RSS
 

Likiery na późną jesień

27 lis

Kto śledzi moje konto facebookowe, ten wie, że jakiś czas temu zakończyłam pracę nad „Ławeczką pod bzem” (od razu uprzedzam pytania – okładka jeszcze niegotowa; książka ukaże się latem 2017), a to doniosłe wydarzenie postanowiłam uczcić nastawieniem likieru. Albowiem mój przepis na szczęście jest właśnie taki: ciesz się drobiazgami i celebruj je w taki sposób, jaki sprawia Ci przyjemność.

W ciemne listopadowe i grudniowe wieczory taką właśnie drobną radość sprawimy sobie, wychylając kieliszeczek słodkiego, rozgrzewającego likieru. Ponieważ nie mogłam się zdecydować, zrobiłam ostatecznie trzy: kawowy, toffi i kokosowy. Moją prawdziwą miłością jest ten ostatni, ale trzeba na niego poczekać kilka tygodni, więc dwa pozostałe możemy potraktować jako pocieszaczy w trudnych chwilach.

Likier kawowy

Nie ma chyba na świecie nic prostszego. Bierzemy puszkę mleka skondensowanego słodzonego i około 300 ml wódki (ja kupuję Krupnik do wszystkich nalewek i likierów), mieszamy zawzięcie. Można w blenderze. Zaparzamy baaaaaardzo mocną kawę (u mnie zawsze jest naturalna i potem muszę ją przecedzać przez filtr do ekspresu - ale równie dobrze można użyć rozpuszczalnej) i dodajemy kilka łyżek. Ile? Do smaku. Kto chce bardziej kawowy smak, dodaje więcej, kto lubi łagodniejszy likier, doda tylko troszeczkę. Zresztą tak samo jest z wódką, możecie jej dodać mniej lub więcej w zależności od mocy, jaką chcecie uzyskać. Wolnoć Tomku w swoim gąsiorku.

P.S. Likier kawowy można przyrządzić także w wersji bezmlecznej, ale o tym kiedy indziej.

Likier toffi

Równie łatwy, ale trzeba się za niego zabrać poprzedniego dnia. Puszkę mleka skondensowanego słodzonego umieszczamy w garnuszku i nalewamy tyle wody, aby puszka była przykryta. Stawiamy na kuchence i gotujemy około dwóch godzin, najlepiej pod przykryciem, żeby nie trzeba było uzupełniać wody. Uzyskamy w ten sposób pyszną masę krówkową. Gdy wystygnie (a trwa to naprawdę długo, najlepiej zostawić na noc) otwieramy – nigdy nie otwierajcie gorącej!!! – i mieszamy w blenderze z wódką w takiej ilości, jaka nam się podoba. Podobnie jak poprzednio, można dodać 300 ml, ale można też nieco więcej lub mniej. Wasza wola.

Likier kokosowy

Tutaj już przygotowanie ma w sobie to coś, co uwielbiam w nastawianiu nalewek. Można się poczuć trochę jak szeptucha albo wiedźma z brodawką na nosie, warząca swoje mikstury i szepcząca zaklęcia. Na dno słoja wrzucamy garść rodzynek i łyżkę skórki otartej z cytryny (uprzednio wyparzonej, oczywiście). Dodajemy 150 g wiórków kokosowych i wlewamy dwie puszki mleka skondensowanego słodzonego. Na koniec wódka – całe 0,75 l, czyli w wersji krupnikowej po prostu jeden Krupnik.  Mieszamy i odstawiamy na kilka tygodni. Z moich doświadczeń wynika, że likier ten powinien stać nie mniej niż 2, ale nie więcej niż 4 tygodnie; jeśli za długo, to zrobi się bardzo gęsty i trzeba go jeść łyżeczką, jak Ewa, bohaterka „Szczęścia na wagę” i „Miłości z nutą imbiru” (obie te książki dostępne są w księgarniach stacjonarnych i internetowych – polecam w zestawie jako świetny pomysł na prezent).

baner

Aha, po odcedzeniu wiórki z rodzynkami stanowią wspaniały deser sam w sobie, choć są też rewelacyjnym dodatkiem do lodów. Jednak uprzedzam, że jakoś dziwnie miękną po nich nogi. Według mnie są też jednym z najlepszych sposobów na bezsenność.

Na zdjęciu stoją od lewej panowie: Kawowy, Toffi i Kokosowy.

