RSS
 

Skarb prosto z łąki, czyli syrop z mniszka

07 maj

Wiosna – jak to już stwierdziliśmy – jest w tym roku opieszała, ale nie zawiodła aż tak, żeby nie było mniszków. Co to, to nie! Mniszek, czyli popularny mlecz, jest zawsze, czy się go chce, czy się nie chce – a wiedzą o tym doskonale ogrodnicy usiłujący wytępić go w swoim ogrodzie.

Nieliczne chwile ładnej pogody warto więc wykorzystać na to, by udać się spacerkiem (albo na rowerze, jak kto woli) w odludne miejsce, gdzie nie ma spalin i innych paskudztw, i nazbierać główek mniszka na syrop, który jest po pierwsze przepyszny, a po drugie bardzo zdrowy. Można stosować go przy przeziębieniach i osłabieniu; ja robię sobie na przykład lemoniadę słodzoną tym syropem, gdy bierze mnie coś „grypopodobnego”.

Mniszki warto zbierać w rękawiczkach, chyba że nie przewidujemy w najbliższym czasie pokazywania komukolwiek dłoni. ;)

DSC_1026

W internecie krąży wiele przepisów na ten pyszny syrop, zwany miodem z mniszka – możecie więc znaleźć zupełnie inne proporcje niż moje. Myślę, że tak czy owak syrop się uda.

A zatem – jak to się robi? Zbieramy 500 główek mniszka (same kwiatki) i rozsypujemy na gazetach, żeby wszelkiej maści robaczki poszły sobie w świat. Następnie kwiatki jeszcze przedmuchujemy (mój mąż robi to wiertarką!). Zalewamy litrem wody i gotujemy pół godziny (czas mierzymy od momentu zagotowania). Następnie przykrywamy taką „zupę” ściereczką i odstawiamy na 24 godziny.

Następnego dnia przecedzamy przez gazę, odciskamy porządnie, dodajemy sok z 2 cytryn oraz kilogram cukru i stawiamy na niewielkim ogniu. Gotujemy, mieszając, by cukier się rozpuścił. Mówiąc szczerze, nie mam pojęcia, ile to trwa – po prostu gotuje się go tak długo, aż się zagęści i nabierze konsystencji miodu. Ja zawsze przeprowadzam test, kapiąc odrobinę na talerzyk (a następnie ochoczo zlizując te gęstniejące krople).

Gotowy, gorący syrop przelewamy do wyparzonych słoiczków i zakręcamy. Nie trzeba go pasteryzować. Ja przechowuję w lodowce, ale chyba nie jest to konieczne. Zażywamy w okresie przeziębieniowym profilaktycznie łyżkę dziennie (dla dzieci – łyżeczkę), a jeśli już nas dopadnie jakieś paskudztwo, to nawet do trzech łyżek. Wspaniale smakuje jako słodzik do herbaty albo lemoniady, zamiast miodu na rogaliku, jako polewa na lodach lub innym deserze albo zwyczajnie – prosto z łyżki.

DSC_1030

 

 
 

Moje wiosenne slow life

22 kwi

Wiosna nie rozpieszcza nas w tym roku ciepłem, ale zanim się na nią obrazimy, przypomnijmy sobie jedno z najbardziej znanych polskich przysłów, to o kwietniu, i stanie się jasne, że wszystko jest w porządku. Tak właśnie ma być, nawet jeśli z powodu ostatnich przymrozków nie zobaczę w tym roku jednej z moich azalii japońskich, bo właśnie obmarzły jej śliczne różowe pączki.

Piszę sobie powolutku II tom „Mansardy pod aniołami”, dla którego póki co nie mogę wymyślić tytułu. Może „Rozstania i powroty”? A może „Wyznania”? Oczywiście nie mogę Wam zdradzić, kto odejdzie, kto powróci i kto komu będzie wyznawał sekrety, ale to będzie taka właśnie książka: pełna szeptów, tajemnic, próśb o wybaczenie i powoli rodzącej się miłości. I tom trafił już do wydawcy i z teraz z utęsknieniem będę czekała na projekt okładki.

Tymczasem, zgodnie z moją filozofią, żyję sobie pomaluśku, ciesząc się drobiazgami, starając się wyrzucić z głowy i serca to, co mnie zatruwa. Patrzę na najpiękniejsze w świecie szafirki i cały świat robi mi się od nich niebieski.

DSC_1003

Eksperymentuję w kuchni – ostatni mój pomysł to mus z aquafaby z gorzką czekoladą – coś wspaniałego!

DSC_0993  DSC_0996

Zbieram ostatnie fiołki tej wiosny i smażę z nimi naleśniki, oczywiście posypane cukrem fiołkowym.

DSC_0961  DSC_0966  DSC_0967

Hoduję sobie trawę pszeniczną, której źdźbła dodaję do koktajli owocowych i od razu jestem młoda, silna i witaminy wyłażą mi uszami. ;) O tym, że młodziutka trawa jest bardzo zdrowa, przeczytałam kiedyś w książce o survivalu, a teraz mam własną trawkę i mogę ją przemycać do sałatek i smoothies albo wyciskać z niej sok. A przy tym jak ślicznie wygląda taka zielona grzywka! Stanowiła piękną ozdobę wielkanocnego stołu, a w cieplejsze dni pyszni się na tarasie. Przyjemnie jest pić w jej towarzystwie kawę.

