien wzbudzić we mnie niczego poza niesmakiem, zwłaszcza że później – gdy szedł do swojego stolika i rozkładał na nim książki – przyjrzałam mu się dokładniej i dostrzegłam zażółcone od nikotyny palce, niezbyt świeżą koszulę i sierść na marynarce.

A jednak. Istniał. Niepokojąco i uparcie był. Choć przecież nie wiedziałam o nim nic poza tym, że pali, że zapewne ma psa lub kota i że z jakiegoś powodu interesuje go teoria literatury. 

Przez następne kilka dni nie trafiłam na niego ani razu. Właściwie nie miałam już po co chodzić do czytelni, przeczytałam wszystkie nowości, jakie w ostatnim czasie zakupiła biblioteka. Tak więc nie było sensu tam zaglądać, a jednak robiłam to niemal codziennie, o różnych porach. Wreszcie w pewne piątkowe popołudnie zdarzyło się to, na co czekałam przez cały ten dziwny czas. Kartkowałam katalog, nie szukając właściwie niczego konkretnego, gdy poczułam… bo przecież nie usłyszałam ani nie zobaczyłam, nie był to także zapach… zwyczajnie poczułam, że stoi za mną. Odwróciłam się. Brązowe oczy za okularami. Nieatrakcyjny, zaniedbany. Intrygował mnie.

-       Szuka pani jeszcze? – zapytał, wskazując szufladkę katalogu.

Pokręciłam przecząco głową. Podszedł i zaczął wertować. Nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Powinnam była po prostu odejść, ale wszystko we mnie chciało zostać. Cała ta sytuacja była idiotyczna.

-       Nie mogę znaleźć – mruknął, zanim zdążyłam cokolwiek postanowić.

Zapytałam, czego szuka. I tak zaczęła się nasza pierwsza rozmowa, tak zrobiliśmy ten pierwszy krok, który miał zamienić się we wspólny spacer, a potem w marsz, w szaleńczy bieg ku najsilniejszym emocjom, jakich dane mi było doświadczyć, ku głupiej, beznadziejnej miłości, nadziei i rozpaczy. Gdybym wtedy odeszła, gdybym nie zapytała, czego szuka, gdybym tylko wiedziała, że to ostatni moment, aby się ratować…

„Nieobecną” można już kupić w przedsprzedaży w Ravelo, Świecie Książki i innych księgarniach internetowych. Wkrótce ukaże się także w Empiku i Matrasie, a w połowie sierpnia również w Waszych lokalnych księgarniach.

Nieobecna_baner

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Literatura

 

Co powiecie na babeczki?

04 lip

Początek lipca to między innymi czas rabarbaru. Kiedy byłam mała, grube, kwaśne łodygi jadło się na surowo, maczając końcówkę w cukrze. Dopiero jako nastolatka poznałam najlepszy smak rabarbaru – bo najwspanialej smakuje pieczony. Uwielbiam go na cieście kruchym z budyniem, ale tym razem postanowiłam upiec babeczki. Przepis dostałam od przyjaciółki i uznałam, że nadeszła pora, aby go wypróbować.

Przygotujcie: 1 szklankę cukru, 1/3 szklanki oleju słonecznikowego, 1 jajko, 1 łyżeczkę cukru waniliowego (jeśli ktoś nie ma, to sztucznego wanilinowego – ja mam zawsze własny; po prostu do słoika z cukrem wrzucam wydrążoną, posiekaną laseczkę wanilii i to sobie tak stoi), 1 szklankę maślanki lub kefiru, 1/2 szklanki płatków migdałów, 2 czubate (!) szklanki mąki tortowej, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 1 łyżeczkę sody oczyszczonej, 3 łyżki otrębów (mogą być pszenne, gryczane, mogą być też zamiast tego zarodki pszenne), rabarbar (ja daję na oko  – tyle ile akurat mam, ostatnio było jakieś 40 dkg). Po posypania użyłam brązowego cukru wymieszanego z łyżeczką cynamonu, ale można posypać także zwykłym białym cukrem.

W jednym naczyniu łączymy cukier z olejem, jajkiem, cukrem waniliowym i maślanką, miksujemy lekko. Dodajemy płatki migdałów.