DSC_0611

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Dziś w roli przynęty – fragment „Ławeczki pod bzem”

10 lis

U mnie pada śnieg – a u Was? Paskudnie się zrobiło, bo śnieg to ja owszem, lubię, ale tylko kiedy jest leciutki mróz, żeby się toto nie zamieniało w brudną breję, i kiedy słoneczko skrzy się w ośnieżonych gałązkach i czapach białego puchu… Niestety, dziś zrobiło się na świecie ponuro, mokro, zimno i w ogóle, tylko zapaść się w miękki fotel, opatulić wełnianym kocem i poczytać.

A skoro o czytaniu mowa – obiecałam fragment książki, która „właśnie mi się pisze”. Jak już wiecie, będzie to powieść inna niż wszystkie, bo z humorem i przymrużeniem oka. Żadnych (no dooobra, prawie żadnych) poważnych tematów, po prostu relaks i uśmiech.

O poranku wstąpiły we mnie nowe siły. Sprawdziłam ustawienie elementów „wystroju” tarasu – skrzynka po mandarynkach i krzesło stały na swoich miejscach. Zaparzyłam sobie kawę i zasiadłam do jej picia z absolutnym przekonaniem, że sobie poradzę. Jeśli będzie trzeba, zatrudnię kilku ochroniarzy, najprzystojniejszych, jakich tylko znajdę. Kupię sobie broń gazową, paralizator, gaz pieprzowy, łzawiący i rozśmieszający na dodatek. Jednym słowem – stawię czoła własnym lękom. A na początek, postanowiłam, zaczaję się i sprawdzę, czy złoczyńca w ogóle istnieje, czy nie jest to po prostu wytwór mojej znękanej zadawnionymi lękami wyobraźni.

W celu zaczajenia się przeprowadziłam niesłychanie sprytną operację taktyczną: przez cały dzień nie wychodziłam z domu ani nie zapalałam światła. Udawałam, że mnie nie ma. Ukradkiem obserwowałam ulicę. Po południu ostrożnie wychynęłam na taras i wystawiłam tam pudło, w którym kilka tygodni temu przywieziono mi nowy komputer z wielkim monitorem. Uznałam, że to będzie doskonały wabik na złodzieja. Jeśli ten facet rzeczywiście zamierza mnie okraść i krąży wokół domu, to zechce sprawdzić, czy karton jest pusty. Poświęciłam jedną z konturówek do ust i zaznaczyłam krzyżykami na posadzce, gdzie dokładnie znajdują się rogi pudła. Jeśli złodziej przesunie je lub choćby podniesie, na pewno nie odstawi precyzyjnie w to samo miejsce.

Po południu wykąpałam się, przebrałam w wygodną piżamę i mięciutki szlafrok, a następnie – dla kurażu, żeby nie umrzeć ze strachu – napiłam się trochę likieru o smaku cappuccino, który kupiłam w Lidlu, bo miał piękną, smukłą butelkę. Okazał się przepyszny, więc nalałam sobie od razu pół szklanki i zaczęłam wyjadać go łyżeczką. Świat poweselał, strach minął. W tym momencie miałam absolutną pewność, że nawet jeśli złodziej krąży wokół mego domu, to ja sobie z nim bez trudu poradzę. To znaczy nie ja osobiście, tylko moja armia ochroniarzy. Jutro, zatrudnię ich już jutro.

Tymczasem zgłodniałam jak wilk, toteż czym prędzej, korzystając z resztek światła dziennego, usmażyłam sobie naleśniki i zjadłam je z nutellą i bitą śmietaną, wykorzystując likier kawowy jako sosik do polewania. Czegoś tak pysznego w życiu nie jadłam. Zwłaszcza likier pasował idealnie. Zanim się spostrzegłam, smukła butelka była już pusta, a ja pomyślałam, że naukowcy powinni się skupić na wynalezieniu takich naczyń na likiery i inne gęste napoje, żeby dało się to wyżymać albo chociaż przekręcać na drugą stronę w celu wylizania denka.

   Nagle usłyszałam jakiś dźwięk na tarasie. Zapadał już wczesny grudniowy zmrok. Uświadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu nie wyglądałam przez okno, zajęta naleśnikami: najpierw smażeniem, a potem konsumpcją. Wstałam od stołu, przez chwilę łapałam równowagę, po czym – chwyciwszy patelnię, jako że nic innego nie przyszło mi do głowy – ruszyłam ostrożnie w stronę drzwi tarasowych.