DSC_1012  DSC_1000

Żeby nie było tak sennie i leniwie, w najbliższym czasie planuję dwa spotkania z czytelnikami. Pierwsze – w czwartek 27 kwietnia o 17:30 w Bibliotece Publicznej w Jasieniu, zaś kolejne – w piątek 5 maja o 18:00 w Bibliotece Publiczno-Szkolnej w Młynisku koło Wielunia. Zapraszam Was serdecznie. Poopowiadam trochę o „Ławeczce pod bzem”, która ukaże się tego lata, o „Cudach i cudeńkach”, czyli pierwszym tomie „Mansardy…” – no i zdradzę coś niecoś z moich planów pisarskich.

Mam nadzieję, że się zobaczymy!

 

Nareszcie kwiecień, czyli coś dla kwiatowych zjadaczy…

01 kwi

Kwiecień to między innymi czas fiołków. Lubicie fiołki? Ale nie mówię o bukiecikach, o zapachu, który nie ma sobie równych… Mówię o smakowitych kwiatkach i listkach.

Tak, owszem: smakowitych. Większość osób wie, że niektóre kwiaty są jadalne – ale niewielu jest amatorów fiołkowych listków do sałatki (na przykład: wrzucamy do miseczki opłukane i wysuszone listki, dodajemy drobno pokrojonego pora albo dymkę, rwiemy na kawałki sałatę rzymską, sypiemy posiekanym koperkiem i/albo szczypiorkiem, mieszamy, na to kładziemy pokrojone na ćwiartki jajko na półmiękko i polewamy odrobiną oliwy wymieszanej z sokiem z cytryny). Smaczne i zdrowe, bo listki fiołka to między innymi mnóstwo witaminy C.

Ale chyba jeszcze mniej jest osób zjadających śliczne fioletowe kwiatuszki. Są delikatne w smaku, lekko słodkie, a działają antybakteryjnie, antywirusowo i – uwaga!: poprawiają nastrój, poleca się je więc w depresji.

Ponieważ moja trasa nordic walking wiedzie przez śliczne fiołkowe zakątki, często podskubuję trochę pachnących główek; pod pretekstem zebrania garści lub dwóch robię sobie odpoczynek. Po powrocie do domu oczywiście płuczę je porządnie i osuszam. Co się z nimi dzieje później, to już zależy od mojej fantazji. Czasem stanowią dodatek do naleśników, czasem do sałatki owocowej albo surówki. Robię z nich także liliowy cukier (który wspaniale nadaje się do ozdabiania kruchych ciastek i muffinek), a także dodaję do koktajli.

Dziś na przykład znalazłam w zamrażalniku resztę jagód z ubiegłego lata. Połowę zostawiłam na niedzielne naleśniki, a z połowy zrobiłam koktajl jagodowo-fiołkowy. Trochę jagód, garść  fiołków, szklanka mleka owsiano-kokosowego i łyżka ksylitolu – blendujemy, posypujemy z wierzchu kwiatuszkami - i pijemy na zdrowie.

DSC_0958  DSC_0959  DSC_0960

 
 

Cudowne zielone coś na śniadanie

24 mar

No właśnie – „coś”. Na razie nie zdradzę Wam, co to takiego – bo to zagadka.

Zostało zaledwie kilka dni do premiery mojej książki w ślicznej zielonej okładce – uznałam więc, że pora na pierwszy konkurs.
Pytanie brzmi: co wrzuciłam do blendera dziś rano, żeby uzyskać taką oto bombę błonnikowo-witaminowo-jakąś tam? :)
Nie pytam o pudding chia, nie pytam o migdały, tylko o to zielone dookoła.
DSC_0966  DSC_0969
Podpowiedzi: jest ciut słodkie, ciut kwaskowate, ma tylko trzy składniki i wszystkie trzy to owoce lub warzywa. Dostarczyło mi żelaza, potasu, witaminy C oraz K i w ogóle całego mnóstwa dobrodziejstw.
Na odpowiedzi czekam do niedzieli do 16:00.
Wpisujemy swoje pomysły pod moim postem na Facebooku, ale umówmy się – każdy strzela tylko raz.
Nagrodą będzie moja najnowsza książka (a jeśli ktoś już wcześniej ją zamówił, to wybrana inna powieść mojego autorstwa, włączając także te, które dopiero się ukażą).
Jeśli zgadnie kilka osób – będzie dogrywka. Jeśli nikt – następna zagadka. :)
A po rozwiązaniu zagadki oczywiście zdradzę Wam, jaki jest przepis na to pyszne i przede wszystkim zdrowe „coś”. :)
Ole_Apetyt_300.jpg
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Literatura

 

Napój owsiany, czyli oczyszczania ciąg dalszy

08 mar

W jednym z komentarzy na Facebooku pojawiła się sugestia, żebym podzieliła się przepisem na „mleko” owsiane. Tak zwane mleka roślinne dostępne w sklepach są dość drogie, niezbyt smaczne, a w dodatku – nie ma siły – muszą być czymś konserwowane, skoro stoją dość długo na półkach i się nie psują.