W drugim naczyniu mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, sodę i otręby. Przesypujemy do pierwszej miski, mieszamy, ale już nie miksujemy – ja robię to łyżką drewnianą, bez specjalnego nabożeństwa – po prostu do połączenia się składników. Wykładamy foremki papilotkami. Następnie nakładamy łyżkę ciasta, na to warstwę rabarbaru (wcześniej go oczywiście myjemy, obieramy i kroimy ) i znów ciasto. Nie za dużo, bo urośnie. Przed włożeniem do nagrzanego piekarnika posypujemy cukrem trzcinowym wymieszanym z cynamonem. Pieczemy ok. 20 minut w 180 stopniach (jeśli z termoobiegiem – bo jeśli bez, to może być 190 stopni). Jeśli mamy wątpliwości, używamy patyczka do sprawdzenia – większe babeczki mogą wymagać dłuższego czasu pieczenia.

Ponieważ zostało mi ciasto, a zabrakło rabarbaru, wykorzystałam też mniejsze papilotki i w nich upiekłam babeczki z agrestem. Rewelacja! W obu wersjach zniknęły w paszczach moich chłopaków bły-ska-wicz-nie!

Tak wyglądały przed pieczeniem:

DSC_0516

A tak po upieczeniu:

DSC_0522

DSC_0527

Co do agrestu – robię właśnie eksperymentalną nalewkę z jego udziałem – wkrótce podzielę się przepisem. Nazwałam to cudo „Nalewka Wczesnego Lipca”. Tymczasem zaś wracam do pisania „Ławeczki pod bzem”, która coraz bardziej wymyka się mojej pisarskiej woli, a jej bohaterowie robią, co im się żywnie podoba. Przygotowuję się także do premiery „Nieobecnej”. Bądźcie czujni, bo zarówno tutaj, jak i na moim autorskim profilu na Facebooku pojawią się w związku z tą powieścią konkursy z nagrodami :)

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Coś pysznego, Literatura

 

„Nieobecna” – odsłona trzecia

03 lip

Pamiętacie? Zdradziłam Wam już, jak się zaczyna „Nieobecna”, jaką wiadomość odbiera główna bohaterka i o czym rozmawia z siostrą. Pora na ciąg dalszy…

Włożyłam nową bluzkę. Niby to tylko siostra, ale prawda była taka, że zawsze chciałam zrobić na niej wrażenie, zasłużyć na pochwałę. Julia. Moja bliźniaczka, błyskotliwa, urocza i seksowna Julka. Moja lepsza wersja.

Ona też tak kiedyś powiedziała: że patrząc na mnie widzi lepszą siebie – taką, jaka mogłaby być, gdyby przykładała się do nauki, gdyby umiała zmusić się do pracy nad sobą, gdyby miała silną wolę, nie wydawała tyle na ciuchy i kosmetyki. Obie czegoś sobie nawzajem zazdrościłyśmy. I mimo wszystkich różnic, kłótni i wykrzyczanych złośliwości, byłyśmy sobie niewiarygodnie bliskie, również fizycznie.

Kiedyś jadąc pociągiem stałyśmy przy oknie, otworzyłyśmy je i pozwalałyśmy, by pęd powietrza zamykał nam oczy. Dopiero po długiej chwili zorientowałam się, że trzymamy się za ręce. Dłoń Julki była jak moja własna. Nie czułam jej pod palcami.

 Zanim wyjechałam z domu, podmalowałam mocniej rzęsy. To bez sensu, wiedziałam o tym doskonale. Przecież nie było szans, żebym po drodze spotkała Marka. Nigdy, przez te koszmarne trzy lata, nie udało mi się wpaść na niego przypadkiem. Z jednej strony bardzo tego pragnęłam i szukałam go. Ilekroć kupiłam sobie nowy ciuch, stroiłam się i robiłam na bóstwo, a potem jechałam na zakupy do „jego” centrum handlowego albo snułam się po sklepach, w których on bywał. Najchętniej po księgarniach. Brałam do ręki książki, z którymi chciałam, aby mnie zobaczył, gdy przypadkiem tam wejdzie i będzie mi się ukradkiem przyglądał zza regałów.