Ktoś tam był. Wysoka, szczupła sylwetka. O ile mogłam się zorientować, ten ktoś stał odwrócony tyłem. Gapił się na mój ogród. Jakim prawem przybywał na moim tarasie? Po co tu wlazł? Niewiele myśląc (no dobrze, spójrzmy prawdzie w oczy: nie myśląc w ogóle), otworzyłam drzwi i wypadłam na taras.

Nie mam dla siebie żadnego usprawiedliwienia, poza tym jednym – że wychłeptałam całą butelkę likieru. Wiem, to było głupie. Bezdennie. Normalnie nigdy bym tak nie postąpiła, a jednak… właśnie to zrobiłam. Wyskoczyłam na taras, wrzasnęłam: „Czego tu?!”, a gdy mężczyzna odwrócił się ku mnie i stwierdziłam, że nie jest to żaden z moich znajomych, z całej siły walnęłam go patelnią w głowę. Potem upadliśmy oboje. On – bo go zabiłam, a ja, bo widząc to, zemdlałam.

Dajcie znać, czy Wam się podoba, czy raczej wolicie, żeby było serio, poważnie, nawet traumatycznie i depresyjnie; jednym słowem – listopadowo…

100_3379

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Literatura

 

Plany i marzenia

05 lis

Moja najnowsza powieść – „Miłość z nutą imbiru” – już w księgarniach, a w niej dalsze losy Ewy i jej bliskich, a także cudowna atmosfera świąt w wydaniu polskim i walijskim…

Co dalej, pytacie w listach i wiadomościach na Facebooku. Jakie mam plany na nadchodzący rok? Już odpowiadam…

Photo on 2011-12-25 at 19.07

Po pierwsze – niespodzianka dla tych moich czytelniczek, które mają dzieci. W roku 2017 (choć jeszcze nie wiem, kiedy dokładnie) ukaże się książka dla Waszych pociech. Jest to tekst, od którego zaczęła się moja przygoda z pisarstwem – żartobliwa opowieść zatytułowana „Awantura w bajkach”. Za tę książkę w roku 2007 otrzymałam wyróżnienie w organizowanym przez Fundację ABC XXI „Cała Polska Czyta Dzieciom” konkursie im. Astrid Lindgren. Potem dość długo „Awantura…” czekała w pamięci mojego komputera, aż wreszcie przypomniałam sobie o niej i tak oto trafiła do wydawnictwa Adamada, którego książeczki zachwycają mnie szatą graficzną. Mam nadzieję, że i moja opowieść zostanie opatrzona cudownymi ilustracjami.

DSC_0288

W kwietniu wydawnictwo Czwarta Strona wyda trzecią i ostatnią część serii Wszystkie smaki życia„Pełnymi garściami”. Poznamy dalsze losy Ewy, Klaudii, Żanety, Andrzeja i Jima, wszystkie zamotane supełki zostaną rozplątane, każdy z wątków znajdzie swoje zakończenie, choć nie obiecuję, że zawsze będzie różowo i landrynkowo. W prawdziwych ludzkich losach rzadko tak bywa, a ja nie piszę przecież baśni dla dorosłych, lecz serię z „życiem” w tytule.

DSC_0001

Na lipiec zaplanowano premierę powieści, nad którą pracuję obecnie – „Ławeczka pod bzem”. Takiej książki nigdy dotąd nie napisałam. Ma być zabawna, z przymrużeniem oka, lekka i taka w sam raz na wakacje. Jej główna bohaterka, Iga (dla której to Wy, moje Czytelniczki, wybrałyście imię) trochę wymyka mi się z rąk i zaczyna robić, co jej się żywnie podoba. To nieomylny znak, że lada dzień zakończę pracę nad książką, bo od momentu, gdy historia zaczyna żyć własnym życiem, książka pisze się niejako sama. Obiecuję, że jeszcze w listopadzie zaserwuję Wam fragment na zaostrzenie apetytu.

100_8900

We wrześniu 2017 – premiera, na którą bardzo, bardzo czekam. Będzie to książka pod tytułem „Szukam właśnie ciebie”, a wyda ją wydawnictwo Filia. Nieskromnie powiem, że jest to piękna opowieść o jeszcze piękniejszej, choć niełatwej miłości, która okaże się silniejsza nawet niż śmierć. Brzmi melodramatycznie, ale wcale nie będzie to ani melodramat, ani typowy romans.