Przepisów na napoje roślinne krąży w sieci mnóstwo. Można znaleźć receptury na mleko migdałowe, orzechowe, z ryżu, z kasz i tak dalej. Ja robię owsiane, bo orzechy i migdały wolę zjeść w postaci „do schrupania”, a poza tym płatki owsiane górskie są tanie, łatwo dostępne i kupuję ich spore ilości, jako że moje dzieciaki zjadają coś w rodzaju muesli na śniadanie.

Mój sposób jest taki: wsypuję do miseczki szklankę płatków owsianych i czubatą łyżkę (albo nawet dwie) wiórków kokosowych. Zalewam wrzątkiem – tylko tyle, żeby było przykryte – i zostawiam. Niech napęcznieje i wystygnie.

Kiedy płatki są już wystudzone, przekładam je do blendera i zalewam trzema szklankami przegotowanej wody o temperaturze pokojowej. Miksuję porządnie, po czym przecedzam przez bardzo gęste sito. Wytłoczki pozostałe na sicie przelewam jeszcze jedną szklanką przegotowanej wody i odciskam, np. jakimś spodeczkiem. Czyli w sumie proporcje są takie: 1 część płatków, 4 części wody, dowolny dodatek wiórków.

Gotowe mleko przelewam do butelki i mam na 2-3 dni do koktajli owocowych i do puddingu chia. Można nim także zaprawiać zupy i sosy (uwaga – gęstnieje po podgrzaniu!) Wiem, że niektórzy stosują napoje roślinne do naleśników, ale jeszcze nie próbowałam.

Mleka owsianego niczym nie doprawiam, bo według mnie ma interesujący smak (i pięknie pachnie kokosem) – ale można dodać szczyptę soli, ksylitolu, kapkę miodu. Czasem zdarza mi się dosypać odrobinę cynamonu, ale to tylko do puddingu chia.

IMG_20170308_101239

Często spotykam się z pytaniami, po co tyle zachodu, skoro można kupić mleko krowie. Cóż, osoby z nietoleracją laktozy chyba wiedzą, po co „tyle zachodu”. Znam też bardzo wiele osób, u których nie stwierdzono nietolerancji, ale które zauważyły znaczącą poprawę stanu zdrowia po odstawieniu produktów mlecznych. Są tacy, którym nareszcie odtyka się nos, są i tacy, którzy pozbywają się zmian skórnych albo problemów jelitowych. Wreszcie kwestia logiki – żaden ssak na świecie nie spożywa mleka jako osobnik dorosły. Dlaczego my to robimy?

Jakie zalety mleka owsianego sprawiają, że jest ono zdecydowanie lepszym wyborem niż krowie? Cóż, jeśli poszperamy trochę w zasobach internetu, dowiemy się, że jest ono bogate w błonnik i kwas foliowy, zawiera mnóstwo witamin i minerałów, w tym spore ilości wapnia, który w tej postaci jest znacznie lepiej przyswajalny aniżeli ten z mleka krowiego; polecane jest także przy anemii ze względu na zawartość żelaza, zawiera tzw. fitochemikalia, czyli roślinne substancje czynne, które hamują rozwój komórek nowotworowych, działają antybakteryjnie, zapobiegają udarowi i chorobom serca oraz potrafią obniżyć poziom cholesterolu. Podobno ma też działanie uspokajające.

A u mnie dziś – jako wspomagacz przy pisaniu II tomu „Mansardy pod aniołami” – koktajl z mleka owsianego, plastra ananasa, pomarańczy i suszonej żurawiny. Polecam!

IMG_20170308_101647 IMG_20170308_101738 IMG_20170308_101657

Aha, zapomniałabym o bardzo ważnej sprawie: wytłoczki owsiane przekładamy z powrotem do miseczki i mamy wspaniały, naturalny preparat oczyszczający skórę. Można się nim „namydlić” w kąpieli, a można myć tylko twarz lub dłonie. Podobno przy dłuższym stosowaniu rewelacyjnie leczy zmiany trądzikowe. Ponadto skóra staje się jedwabista i promienna. Polecam!

A w oczekiwaniu na wiosnę – zajrzyjcie do księgarni w poszukiwaniu serii „Wszystkie smaki życia”! :) Lada dzień pojawi się trzeci tom – „Apetyt na więcej„, a póki co – zachęcam do przeczytania dwóch pierwszych.

851x315_Apetyt-na-więcej

 
 

Wiosenne oczyszczenie

05 mar

Chyba wszyscy lubimy na przedwiośniu trochę się „przewietrzyć” – wewnętrznie i zewnętrznie. Stąd przecież tradycja wiosennych porządków, stąd także w niektórych kulturach i religiach idea wiosennego postu. Wiele osób o tej właśnie porze roku podejmuje nowe wyzwania – zmieniają dietę, zaczynają uprawiać sport na świeżym powietrzu i tak dalej.