Ale z drugiej strony bardzo się bałam, że pewnego dnia się to stanie. Naprawdę zdarzy się tak, że on wejdzie do tej księgarni albo że nasze wózki zderzą się w supermarkecie. Spojrzę na niego, on spojrzy na mnie. Będę wyglądała pięknie i on pomyśli, że mnie kocha i że przez całe życie szukał właśnie mnie. Ale u jego boku będzie żona. Podniesie na niego zdziwiony wzrok i zapyta: „Stało się coś”?

 Stojąc na światłach, usiłowałam sobie przypomnieć, jakie miałam plany na ten urlop. Bo przecież coś planowałam, na pewno nie zamierzałam spędzić wakacji upijając się z tęsknoty, sprzątając w moim czystym mieszkaniu ani łkając rozpaczliwie do piosenek o miłości. Jednak nie mogłam sobie przypomnieć niczego konkretnego. Uświadomiłam sobie, że przez ostatnie trzy lata liczyłam na to, że Marek wygospodaruje dla mnie kilka dni i wyjedziemy gdzieś razem. Dokądkolwiek, nawet do najbliższego motelu za miastem – gdzieś, gdzie nikt nas nie zna i gdzie mogłabym przez cały dzień tylko leżeć wtulona w niego.

Kiedy przestałam na to czekać, urlop przestał być urlopem, lato nie było latem, nie było słońca, nie było w ogóle nic.

 Julka mieszkała w pięknym domu swego cholernie bogatego męża. Nie musiała pracować. Choć skończyłyśmy te same studia i choć to ona była gorszą studentką, miewała poprawki, raz omal nie powtarzała roku – teraz ja biedziłam się nad klasówkami z części mowy, a ona opływała w luksusy. Jednak wcale jej nie zazdrościłam. Dobrze wiedziałam, że nie jest szczęśliwa. Z goryczą opowiadała, że dopiero po ślubie zorientowała się, jaki był ideał życia Patryka: on zarabia pieniądze i ogląda mecz za meczem, a ona pierze jego gacie, prasuje koszule, gotuje, sprząta, zajmuje się ogrodem i jest matką rozkrzyczanego bobasa. Po jakimś czasie wywalczyła tyle, że zatrudnili gosposię.

No dobrze, ten bobas to jedyne, czego jej jednak zazdrościłam.

„Nieobecną” można już kupić w przedsprzedaży, na przykład w księgarni Ravelo, gdzie zdążyła uzyskać status bestsellera.

nieobecna w ravelo

Przypominam, że w księgarniach stacjonarnych książka ukaże się 17 sierpnia 2016. A tymczasem… wypatrujcie kolejnego fragmentu.

Nieobecna_cytat-1

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura

 

Idealny deser na upały

26 cze

Podczas upałów ciężko się pisze książki, nawet wiatrak nie pomaga. W takie dni humor poprawia mi tylko coś pysznego, lekkiego i ZIMNEGO, czyli na przykład taki deser, jak ten dzisiejszy.

Przygotowujemy: galaretkę wiśniową (albo inną, według uznania), serek mascarpone, śmietanę 36%, dowolne owoce, cukier puder, kawałek czekolady, płatki migdałów.

Galaretkę rozpuszczamy w mniejszej ilości wody, niż podano na opakowaniu. Do szklanek wrzucamy owoce – u mnie były to wiśnie - po czym zalewamy ostudzoną galaretką i wstawiamy do lodówki w pozycji przechylonej. Ja ustawiam je w keksówce, z jednej strony podkładając drewnianą łyżkę.

Kiedy galaretka zastygnie, ubijam śmietanę z 2-3 łyżkami cukru pudru – nie daję za dużo cukru, bo przecież galaretka jest słodka. Następnie dodaję serek mascarpone i jeszcze chwilę ubijam, żeby się wszystko pięknie wymieszało. Na zastygniętą ukośnie galaretkę nakładam krem śmietankowy, na to sypię startą na tarce czekoladę, kładę dowolne owoce (u mnie były to czerwone porzeczki – ich kwaśny smak idealnie pasował do czekolady), potem jeszcze po łyżce kremu i uprażone lekko płatki migdałów.

Deser trzymamy w lodówce aż do momentu podania. Moim nieskromnym zdaniem – rewelacja.