DSC_0144

Na koniec – może późną jesienią, a może już zimą (lub nawet na początku 2018 roku) – marzy mi się pierwszy tom nowej serii. Na razie w myślach nazywam ją „Mansardą pod aniołami”, ale jak to z tytułami bywa, może pewnego dnia narodzi się jakiś inny, który wyda mi się ładniejszy. Tak czy owak, będzie to opowieść o mieszkańcach pewnej kamienicy z mansardowym poddaszem. Na razie rozglądam się wokół, słucham ludzkich historii i notuję pomysły do tej książki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura

 

Gołąbki w nieco innym wydaniu

23 paź

Poszukiwałam ostatnio pomysłów na podanie cukinii w innej formie niż zupa krem i popularny „bigos” cukiniowy. Kombinowałam, główkowałam i wreszcie wymyśliłam coś w rodzaju gołąbków.

Najpierw pokroiłam cukinię na podłużne plastry, zblanszowałam, wrzucając na 3 minuty do wrzątku, po czym wysuszyłam na ściereczce.

DSC_0243

Następnie zajęłam się farszem – ugotowałam woreczek ryżu, wymieszałam go z surowym mięsem mielonym (proporcje są dowolne, znam takich, co wolą więcej ryżu; ja daję mniej więcej pół na pół), podsmażoną cebulą czerwoną, zmiażdżonym ząbkiem czosnku, jajkiem i przyprawami – u mnie była to sól i czubrica). Mocząc dłonie w letniej wodzie uformowałam nieduże kulki.

DSC_0244

Każdą kulkę zawinęłam w długi plaster boczku wędzonego, a następnie – w poprzek – w plaster cukinii. Powstałe w ten sposób „gołąbki” ułożyłam ciasno w garnku rzymskim, do którego kupna już Was kiedyś zachęcałam. Na dnie ułożyłam zewnętrzne plastry cukinii.

DSC_0246

Piekłam około półtorej godziny w 180 stopniach. Garnek rzymski ma to do siebie, że nie trzeba wlewać do niego żadnego bulionu, pyszny sos wytwarza się sam z wody zawartej w żywności oraz w ściankach naczynia. Jeśli jednak chcecie przyrządzić takie gołąbki w zwykłym naczyniu do zapiekania, być może będzie trzeba użyć trochę bulionu.

Dla mnie bomba! Polecam!

DSC_0247   DSC_0249

 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego

 

Dziś premiera „Miłości z nutą imbiru”!

12 paź

Premiera dobra rzecz. Zawsze można uznać, że to coś w  rodzaju urodzin – i wykorzystać tę okazję jako pretekst do zjedzenia czegoś pysznego.

A ponieważ na październikowe ciemne poranki  i popołudnia, nie mówiąc już o długich wieczorach – najlepsza jest kawa, przeto dziś będzie deser kokosowo-kawowy. Łatwy, bez pieczenia.

Pomysł zaczerpnęłam ze strony „Moje ciasto.pl”, ale zmieniłam co nieco.

Zaczynamy: najpierw szykujemy żelatynę, żeby zdążyła przestygnąć. 20 gramów żelatyny mieszamy w garnuszku z 10 łyżkami zimnej wody, żeby napęczniała. Potem podgrzewamy, ale tylko do rozpuszczenia, nie gotujemy. Mieszamy podczas stygnięcia – ona nie ma stężeć, tylko być chłodna.

Tymczasem bierzemy opakowanie ciastek Oreo (zdaje się, że tam jest 175 g) i rozgniatamy je wałkiem lub ciachamy w malakserze na „kaszkę”. Następnie mieszamy z roztopioną margaryną Kasią (ok. 50 g) i odrobiną przestudzonego mocnego wywaru z kawy – ja rozpuściłam łyżeczkę kawy rozpuszczalnej w 1/8 szklanki wody. Niestety, choć nie lubię margaryn, nie można tu użyć masła, bo potem w lodówce spód zrobiłby się zbyt twardy. Wykładamy tą masą wyłożony pergaminem spód małej tortownicy (u mnie miała 22 cm i okazała się za duża, lepsza byłaby 18 cm, wówczas deserek byłby wyższy i lepiej by wyglądał). Wkładamy do lodówki i bierzemy się za warstwę kokosową.

Wracamy do przestudzonej żelatyny: dodajemy do niej 300 ml mleka kokosowego oraz 500 ml śmietany kremówki ubitej na sztywno z cukrem pudrem. Cukru wzięłam 100 gramów, ale moi chłopcy twierdzili, że jak dla nich, deserek jest odrobinę zbyt wytrawny, można więc dać więcej, np. 110-120 gramów.