Ja też uległam tej potrzebie wprowadzenia zmian. Przyjrzałam się uważnie temu, co jem, i doszłam do wniosku, że wbrew własnemu przeświadczeniu, jakobym się zdrowo odżywiała, w mojej diecie brakuje błonnika. Wiadomo, że latem, gdy będą dostępne świeże cudeńka prosto z ogrodu i sadu, nie będzie z tym problemu, ale teraz, właśnie na przedwiośniu, kiedy kończą się zimowe zapasy, a dostępne w sklepach owoce i warzywa to jakieś sztuczne twory, podobne do tych prawdziwych tylko z kształtu i koloru, ale bez właściwego smaku i zapachu – trzeba o zawartość błonnika w diecie zadbać szczególnie.

Poszperałam więc, poczytałam – i znalazłam. Nasiona chia, czyli szałwii hiszpańskiej!

Te niepozorne kuleczki – jak się dowiedziałam  – są prawdziwym skarbem. Są świetnym źródłem białka, zawierają kwasy omega-3, potas, wapń, fosfor, żelazo i magnez, tak więc wprowadzając je do naszej diety, oddajemy przysługę naszemu sercu, kościom, układowi nerwowemu, oczom i jelitom. Ponoć nasiona chia poprawiają pamięć i koncentrację, działają antydepresyjnie i uspokajająco, pomagają unormować ciśnienie, zapobiegają miażdżycy i demencji, a także rewelacyjnie usprawniają działanie układu pokarmowego (to ze względy na wspomniany wcześniej błonnik).

Zresztą kto jest ciekaw, poszuka sobie informacji i wyciągnie wnioski.

W pierwszej chwili pomyślałam, że mimo tych wszystkich zalet nasionka chia nie są dla mnie – a to z powodu wysokiej ceny. Okazało się jednak, że dzienna porcja to zaledwie 2 łyżki. Tak więc nawet jeśli zapłacę za kilogramową paczkę prawie 30 złotych (bo moim zdaniem nie należy kupować tych najtańszych – z czegoś ta ich taniość wynika, może np. ktoś oszczędza na oczyszczaniu nasionek), to mam śniadania lub kolacje na naprawdę długo.

Jest mnóstwo sposobów wykorzystania nasion chia w kuchni; mnie przypadł do gustu pomysł na poranny pudding. Wiele osób przyrządza go z całych nasion, jednak o ile wiem, marnuje się wówczas mnóstwo wartości odżywczych. Dlatego ja swoje nasionka mielę w starym młynku do kawy, który mam specjalnie do takich zadań. Wieczorem wsypuję do niego 2 łyżki nasion, rozdrabniam, przesypuję do miseczki, zalewam szklanką napoju roślinnego (migdałowego, kokosowego lub owsianego domowej roboty), mieszam, odstawiam na 10 minut, mieszam jeszcze raz i wkładam na noc do lodówki. Rano mam gęsty pudding (jeśli nasionka nie zostaną zmielone, będzie odrobinę rzadszy, ale też bardzo zgęstnieje). Jeżeli mam do niego słodkie owoce, to nie słodzę go, ale kiedy zamierzam go zjeść np. z rozmrożonymi wcześniej wiśniami lub porzeczkami, to dosładzam ksylitolem, miodem lub stewią. W blenderze robię mus owocowy – najbardziej lubię z pomarańczy i kiwi, ale świetny jest też ze wszelkich mrożonych owoców, np. z jagód albo malin z dodatkiem banana, albo z ananasem z puszki (tyle że wtedy zawiera sporo cukru).

Dla mnie – bomba (błonnikowa, ale także smakowa)!

IMG_20170305_081020    IMG_20170305_081146

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Macie apetyt na „Apetyt…”?

03 lut

Pokazywałam już na Facebooku, pokażę też tutaj: oto okładka „Apetytu na więcej”, trzeciej i ostatniej części serii „Wszystkie smaki życia”. Premiera – 29 marca, a ja obiecuję, że dowiecie się, co będzie dalej z Ewą, Andrzejem i Jimem, jak potoczą się losy Klaudii, czy Tatiana potrafi cieszyć się macierzyństwem, jak postąpi Żaneta oraz co słychać u Barbary.

Oto opis ze strony Wydawcy – poznańskiej Czwartej Strony:

Życie nie zawsze układa się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, a szczęście kryje się w najmniej spodziewanych miejscach. Jak rozpoznać drogę, która do niego prowadzi?

Ewa czuje, że oszukuje siebie i swojego partnera, trwając w pozornie tylko idealnym związku. Kobieta uświadamia sobie, że jedynym mężczyzną, którego naprawdę kocha, jest Andrzej. Jednak na przeszkodzie ich miłości staje ciąg nieporozumień i niedomówień. Tymczasem Klaudia, borykająca się z problemem samoakceptacji, wyrusza na poszukiwania samej siebie i znajduje szczęście w najmniej spodziewanym miejscu.

W trzeciej części bestsellerowego cyklu Agnieszki Olejnik bohaterowie muszą zadać sobie pytanie, kim są i czego pragną, oraz zawalczyć o własne szczęście. Bo życie ma różne smaki, a sztuką jest znaleźć ten, który pokocha się najbardziej.