DSC_0462

DSC_0465

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego

 

Drugi fragment „Nieobecnej”

12 cze

Zakończyłam pracę nad III tomem cyklu, zamknęłam wszystkie wątki i pomyślałam, że czas na opowieść o kimś zupełnie innym. Jakiś czas temu moje czytelniczki na FB zadecydowały, iż główna bohaterka tej nowej książki zwać się będzie Iga. Tak więc siedzę nad opowieścią o Idze, wstępnie zatytułowaną „Ławeczka pod bzem”. Jeśli jednak sądzicie, że to będzie łzawa opowieść o romantycznej miłości, to się mylicie. Może i będzie trochę opowieścią o miłości, ale na pewno nie łzawą. ;)

Tymczasem zaś zbliża się premiera „Nieobecnej”, książki mocnej i wyrazistej. Pamiętacie? Poprzedni fragment skończył się na tym, że główna bohaterka odebrała esemesa od swojej siostry…

Dlaczego nie odbierasz? Zadzwoń!!!

Tyle wykrzykników? Julia była wprawdzie bardzo emocjonalna, jednak ta wiadomość zdziwiła mnie swoją krzykliwością. No i prośba o telefon. Przecież się pokłóciłyśmy. Nie widziałyśmy się od… zaraz, od miesiąca. Sprawdziłam: siedem połączeń nieodebranych. Na pewno wszystkie z dzisiaj? Zerknęłam na datę – owszem, szósty lipca. Musiała dzwonić, gdy byłam pod prysznicem, a że ustawiłam ten idiotyczny dzwonek – bulgotanie, nie miałam szans usłyszeć. To musiało być coś ważnego.

Wybrałam jej numer.

- Co się dzieje? Dlaczego każesz mi dzwonić?

- Co się dzieje?! To ty mi powiedz, co się dzieje! Nie odbierasz, dzwoniłam chyba dziesięć razy. Marek jest u ciebie?

- Siedem, a nie dziesięć. A Marka nie ma. I już go u mnie nie będzie. Nigdy.

Umilkła na chwilę, po czym wyszeptała:

- Zerwałaś?

- Przecież do tego mnie namawiałaś, prawda? Według ciebie powinnam była to zrobić już dawno!

- Tak, wiem. Nie kłóćmy się znowu – ucięła szybko.

Za szybko. Miała coś na sumieniu albo czegoś ode mnie chciała.

- Jula, potrzebuję twojej pomocy. I rozmowy. Przyjedź – poprosiła.

- Pomocy? Niby w czym?

- Przypilnujesz mi małego? Tylko kilka godzin, no, najwyżej do rana.

Zaskoczyła mnie. Nigdy dotąd  – to znaczy odkąd została matką – nie spędziła nocy poza domem.

- Na tak długo? Dlaczego? Co się stało?

- Porozmawiamy, wszystko ci wyjaśnię. Powiedz tylko, czy możesz, czy nie masz niczego w planach.

- Ja nie miewam planów, przecież wiesz – odpowiedziałam, starając się, żeby to nie brzmiało jak biadolenie starej panny.

- Kocham cię, siostrzyczko. Przyjedź, błagam. Musimy pogadać.

Rozłączyła się. Dziwne. Była nienormalnie podekscytowana, nawet jak na nią.

      Później wiele razy miałam wracać w myślach do tych chwil. Co by było, gdyby… Gdybym nie odczytała wiadomości lub odczytała dopiero po kilku godzinach, gdybym nie oddzwoniła albo odmówiła spełnienia jej prośby. Czy cała lawina zdarzeń potoczyłaby się tym samym torem? Zapewne tak, bo przecież ktoś gdzieś już podjął pewne decyzje i poczynił przygotowania – ale wszystko to stałoby się bez mojego udziału. I ostatecznie bardzo trudno było mi odpowiedzieć na pytanie, czy wolałabym pozostać na zewnątrz, być tylko przerażonym widzem i nie wdepnąć w tę ponurą historię.