Po wymieszaniu rozdzielamy masę śmietankową na dwie części. Do jednej wsypujemy małe opakowanie wiórków kokosowych (70 g), delikatnie mieszamy,wykładamy to na ciemny spód i jazda do lodówki, aż trochę stężeje. Tymczasem parzymy kawę – ok. dwóch czubatych łyżeczek – w niewielkiej ilości wody, studzimy i ostrożnie dodajemy do drugiej części masy (trzeba dość energicznie mieszać, żeby nam się nie rozwarstwiło). Powstanie beżowa kołderka o smaku kawowym – cudo! Wykładamy to na białą masę i wszystko razem ponownie ląduje w lodówce na kilka godzin.

Zdjęcie niestety byle jakie, robione w pośpiechu, bo ręce mi się trzęsły, żeby już zjeść… ;)

DSC_0220

Najsmaczniejsze jest, a jakże, do kawy i do dobrej książki ;). Polecam – pytajcie o „Miłość z nutą imbiru” w księgarniach! Obiecuję Wam emocje i wzruszenia przy lekturze, trochę słodyczy, trochę goryczy – jak to w życiu.

miłość

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Coś pysznego

 

Czarny poniedziałek

03 paź

Nie, nie jestem zwolenniczką aborcji. I nie, nie jestem wojującą feministką. Kim więc jestem? Szczęśliwą matką trojga zdrowych dzieci. Jak niemal każda matka, oddałabym życie, żeby chronić moich synów. Ale to nie ma w dzisiejszym proteście żadnego znaczenia. To nie ma nic do rzeczy, bo nie o to chodzi w tym strajku.

Kobiety, które dziś – podobnie jak ja – nie poszły do pracy i które, ubrane na czarno, wezmą udział w wydarzeniach w całej Polsce, też w ogromnej większości nie są zwolenniczkami aborcji. Uważają po prostu, że bywają w życiu sytuacje, kiedy trzeba wybierać między większym a mniejszym cierpieniem. Między większym a mniejszym złem. Jest dla mnie oczywiste, że takie decyzje należy pozostawić kobiecie, której to dotyczy. Nie może o tym decydować nikt inny – nieważne, czy będą to posłowie, czy posłanki. Nie wszystko mieści się w kodeksach i paragrafach. Ludzkie historie często wymykają się prostemu klasyfikowaniu i nie da się ich wetknąć do szufladki z napisem DOBRE i ZŁE. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to znaczy, że niewiele jeszcze przeżył i widział. Albo widział, lecz nie zrozumiał, czyli jest zwyczajnie głupi.

Jeśli naszym rządzącym naprawdę zależy na tym, żeby chronić życie, to niech zaczną od początku. Niech sprawią, żeby młodzież była edukowana seksualnie, żeby młodziutkie dziewczyny nie zachodziły w ciążę z przypadkowym partnerem na zakrapianej imprezie, żeby nie rodziły się niechciane dzieci, którymi ktoś potem rzuca o podłogę. Niech nasi „łaskawie nam panujący” zagwarantują niegotowym jeszcze na macierzyństwo kobietom łatwy dostęp do antykoncepcji. Urodzi się mniej dzieci? Owszem, ale będą to dzieci upragnione, wyczekiwane.

Niech ktoś się wreszcie zajmie żłobkami i przedszkolami, w których wciąż brakuje miejsc, co z pewnością nie sprawia, że kobiety chcą mieć więcej dzieci. I wreszcie – tym, czego potrzebujemy, jest mądry, przemyślany i skuteczny system pomocy samotnym rodzicom. Właśnie to wszystko sprawi, że kobiety nie będą nawet myślały o aborcji jako o sposobie na rozwiązanie „problemu”. Bo po prostu ciąża, nawet ta nieplanowana, nie będzie dłużej „problemem”.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Styl życia

 

Już niedługo pojawi się „Miłość…”

25 wrz

Chodzi mi oczywiście o Miłość z nutą imbiru. Premiera książki już 12 października. Przypominam, że powieść ta jest kontynuacją Szczęścia na wagę, lecz wiem z pewnego źródła, że da się ją czytać również wtedy, jeżeli nie zna się wcześniejszych losów bohaterów. Mimo to oczywiście zachęcam do przeczytania najpierw pierwszej części ;)

Tak prezentuje się okładka w pełnej krasie:

miłość

Ale tymczasem mamy ostatnie dni września, wyjątkowo ciepłe w tym roku. W moim ogrodzie wciąż jeszcze pysznią się na krzakach piękne maliny. Są tak dojrzałe, że rozpadają się w palcach, więc postanowiłam zrobić z nich mus i wykorzystać go do ciasta. Przepis skradłam z bloga mojej ulubionej blogerki, Heleny – zajrzyjcie koniecznie na Moje Walijskie Pichcenie (walijskiepichcenie.blogspot.com). Traktuję tego bloga jako skarbnicę pomysłów; ilekroć nie wiem, co zrobić na obiad albo łazi za mną coś słodkiego, choć nie wiem konkretnie, co by to miało być, wpadam do Helenki – i po prostu wybieram.