Ole_Apetyt_300

A dla tych, którzy już mają apetyt na tę wiosenną lekturę – fragmencik ;)

„…Na komodzie w holu rozdzwoniła się komórka, a na wyświetlaczu pojawiło się jego imię. Ewa nie odebrała. Jeszcze nie uporała się z własnymi uczuciami po ich ostatniej rozmowie – tej, po której w jej duszy został jakiś gorzki osad.

Zaczęło się od tego, że Andrzej odwiedził ją w wieczór wigilijny i powiedział, że to nie on jest ojcem dziecka swojej żony. To wprawdzie nie zmieniało faktu, że nie dochował Ewie wierności, ale dawało im obojgu jakieś szanse, by mogli ponownie pomyśleć o wspólnej przyszłości. Dlatego zgodziła się, gdy kilka dni później zadzwonił i poprosił o spotkanie. Jim akurat wyjechał z siostrą do Zakopanego. Ewa pomyślała, że będzie czuła się swobodniej, wiedząc, że Walijczyk nie może w każdej chwili wpaść z wizytą. Babcia z Klaudią wybierały się na wielkie zakupy, ponieważ w większości sklepów trwały szalone wyprzedaże – Ewa zaprosiła więc Andrzeja do siebie.

Sama nie wiedziała, na co liczy – może na spokojną rozmowę, czułe wyznania, może kilka buziaków na przeprosiny. Tymczasem to, co otrzymała, było niczym sesja u psychoterapeuty połączona z atakami zazdrosnego, oszalałego z rozpaczy człowieka.

Andrzej był w kompletnej rozsypce. Najpierw użalał się nad sobą, potem krzyczał. Że jest do niczego, wszystkich rozczarowuje, zawodzi, nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Że zdradzali go wszyscy: najpierw ojciec, potem żona, a teraz ona, Ewa, na którą liczył, której ufał, która była dla niego niemal święta.

-       Nigdy nie udawałam świętej – odpowiedziała wtedy Ewa, na pozór spokojnie, choć w gruncie rzeczy aż się trzęsła ze zdenerwowania. – Nie jestem ani lepsza, ani gorsza od innych znanych ci kobiet.

-       Przed tobą tak naprawdę znałem tylko dwie kobiety – wycedził Andrzej. – Jedna z nich to moja żona i naprawdę wierzyłem, chcę wierzyć nadal, że jesteś od niej lepsza.

Ewa z trudem powstrzymywała łzy.

-       Drugą z tych kobiet była moja matka – ciągnął Andrzej, który też cały drżał z nerwów. – Mimo że ojciec ją zdradzał, ona czekała na niego w domu i zawsze przyjmowała go z powrotem, kiedy wracał skruszony.

-       Więc tego ode mnie oczekujesz?! – zawołała Ewa, w której aż się zagotowało. – Miałabym czekać, aż wiarołomny ukochany znudzi się nową zabawką?

-       Ale o czym my mówimy?! Nie miałem żadnej nowej zabawki! Popełniłem błąd, rozumiesz?

-       Jeśli porównujesz mnie do swojej matki, to bądź też świadom, co z tego porównania wynika! Gdybym była taka jak ona, to wcale by cię nie było w moim życiu! Czekałabym teraz na Mirka, aż wróci do mnie wprost z objęć swojej Tatiany! Więc zastanów się, może to jednak dobrze, że nie przypominam twojej mamy, Andrzej.

Nie odpowiedział wtedy, zamilkł na długo, a ponieważ Ewa także nie miała już nic do powiedzenia, siedzieli w ciężkiej, nieprzyjemnej ciszy, która oddalała ich od siebie równie skutecznie jak najgorsze obelgi. Wreszcie Ewa zdecydowała się przerwać tę okropną sytuację i poprosiła go, żeby już poszedł.

-       Co się z nami stało, Ewuś? – zapytał Andrzej cicho, kiedy zapinał kurtkę, a ona stała w holu, ze wzrokiem wlepionym w podłogę.

Wzruszyła bezradnie ramionami. Zdradziłeś mnie, to się właśnie stało – chciała powiedzieć, ale nie miała siły na kolejną wymianę ciosów.

-       Kocham cię tak, że wszystko mnie z tej miłości boli – wyszeptał jeszcze. – Ale szaleję z zazdrości i zachowuję się jak ostatni idiota, kiedy tylko pomyślę, że spotykasz się z kimś innym, że on mi ciebie odebrał.

-       Nikt mnie nikomu nie odbierał – zaprotestowała słabo.

-       Wiem, wiem, nie kłóćmy się już. Ja sobie zasłużyłem, naprawdę to rozumiem.

-       Idź już, Andrzej. Pozwól mi ochłonąć.

-       Przepraszam.