„Nieobecna” już niedługo pojawi się w przedsprzedaży. Tymczasem zaś wypatrujcie kolejnego fragmentu…

Nieobecna_okładka

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Literatura

 

Cudowny deser z truskawkami

09 cze

Każdy ma swoje pięć minut, nawet truskawka. I teraz właśnie owo truskawkowe pięć minut trwa – tylko w czerwcu możemy cieszyć się smakiem świeżych, dojrzałych, czerwonych, słodkich, soczystych, aromatycznych… i tak dalej. Jestem wielką miłośniczką tych owoców. Lubię też maliny, kocham śliwki, jagody i borówki amerykańskie, ale truskawka ma w sobie coś z magii wczesnego dzieciństwa, coś babciowo-dziadkowego, wakacyjnego.

Truskawki najczęściej jem zwyczajnie, bez cukru, ale jeśli już mi się przejedzą, to przygotowuję koktajl z maślanką lub kefirem. Natomiast nie piekę na ogół ciast z tymi owocami, bo mi zwyczajnie żal – ich urody, soczystości, jędrności. W cieście, choć nadal pyszne, stają się mokrymi plamkami. Szkoda ich na to – jeśli już, to zużyjmy do tego truskawki mrożone, gdy sezon dawno minie, a my zatęsknimy za tym jedynym w świecie smakiem.

W wielu deserach można wykorzystać truskawki świeże, ze wszystkimi ich zaletami. Jednym z takich deserów jest Pavlova – pyszny, a jednocześnie bardzo łatwy torcik bezowy wypełniony puszystym kremem i udekorowany plasterkami truskawek oraz listkami mięty lub stewii. O ile wiem, powstał na cześć rosyjskiej primabaleriny, Anny Pawłowej, podczas jej wizyty w Australii lub Nowej Zelandii (oba kraje spierają się o to, gdzie po raz pierwszy przyrządzono ten rarytas).

Istnieją oczywiście wariacje na temat Pavlovej: można ją podawać z różnymi owocami (słyszałam, że w pierwotnej wersji była z kiwi), można też zamiast kremu dać samą bitą śmietanę. Jak kto lubi.

Podaję składniki:

Beza: 6 białek (jajka średniej wielkości) + 300 g cukru pudru

Krem: serek mascarpone (250 g) + śmietana 36% (200 g) + 50 g cukru pudru (przesiany – żadnych grudek!)

owoce na wierzch – ile kto lubi i jakie kto lubi

Tajemnica przygotowania bezy tkwi podobno w idealnie czystym naczyniu. Nawet odrobina tłuszczu na ściankach może sprawić, że piana spłynie. Druga ważna sprawa to tempo: nie wolno się spieszyć - białka ubijamy długo, a cukier dodajemy bardzo powoli. Ja zaczynam dodawać cukier, gdy piana jest już prawie sztywna, niektórzy sugerują, żeby zrobić to dopiero kiedy już trzyma się ścianek i dna naczynia. Moje doświadczenia z bezą są jednak takie, że lepiej zacząć za wcześnie niż za późno. Tak czy owak, najpierw ubijamy same białka, a gdy staną się one pianą, powiedzmy: prawie sztywną, powoli zaczynamy dodawanie cukru. Po łyżeczce, cierpliwie. U mnie trwa to ok. 30 minut.

Na papierze do pieczenia rysujemy okrąg (na przykład przykładając talerz lub pokrywkę od garnka) i nakładamy sztywną, lśniącą pianę, rozprowadzając ją łyżką tak, aby uformować „miseczkę” – od środka na boki, żeby powstały ścianki. Następnie wkładamy blaszkę do piekarnika rozgrzanego do 120 stopni z termoobiegiem, ale natychmiast zmniejszamy temperaturę do 100 stopni i suszymy bezę przez półtorej do dwóch godzin. Powinna pozostać biała, ewentualnie stać się kremowa. Po upieczeniu pozwalamy jej wystygnąć w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Do zimnej „miseczki” z bezy nakładamy krem. Przygotowuje się go bardzo prosto: ubijamy mocno schłodzoną kremówkę, dosypujemy cukru pudru, a gdy śmietana jest sztywna, delikatnie dodajemy równie schłodzony serek mascarpone i jeszcze trochę miksujemy, ale delikatnie. W moim przepisie jest cukru pudru niewiele, tak więc krem wyjdzie raczej mdły, ale do baaaardzo słodkiej bezy naprawdę nie potrzebujemy słodkiego kremu. Jeśli ktoś lubi słodycz w każdej ilości, można dodać więcej cukru do śmietany, np. 70 g.