Murzynka z musem malinowym robi się tak: bierzemy pół szklanki mleka i tyle samo śmietany (według Heleny powinna być kwaśna 18%, ale ja z braku laku wzięłam 12%), 50 g gorzkiej czekolady, szklankę mąki, 2 czubate łyżki kakao, jajko, 2/3 szklanki cukru, 1/4 szklanki oleju oraz po pół łyżeczki proszku do pieczenia i sody oczyszczonej.

Warstwę malinową robimy z dwóch czerwonych galaretek oraz około połowy kilograma malin. Na wierzch Helenka dała czekoladę mleczną, ja zaś białą.

Do podgrzanego mleka należy dodać połamaną czekoladę i mieszać, aż się rozpuści. Niech sobie stygnie. Tymczasem mieszamy sypkie produkty: mąkę, kakao, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną. Jajko ucieramy z cukrem, po czym wlewamy olej i  śmietanę – miksujemy intensywnie, żeby się nie zważyło. Następnie należy dodać ostudzone mleko i jeszcze miksować. Na koniec dodajemy suche składniki i łączymy, ale to już nie musi być długie miksowanie.
Moje ciasto piekło się w temperaturze ok. 180 stopni, mniej więcej 40 minut. Niestety, nie urosło mi tak, jak Helenie, co widać na zdjęciach, ale i tak było pyszne.
Mus robimy ze zblendowanych malin oraz galaretek rozpuszczonych w półtorej szklanki wody (bo owoce puszczą dużo soku). Wykładamy na ostudzone ciasto dopiero, gdy już prawie stężeje. Niech postoi w lodówce.

Wierzch można ozdobić czekoladą rozpuszczoną w garnuszku (na małym ogniu) z dwiema łyżkami śmietany – mocno wymieszać i łyżką wylewać na powierzchnię musu, po czym jeszcze na chwilę odstawić do lodówki.

Dla mnie – bomba!

DSC_1320

DSC_1321

DSC_1325

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Literatura

 

Aromatyczna malinówka

29 sie

W moim ogrodzie trwa malinowe szaleństwo. Niemal codziennie zbieramy miseczkę tych cudownie aromatycznych owoców, pijemy koktajle z maślanki albo jogurtu, robimy pyszne desery, a maliny wciąż dojrzewają… Postanowiłam więc nastawić nalewkę, która w zimowe wieczory przypomni mi, jak pięknie pachniał sierpień.

DSC_1373

Potrzebujemy 1 kg malin, 1/2 litra spirytusu, 1/2 litra wódki i pół kilograma cukru. To jest wersja podstawowa. W wersji wzbogaconej można dodać ok. 100 ml ginu lub rumu. Ja dotychczas robiłam bez dodatków, w tym roku zdecydowałam się na gin lubuski, więc moja malinówka będzie miała posmak jałowcowy.

Maliny starannie przebieramy. Moje pochodzą z ekologicznego ogrodu położonego z dala od świata, ale jeśli kupujemy, to warto jednak przepłukać i osuszyć. Następnie wsypujemy je do słoja i zasypujemy cukrem. Niech puszczą trochę soku. Potrząsamy raz i drugi, żeby cukier dobrze oblepił owoce i zostawiamy na jakąś godzinkę. Wreszcie wlewamy alkohol i to już koniec roboty.

Stawiamy nasz słój w słonecznym, ciepłym miejscu na tydzień, codziennie potrząsamy. Po tygodniu odstawiamy na 3 tygodnie w równie ciepłe miejsce, ale w cieniu. Potrząsamy nadal, choć niekoniecznie codziennie.

Znam różne przepisy na malinówkę, w niektórych potrząsania nie ma wcale, w innych jest dwa razy dziennie. Nie sądzę, żeby to miało jakieś wielkie znaczenie. W większości tradycyjnych receptur powtarza się natomiast jedna informacja: że maliny macerowane w alkoholu nie powinny długo stać na słońcu – podobno wówczas z pesteczek uwalnia się gorycz. Ile w tym prawdy, nie mam pojęcia, ale wolę nie ryzykować, dlatego po tygodniu słój wędruje do cienia.