Nie odpowiedziała, więc wyszedł. Nie widzieli się od tamtej pory. Andrzej dzwonił potem trzykrotnie – dziś właśnie był ten trzeci raz, lecz Ewa nie odbierała. Jeszcze nie. Wciąż się bała, że usłyszy kolejną porcję zarzutów i pretensji zaborczego mężczyzny. A to była ostatnia rzecz, na jaką miałaby teraz ochotę”.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Literatura

 

Garść pytań i odpowiedzi

23 sty

Jakoś przegapiłam na blogu nadejście Nowego Roku. Nie było postu o świątecznych potrawach, nie było postanowień noworocznych… Wszystko to trochę dlatego, że zimą moja doba staje się dziwnie krótka. Należę do tych stworzeń, które powinny zapadać w sen zimowy. Zawsze sobie obiecuję, że na emeryturze będę chodzić spać, gdy zrobi się ciemno, a wstawać, kiedy zacznie świtać. Problem w tym, że – jak mówi większość znanych mi emerytów – w pewnym wieku człowiekowi odechciewa się spać.

Od czasu zamieszczenia ostatniej notki – tej smakowitej, o likierach na jesień – dostałam od Was mnóstwo wiadomości. Odpisuję na każdą, ale pomyślałam, że skoro w tych Waszych liścikach powtarzają się niektóre pytania, równie dobrze mogę na nie odpowiedzieć „zbiorczo”. Proszę bardzo.

1.       Dlaczego Miłość z nutą imbiru kończy się tak dziwnie?

Miłość z nutą imbiru to druga część serii Wszystkie smaki życia. Dlatego „dziwnie” się zaczyna i „dziwnie” kończy. Jeśli chcecie wiedzieć, co było przedtem, zajrzyjcie do Szczęścia na wagę, a jeśli chcecie poznać ciąg dalszy opowieści, zaczekajcie na Apetyt na więcej, który ukaże się w marcu. Wiem, wiem, na okładkach powinno być napisane, że Miłość… to II tom. Sugerowałam to w wydawnictwie, ale mnie nie posłuchali.

851x315_Apetyt-na-więcej

2.       Czy Pani sądzi, że taka historia jak w Nieobecnej mogłaby się zdarzyć naprawdę? Serio?!

Sądzę. Serio. Pomysł napisania książki o bliźniaczkach, które zamieniają się miejscami, wzięłam właśnie z życia. Kiedy byłam w szkole średniej, miałam młodziutką nauczycielkę w-f. Polubiłyśmy się bardzo; kiedy zaczęłam studiować, stałam się nianią jej dzieci i przeszłyśmy na stopę koleżeńską. Wówczas poznałam jej siostrę. Oczywiście kiedy stały obok siebie, a w dodatku pamiętałam, że ta po lewej to Kasia, a po prawej – Gosia, byłam w stanie je odróżnić. Ale wystarczyło, że wyszły razem do kuchni, a potem wróciły w innym ustawieniu – i nie dało się. Kasia przyznała mi się, że zamieniały się niekiedy rolami i niektóre lekcje w-f miałam nie z nią, lecz z Gosią. Nikt z nas, uczniów, ani nikt z nauczycieli nigdy niczego nie zauważył.

Oczywiście wiem, że w normalnym małżeństwie taka zamiana zostałaby zauważona; ale małżeństwo mojej książkowej Julii nie jest normalne pod żadnym względem. Już pomijam wzajemną obcość – przede wszystkim Patryk od wielu miesięcy nie mieszka z żoną.

Dlatego – tak, sądzę, serio.

3.       Czy Pani jeździ na spotkania autorskie?

Jeżdżę, oczywiście. Na przykład w lutym jadę do Działdowa. Ale nie pytajcie mnie, czy mogłabym przyjechać i do Was. Z takim pytaniem musi się do mnie zwrócić organizator spotkania, czyli miejscowa biblioteka. Zawsze możecie zaproponować swoim paniom bibliotekarkom, żeby do mnie napisały – adres jest na blogu – albo zagadały przez Facebooka.

4.       Dlaczego nie mogę nigdzie kupić Zabłądziłam?

Sama chciałabym to wiedzieć. Podejrzewam, że nakład się wyczerpał i póki co Wydawnictwo Literackie nie zrobiło dodruku. Czy go zrobi – najlepiej pytać u źródła. Napiszcie do nich.

5.       Dlaczego Pani książek nie ma w Empikach?

Nie mam pojęcia. To pytanie powtarza się bardzo często, a ja nie wiem, co odpowiadać. Moja sugestia jest taka: pytajcie o nie. Nie tylko szukajcie na półkach, ale pytajcie sprzedawców. Może oni nie wiedzą, że szukacie moich powieści, więc ich nie zamawiają? Wiem, że w większych salonach są pojedyncze egzemplarze, ale bardzo szybko znikają.

Jeśli chcecie mieć pewność, że jadąc na zakupy do Empiku znajdziecie tam moją książkę, najlepiej kilka dni wcześniej zamówić ją na ich stronie internetowej, a żeby nie płacić za przesyłkę, wybrać opcję odbioru na miejscu, w wybranym przez Was salonie.