Na koniec dekorujemy deser owocami, na przykład pokrojonymi truskawkami. Radzę je nieco odsączyć, bo nadmiar soku będzie się zbierał pod bezą. Wyobrażam sobie, że Pavlova musi być pyszna także z agrestem oraz z porzeczkami, bo jest bardzo słodka, więc coś kwaśnego na wierzchu pięknie by tę słodycz przełamało.

DSC_0055

DSC_0056

DSC_0065

Mogę Wam także zdradzić, że Pavlova pojawi się w jednej z moich książek – w III tomie cyklu „Wszystkie smaki życia”, zatytułowanym „Pełnymi garściami”. Nie zdradzę na razie kto, ale KTOŚ założy tam sympatyczną knajpkę,w której ten deser będzie się serwować o każdej porze roku. Przypominam, że I tom tego cyklu – „Szczęście na wagę” – jest już w księgarniach; znajdziecie go w Empikach, Matrasach, można też zamawiać przez internet.

thumb

Tymczasem jednak trwają przygotowania do sierpniowej premiery „Nieobecnej”. Już wkrótce – kolejny fragment! :)

 

 

 

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Fragment „Nieobecnej”

03 cze

Zastrzeliła mnie jedna z czytelniczek, pisząc, że nie wolno tak kończyć książek – no bo skąd ona ma wiedzieć, co będzie dalej z Ewą i Klaudią ze „Szczęścia na wagę”. Tym, którzy mają podobne odczucia, przypominam, że „Szczęście…” to pierwszy tom trylogii. Dalsze losy poznacie jesienią, czytając „Miłość z nutą imbiru”, a ostatecznie wszystkie nitki rozplączą się na początku 2017 roku w tomie trzecim – „Pełnymi garściami”, który właśnie skończyłam (hurra!!!).

Tymczasem zaś – dokładnie za 75 dni – „Nieobecna”. Jest to zupełnie odmienna opowieść, inna pod względem klimatu, tematyki - w ogóle wszystkiego. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Redaktor Magda z wydawnictwa Czwarta Strona napisała mi, że według niej to najlepsza z moich powieści. Ciekawa jestem, czy zgodzicie się z tą opinią.

Na zaostrzenie apetytu dziś zaserwuję Wam początek. Kolejnych fragmentów wypatrujcie co jakiś czas.

Zaczęło się, jak to często bywa, od nic nieznaczącej błahostki, którą łatwo byłoby zignorować. Mianowicie od natrętnego bulgotania komórki. Swoją drogą kto, do ciężkiej cholery, ustawił taki dziwaczny dźwięk zamiast normalnego dzwonka?

Kto mógł ustawić, jak nie ja. Przecież nie miałam nikogo, kto grzebałby mi w ustawieniach telefonu.

Ubrałam się i wysuszyłam włosy. Poranny prysznic zawsze stawiał mnie na nogi, zwłaszcza jeśli wystarczyło mi silnej woli, aby na koniec opłukać się chłodną wodą. Najczęściej nie wystarczało. Nie mówiąc już o tym, że w tamtym okresie na ogół brakowało mi silnej woli na to, żeby chociaż w najmniejszym stopniu o siebie zadbać. Ale wtedy akurat miałam dobry dzień – chciało mi się wymodelować włosy i wyrównać brwi. To już było coś.

 Zanim odczytałam wiadomość (bo po nieodebranym połączeniu przyszedł także równie „bulgoczący” esemes), zrobiłam jeszcze mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Tak miałam potem pomyśleć: że niepotrzebnych. Jak bardzo błędne było to przekonanie, miało się dopiero okazać. Na razie nie posiadałam tej wiedzy.

Wykorzystałam fakt, że miałam tego dnia ochotę na jakąkolwiek aktywność – wypucowałam lustro, przetarłam okna, wypolerowałam klamki, wytarłam na mokro, a następnie na sucho wszelkie gładkie powierzchnie i poodkurzałam, zaciekle trąc ssawką po włochatym dywanie, który kupiłam, gdy jeszcze myślałam, że będę się na nim kochać z Markiem. Dywan sam w sobie nic mi nie zawinił, ale jego kudły okazały się doskonałym siedliskiem dla paprochów wszelkiej maści. Nienawidziłam tego, jak każdego nieporządku; potrzebowałam sterylnego ładu. Panowałam nad wszystkim w moim idealnym mieszkaniu – z wyjątkiem tego niepokornego, kosmatego dywanu.