DSC_1357

Po miesiącu płyn zlewamy, resztkę przesączamy przez gazę, bo szkoda, żeby się zmarnowało. Niestety, nie mam patentu na to, co można zrobić z pozostałą ciapką z malin (słyszałam, że niektórzy robią z tego mus alkoholowy do lodów, ale nigdy nie próbowałam).

Po zlaniu nalewki do butelek pozwalamy jej jeszcze dojrzeć. Otwieramy w okolicach Bożego Narodzenia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Wspaniałe ciasto z rabarbarem

08 sie

Rabarbarowego szaleństwa ciąg dalszy. Ostatni wpis w kategorii „Coś pysznego” dotyczył babeczek, a dziś będzie o wspaniałym cieście na oleju. Akurat tym razem dołożyłam do niego kilka wiśni, ale z samym rabarbarem także wychodzi znakomite, podobnie zresztą jak ze śliwkami, jagodami, jabłkami i tak dalej.

Składniki: niepełne 2 szklanki mąki, 4 jajka, szklanka oleju, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 10 dkg cukru i 30-40 dkg owoców. Jak widzicie, cukru jest niewiele, dlatego jeśli użyjemy kwaśnych owoców, posypujemy po upieczeniu – jeszcze gorące – cukrem pudrem.

Ucieramy jajka z cukrem na puszystą masę. Stopniowo dolewamy olej, cały czas miksując. Kiedy masa jest gładka, aksamitna, zaczynamy dodawać mąkę z proszkiem – po trochu, oczywiście. Przekładamy ciasto do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą (lub na przykład wiórkami kokosowymi) tortownicy, po czym wykładamy na nie przygotowane wcześniej owoce.

Pieczemy ok. 45 minut w temperaturze 180 stopni. Coś absolutnie przepysznego!

DSC_0531

DSC_0532

DSC_0533

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Coś pysznego

 

„Nieobecna” już za miesiąc!

17 lip

Dokładnie za miesiąc, 17 sierpnia, w księgarniach pojawi się moja najnowsza powieść, „Nieobecna”. A ponieważ obiecywałam Wam kolejny fragment, uznałam, że dziś jest idealna okazja, aby uchylić jeszcze jednego rąbka tajemnicy.

Był taki czas, kiedy marzyłam o prasowaniu koszul Marka, o praniu ubrań przesyconych jego zapachem. Wzruszały mnie spodnie wyświecone przy kieszeniach, do których wiecznie wciskał dłonie.

Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, wydał mi się bezbronny. Zaprzeczenie tego, czego szukałam w mężczyznach, o ile w ogóle można powiedzieć, że czegokolwiek szukałam. Spotkałam go w czytelni, do której zawędrowałam, aby przejrzeć nowości; szkoda mi było pieniędzy na kupowanie bestsellerów, skoro większość z nich okazywała się przereklamowana. Poza tym zawsze uwielbiałam czytać w czytelni, to pozwalało mi przez chwilę poczuć się jak wtedy, gdy byłam pełną pasji studentką.

Kucnął przy półce z teorią literatury i czegoś szukał. Z góry widziałam tylko jego zmierzwione włosy i leciutko, naprawdę bardzo delikatnie rysujące się miejsce, gdzie w przyszłości powstanie łysinka. Taki krążek rzadszych włosów. Nie miałam pojęcia, dlaczego mnie to rozczuliło. Patrzyłam przez chwilę, potem przykucnęłam przy sąsiednim regale i zaczęłam przekładać książki, które bez przerwy zsuwały się ze śliskiej metalowej powierzchni. Przytrzymał mi je dłonią, a ja skinęłam głową zamiast podziękować. Gdy znalazłam to, czego szukałam, poszłam do stolika i usiadłam przodem do regału. Z jakiegoś absurdalnego powodu  chciałam mu się przyjrzeć.