 *-*-*

Dziękuję Wam bardzo za wszystkie ciepłe listy i wiadomości! A teraz wracam do pisania Mansardy pod aniołami, korekty autorskiej Apetytu na więcej oraz snucia luźnych planów na temat całkiem nowej powieści, której akcja działaby się gdzieś w Anglii za czasów Sherlocka Holmesa… Co Wy na to? ;)

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Literatura

 

Likiery na późną jesień

27 lis

Kto śledzi moje konto facebookowe, ten wie, że jakiś czas temu zakończyłam pracę nad „Ławeczką pod bzem” (od razu uprzedzam pytania – okładka jeszcze niegotowa; książka ukaże się latem 2017), a to doniosłe wydarzenie postanowiłam uczcić nastawieniem likieru. Albowiem mój przepis na szczęście jest właśnie taki: ciesz się drobiazgami i celebruj je w taki sposób, jaki sprawia Ci przyjemność.

W ciemne listopadowe i grudniowe wieczory taką właśnie drobną radość sprawimy sobie, wychylając kieliszeczek słodkiego, rozgrzewającego likieru. Ponieważ nie mogłam się zdecydować, zrobiłam ostatecznie trzy: kawowy, toffi i kokosowy. Moją prawdziwą miłością jest ten ostatni, ale trzeba na niego poczekać kilka tygodni, więc dwa pozostałe możemy potraktować jako pocieszaczy w trudnych chwilach.

Likier kawowy

Nie ma chyba na świecie nic prostszego. Bierzemy puszkę mleka skondensowanego słodzonego i około 300 ml wódki (ja kupuję Krupnik do wszystkich nalewek i likierów), mieszamy zawzięcie. Można w blenderze. Zaparzamy baaaaaardzo mocną kawę (u mnie zawsze jest naturalna i potem muszę ją przecedzać przez filtr do ekspresu - ale równie dobrze można użyć rozpuszczalnej) i dodajemy kilka łyżek. Ile? Do smaku. Kto chce bardziej kawowy smak, dodaje więcej, kto lubi łagodniejszy likier, doda tylko troszeczkę. Zresztą tak samo jest z wódką, możecie jej dodać mniej lub więcej w zależności od mocy, jaką chcecie uzyskać. Wolnoć Tomku w swoim gąsiorku.

P.S. Likier kawowy można przyrządzić także w wersji bezmlecznej, ale o tym kiedy indziej.

Likier toffi

Równie łatwy, ale trzeba się za niego zabrać poprzedniego dnia. Puszkę mleka skondensowanego słodzonego umieszczamy w garnuszku i nalewamy tyle wody, aby puszka była przykryta. Stawiamy na kuchence i gotujemy około dwóch godzin, najlepiej pod przykryciem, żeby nie trzeba było uzupełniać wody. Uzyskamy w ten sposób pyszną masę krówkową. Gdy wystygnie (a trwa to naprawdę długo, najlepiej zostawić na noc) otwieramy – nigdy nie otwierajcie gorącej!!! – i mieszamy w blenderze z wódką w takiej ilości, jaka nam się podoba. Podobnie jak poprzednio, można dodać 300 ml, ale można też nieco więcej lub mniej. Wasza wola.

Likier kokosowy

Tutaj już przygotowanie ma w sobie to coś, co uwielbiam w nastawianiu nalewek. Można się poczuć trochę jak szeptucha albo wiedźma z brodawką na nosie, warząca swoje mikstury i szepcząca zaklęcia. Na dno słoja wrzucamy garść rodzynek i łyżkę skórki otartej z cytryny (uprzednio wyparzonej, oczywiście). Dodajemy 150 g wiórków kokosowych i wlewamy dwie puszki mleka skondensowanego słodzonego. Na koniec wódka – całe 0,75 l, czyli w wersji krupnikowej po prostu jeden Krupnik.  Mieszamy i odstawiamy na kilka tygodni. Z moich doświadczeń wynika, że likier ten powinien stać nie mniej niż 2, ale nie więcej niż 4 tygodnie; jeśli za długo, to zrobi się bardzo gęsty i trzeba go jeść łyżeczką, jak Ewa, bohaterka „Szczęścia na wagę” i „Miłości z nutą imbiru” (obie te książki dostępne są w księgarniach stacjonarnych i internetowych – polecam w zestawie jako świetny pomysł na prezent).

baner

Aha, po odcedzeniu wiórki z rodzynkami stanowią wspaniały deser sam w sobie, choć są też rewelacyjnym dodatkiem do lodów. Jednak uprzedzam, że jakoś dziwnie miękną po nich nogi. Według mnie są też jednym z najlepszych sposobów na bezsenność.

Na zdjęciu stoją od lewej panowie: Kawowy, Toffi i Kokosowy.

DSC_0611

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Dziś w roli przynęty – fragment „Ławeczki pod bzem”

10 lis

U mnie pada śnieg – a u Was? Paskudnie się zrobiło, bo śnieg to ja owszem, lubię, ale tylko kiedy jest leciutki mróz, żeby się toto nie zamieniało w brudną breję, i kiedy słoneczko skrzy się w ośnieżonych gałązkach i czapach białego puchu… Niestety, dziś zrobiło się na świecie ponuro, mokro, zimno i w ogóle, tylko zapaść się w miękki fotel, opatulić wełnianym kocem i poczytać.