Miał kolor gorzkiej czekolady. Głupio się przyznać, ale dobrałam go do Markowych tęczówek.

 O nieodczytanej wiadomości przypomniałam sobie dopiero, gdy usiadłam na moment z filiżanką kawy. Tylko na chwileczkę, aby nie zacząć myśleć, rozpamiętywać, nie wpaść znowu w czarną dziurę depresji, w której jedynym, co potrafiłam i na co miałam siłę, było bezmyślne gapienie się w ścianę.

Najpierw musiałam znaleźć dżinsy, w których chodziłam poprzedniego dnia (oczywiście, telefon został w kieszeni). Otworzyłam klapkę. To od Julki. Jak zwykle w takich razach, poczułam leciutkie ukłucie rozczarowania, że nie od Marka. Marek nie dzwonił, nie esemesował, nie dawał znaku życia. Na moje własne życzenie. Ale przecież moim drugim życzeniem było, żeby przyszedł któregoś dnia i powiedział: „Nic mnie nie obchodzi, co było i co będzie, liczy się dzisiejszy dzień – i chcę go spędzić z tobą”. W tym momencie powinien wziąć mnie mocno w ramiona. Kiczowate i banalne, ale dokładnie takie były moje pragnienia, nic oryginalnego.

Ewentualnie mógłby powiedzieć coś bardziej stanowczego, na przykład: „Wybieram ciebie, odchodzę od żony”. Albo jakoś romantycznie, na pozór wyznanie słabości, ale w gruncie rzeczy twardo i po męsku: „Bez ciebie nie daję rady. Nie umiem”. Odgrywałam sobie te sceny w wyobraźni setki razy, niemal za każdym razem kończąc je jakimiś łzawymi oświadczynami. Zupełnie bez sensu, bo przecież już wiedziałam, że on od żony nie odejdzie.

Tak czy inaczej, to oczywiście nie był esemes od Marka, lecz od Julki. Od mojej siostry.

Przypominam: „Nieobecna” pojawi się w księgarniach 17 sierpnia. Wypatrujcie tej niepokojącej, hipnotyzującej okładki…

Nieobecna_okładka

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii, Literatura

 

Dzień Matki

26 maj

Kiedy byłam młoda i niewiele wiedziałam o życiu, byłam zdania, że pewne rzeczy nam się po prostu należą. A jedną nich, z tych oczywistości, które przyjmuje się w sposób naturalny i bezrefleksyjny, była miłość Mamy, jej opieka i pomoc.

Musiało minąć trochę czasu, musiałam sporo w życiu zobaczyć i przede wszystkim sama doświadczyć macierzyństwa, aby się dowiedzieć, że nic tu nie jest oczywiste, że nic się nikomu nie należy i nic nie przychodzi naturalnie.

Każda matka, która przeżyła bezsenne noce z drącym się wniebogłosy bobasem, wie, że bywają takie chwile, kiedy chciałoby się uciec. Rzucić wszystko w diabły, zabrać kilka najpotrzebniejszych rzeczy i zwyczajnie wyjść, a dokądkolwiek by się doszło, można by zacząć znowu żyć.

A jednak tego nie robimy. Trwamy na posterunku. Małe piąstki zaciskają się na naszych włosach i szarpią je, w brodę wgryzają nam się diabelnie ostre dolne jedynki, ktoś nam obślinia ramię albo zwraca na nową bluzkę nadmiar mleka (już w postaci twarożku), ktoś wali kupę dwie minuty po tym, jak założyłyśmy świeżą pieluszkę i miałyśmy nadzieję na godzinkę snu.