Wreszcie wyszedł spomiędzy regałów. Był mały. „Niski” brzmiałoby lepiej, ale to nie byłaby prawda, bo on nie był niski, lecz mały. Miał krótkie nogi i ręce, wydawał się jakby pomniejszony, lecz nie całkiem proporcjonalnie. Głowa była normalna, ramiona szerokie, tors jak u przeciętnie zbudowanego mężczyzny, natomiast ręce i nogi wyraźnie za krótkie. Takie było moje pierwsze wrażenie. Jednak tym, co przyciągnęło moją uwagę, nie była jego sylwetka, lecz sposób, w jaki się poruszał. Bo szedł tak, jak idzie gwiazdor pod obstrzałem fleszy. Jakby był najatrakcyjniejszym facetem na tym świecie, jakby muskały go pożądliwe spojrzenia kobiet i w dodatku – jakby słyszał muzykę. Dobrego bluesa albo rocka.

Mały facecik z kilkudniowym zarostem przykrywającym blizny po trądziku. Brązowe oczy, prostokątne okulary, ciemne zmierzwione włosy i ten krążek rodzącej się łysinki, o którym pewnie nie miał pojęcia. To było coś intymnego, te rzadkie włosy na czubku jego głowy, o których wiedziałam, zupełnie jakbym znała go od lat albo była jego żoną.

Wtedy, pierwszego dnia, nawet na mnie nie spojrzał i byłam pewna, że w ogóle nie zauważył mojego istnienia. Dopiero kilka dni później przekonałam się, że to nieprawda, bo gdy weszłam między regały i sięgnęłam po książkę, usłyszałam ciche „Dzień dobry”. Stał po drugiej stronie regału, znowu w dziale teoretycznoliterackim – i uśmiechał się do mnie między przechylonymi grzbietami książek. Skinęłam głową i odpowiedziałam uśmiechem. I tyle. Serce mi się tłukło jak ćma o szybę, zupełnie bez sensu, bo dlaczego, skąd takie emocje, przecież to tylko nieznajomy, który kilka dni temu przytrzymał mi książki. Nieatrakcyjny. Mały. Z brzydką cerą. A gdy się uśmiechnął, zobaczyłam także, że ma nieładne zęby.

Dla mnie, miłośniczki wszystkiego, co czyste, zadbane, doskonałe, sterylne – taki mężczyzna nie powinien istnieć. Nie powinien wzbudzić we mnie niczego poza niesmakiem, zwłaszcza że później – gdy szedł do swojego stolika i rozkładał na nim książki – przyjrzałam mu się dokładniej i dostrzegłam zażółcone od nikotyny palce, niezbyt świeżą koszulę i sierść na marynarce.

A jednak. Istniał. Niepokojąco i uparcie był. Choć przecież nie wiedziałam o nim nic poza tym, że pali, że zapewne ma psa lub kota i że z jakiegoś powodu interesuje go teoria literatury. 

Przez następne kilka dni nie trafiłam na niego ani razu. Właściwie nie miałam już po co chodzić do czytelni, przeczytałam wszystkie nowości, jakie w ostatnim czasie zakupiła biblioteka. Tak więc nie było sensu tam zaglądać, a jednak robiłam to niemal codziennie, o różnych porach. Wreszcie w pewne piątkowe popołudnie zdarzyło się to, na co czekałam przez cały ten dziwny czas. Kartkowałam katalog, nie szukając właściwie niczego konkretnego, gdy poczułam… bo przecież nie usłyszałam ani nie zobaczyłam, nie był to także zapach… zwyczajnie poczułam, że stoi za mną. Odwróciłam się. Brązowe oczy za okularami. Nieatrakcyjny, zaniedbany. Intrygował mnie.

-       Szuka pani jeszcze? – zapytał, wskazując szufladkę katalogu.

Pokręciłam przecząco głową. Podszedł i zaczął wertować. Nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Powinnam była po prostu odejść, ale wszystko we mnie chciało zostać. Cała ta sytuacja była idiotyczna.

-       Nie mogę znaleźć – mruknął, zanim zdążyłam cokolwiek postanowić.

Zapytałam, czego szuka. I tak zaczęła się nasza pierwsza rozmowa, tak zrobiliśmy ten pierwszy krok, który miał zamienić się we wspólny spacer, a potem w marsz, w szaleńczy bieg ku najsilniejszym emocjom, jakich dane mi było doświadczyć, ku głupiej, beznadziejnej miłości, nadziei i rozpaczy. Gdybym wtedy odeszła, gdybym nie zapytała, czego szuka, gdybym tylko wiedziała, że to ostatni moment, aby się ratować…

„Nieobecną” można już kupić w przedsprzedaży w Ravelo, Świecie Książki i innych księgarniach internetowych. Wkrótce ukaże się także w Empiku i Matrasie, a w połowie sierpnia również w Waszych lokalnych księgarniach.

Nieobecna_baner

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Literatura