A skoro o czytaniu mowa – obiecałam fragment książki, która „właśnie mi się pisze”. Jak już wiecie, będzie to powieść inna niż wszystkie, bo z humorem i przymrużeniem oka. Żadnych (no dooobra, prawie żadnych) poważnych tematów, po prostu relaks i uśmiech.

O poranku wstąpiły we mnie nowe siły. Sprawdziłam ustawienie elementów „wystroju” tarasu – skrzynka po mandarynkach i krzesło stały na swoich miejscach. Zaparzyłam sobie kawę i zasiadłam do jej picia z absolutnym przekonaniem, że sobie poradzę. Jeśli będzie trzeba, zatrudnię kilku ochroniarzy, najprzystojniejszych, jakich tylko znajdę. Kupię sobie broń gazową, paralizator, gaz pieprzowy, łzawiący i rozśmieszający na dodatek. Jednym słowem – stawię czoła własnym lękom. A na początek, postanowiłam, zaczaję się i sprawdzę, czy złoczyńca w ogóle istnieje, czy nie jest to po prostu wytwór mojej znękanej zadawnionymi lękami wyobraźni.

W celu zaczajenia się przeprowadziłam niesłychanie sprytną operację taktyczną: przez cały dzień nie wychodziłam z domu ani nie zapalałam światła. Udawałam, że mnie nie ma. Ukradkiem obserwowałam ulicę. Po południu ostrożnie wychynęłam na taras i wystawiłam tam pudło, w którym kilka tygodni temu przywieziono mi nowy komputer z wielkim monitorem. Uznałam, że to będzie doskonały wabik na złodzieja. Jeśli ten facet rzeczywiście zamierza mnie okraść i krąży wokół domu, to zechce sprawdzić, czy karton jest pusty. Poświęciłam jedną z konturówek do ust i zaznaczyłam krzyżykami na posadzce, gdzie dokładnie znajdują się rogi pudła. Jeśli złodziej przesunie je lub choćby podniesie, na pewno nie odstawi precyzyjnie w to samo miejsce.

Po południu wykąpałam się, przebrałam w wygodną piżamę i mięciutki szlafrok, a następnie – dla kurażu, żeby nie umrzeć ze strachu – napiłam się trochę likieru o smaku cappuccino, który kupiłam w Lidlu, bo miał piękną, smukłą butelkę. Okazał się przepyszny, więc nalałam sobie od razu pół szklanki i zaczęłam wyjadać go łyżeczką. Świat poweselał, strach minął. W tym momencie miałam absolutną pewność, że nawet jeśli złodziej krąży wokół mego domu, to ja sobie z nim bez trudu poradzę. To znaczy nie ja osobiście, tylko moja armia ochroniarzy. Jutro, zatrudnię ich już jutro.

Tymczasem zgłodniałam jak wilk, toteż czym prędzej, korzystając z resztek światła dziennego, usmażyłam sobie naleśniki i zjadłam je z nutellą i bitą śmietaną, wykorzystując likier kawowy jako sosik do polewania. Czegoś tak pysznego w życiu nie jadłam. Zwłaszcza likier pasował idealnie. Zanim się spostrzegłam, smukła butelka była już pusta, a ja pomyślałam, że naukowcy powinni się skupić na wynalezieniu takich naczyń na likiery i inne gęste napoje, żeby dało się to wyżymać albo chociaż przekręcać na drugą stronę w celu wylizania denka.

   Nagle usłyszałam jakiś dźwięk na tarasie. Zapadał już wczesny grudniowy zmrok. Uświadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu nie wyglądałam przez okno, zajęta naleśnikami: najpierw smażeniem, a potem konsumpcją. Wstałam od stołu, przez chwilę łapałam równowagę, po czym – chwyciwszy patelnię, jako że nic innego nie przyszło mi do głowy – ruszyłam ostrożnie w stronę drzwi tarasowych.

Ktoś tam był. Wysoka, szczupła sylwetka. O ile mogłam się zorientować, ten ktoś stał odwrócony tyłem. Gapił się na mój ogród. Jakim prawem przybywał na moim tarasie? Po co tu wlazł? Niewiele myśląc (no dobrze, spójrzmy prawdzie w oczy: nie myśląc w ogóle), otworzyłam drzwi i wypadłam na taras.

Nie mam dla siebie żadnego usprawiedliwienia, poza tym jednym – że wychłeptałam całą butelkę likieru. Wiem, to było głupie. Bezdennie. Normalnie nigdy bym tak nie postąpiła, a jednak… właśnie to zrobiłam. Wyskoczyłam na taras, wrzasnęłam: „Czego tu?!”, a gdy mężczyzna odwrócił się ku mnie i stwierdziłam, że nie jest to żaden z moich znajomych, z całej siły walnęłam go patelnią w głowę. Potem upadliśmy oboje. On – bo go zabiłam, a ja, bo widząc to, zemdlałam.

Dajcie znać, czy Wam się podoba, czy raczej wolicie, żeby było serio, poważnie, nawet traumatycznie i depresyjnie; jednym słowem – listopadowo…

100_3379

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Literatura