Pewnie, że potem pojawia się pierwszy uśmiech, pierwsze „mama”, pierwsza laurka i serduszko nieporadnie wycięte z piekielnie ważnego dokumentu. Oczywiście, że odczujemy dumę, gdy maluch postawi pierwszy krok, kiedy zaśpiewa w przedszkolu podczas występu albo zatańczy krakowiaczka, kiedy przyniesie pierwszą szóstkę ze szkoły. Ale czy będzie łatwiej? Nie. Bo zacznie też kłamać, używać „wyrazów”, zgubi setny ołówek i pięćsetną temperówkę, zrobi dziurę w nowiutkich spodniach, dostanie gorączki w dniu, kiedy absolutnie nie możemy wziąć opieki, zarzyga świeżą pościel, ukradnie nam dychę z portfela, zacznie się przyjaźnić z absolutnie niewłaściwym kolegą, a na koniec przyłapiemy go/ją z papierosem albo z piwem.

Czy to się kiedyś skończy? Obawiam się, że nie. Mój najstarszy syn ma lat 22, a najmłodszy – 7. Powiem Wam, że nic nie stało się łatwiejsze, wszystkiego jest po prostu więcej. Na pociechę – tych dobrych rzeczy też. Coraz więcej. Każdego dnia umieram z niepokoju, ale też – pękam z dumy. Nie zamieniłabym się z kimś bezdzietnym nawet na jeden dzień. Na noc – okej, może i bym się zamieniła ;) Ale tylko na jedną, bo w tę drugą już bym nie mogła spać z tęsknoty i niepokoju.

A co z tego wszystkiego wynika? Mianowicie to, że teraz już wiem: nic nam się od naszych Mam nie należy. To my jesteśmy im winni opiekę, troskę i miłość. Choćbyśmy próbowali do końca życia, nie zdołamy odwdzięczyć się za to, co otrzymaliśmy.

Dziękuję, Mamo!

DSC_0433

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Styl życia

 

Zapowiedź „Nieobecnej”

13 maj

Cudownie ciepły maj mija mi pod znakiem intensywnej pracy nad „Pełnymi garściami”, czyli trzecią częścią „Wszystkich smaków życia” (zdradzę Wam tylko tyle, że bohaterowie mi się rozjechali po świecie, to Walia, to Czarnogóra, to znów jakaś Prowansja im w głowie) – a tymczasem Wydawca przygotował zapowiedź „Nieobecnej”.

Premierę zapowiedziano na 17 sierpnia, a oto jak brzmi nota wydawnicza:

Dwie bliźniaczki, Julia i Julita, prowadzą osobliwą grę: zamieniają się ubraniem, zmieniają makijaż i fryzurę, żeby przejąć tożsamość tej drugiej.

Julita jest beznadziejnie zakochaną singielką, która pragnie stabilizacji i rodzinnego ciepła.

Julii na pozór niczego nie brakuje, żyje otoczona luksusem, z własną gosposią i ogrodnikiem. Ma męża i syna, ale niestety jej życie pozbawione jest miłości… Męża traktuje przedmiotowo, a synem niemal wcale się nie interesuje.

Julita często odwiedza Julię i zajmuje jej miejsce, opiekując się siostrzeńcem, podczas gdy Julia spotyka się z kochankami. W ten sposób obie znajdują szczęście i spełnienie. Do czasu. W trakcie jednej z tych osobliwych zamian Julia i jej kochanek zostają znalezieni martwi. Wszyscy są przekonani, że zginęła jej siostra… Do czego doprowadzi skradziona tożsamość?

Najnowszy kryminał Agnieszki Olejnik to pełna niepokoju historia sióstr, które przekroczyły dozwolone granice.

Gdyby to ode mnie zależało, po pierwsze nie zdradziłabym Wam tak wiele z treści, ale cóż, nie miałam na to wpływu. Po drugie, nie użyłabym słowa „kryminał”. Moim zdaniem „Nieobecna” to po prostu powieść z wielką tajemnicą w tle – albo z wieloma tajemnicami. Jedne są bardziej mroczne, inne mniej, jedne sprzed lat, inne zaledwie sprzed paru dni. Przy czytaniu towarzyszyć Wam będzie napięcie i nie będziecie pewni, kto jest kim. Tyle mogę obiecać. Tego, że uda mi się wywieść Was w pole, nie obiecuję – ale bardzo się postaram.

A oto okładka:

Nieobecna_okładka

Podoba Wam się? Dajcie znać!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Literatura