RSS
 

Jesiennie, pachnąco i smakowicie. Czyli batatowo.

22 paź

Jesień mamy piękną w tym roku, chyba przyznacie. Od wczoraj jednak październik trochę się burmuszy i popłakuje deszczem, więc naszła mnie ochota na coś rozgrzewającego i aromatycznego. Ponieważ u mnie w kuchni ostatnio jest bardzo roślinnie, wymyśliłam, że wyszukam sobie jakiś sprawdzony przepis wegański i przerobię go nieco po swojemu, bo z przepisami nieprzerobionymi to przecież w ogóle nie ma zabawy. :)

Wykorzystałam fakt, że na jesieni w sklepach pojawiają się tanie bataty. Taki batat to jest COŚ. Co w nim znajdziemy? Poza beta-karotenem, także wapń, fosfor, potas, sód, magnez, siarkę, chlor, żelazo, jod, witaminy z grupy B (zwłaszcza B6), witaminę C, kwas foliowy i witaminę E.
Dotychczas wykorzystywałam bataty głównie do przyrządzania musu z bananem i kwaśnymi owocami. Blenduje się po prostu ugotowanego na parze batata z dojrzałym bananem (lub dwoma) i przekłada do szklanki warstwami, na przemian z czymś kwaskowatym, na przykład z mrożoną czarną porzeczką, ziarenkami granatu, winogronami, śliwkami i tak dalej. Co kto lubi. Taki deser można schłodzić, a można go też jeść na ciepło. Tylko od naszej pomysłowości zależy, czy przyrządzimy mus w jednym kolorze, czy też wielobarwny. Na przykład do jednej części zblendowanego batato-banana można dodać karob, a do kolejnej kakao – i powstanie deser w dwóch odcieniach brązu.

mus kako  mus  muss

Ale – jak już wspomniałam – dziś miałam ochotę na coś rozgrzewającego. Wyszperałam więc na blogu jednego z moich ulubionych wegan – erVegana – przepis na cudowne brownie z batatów. Oczywiście przerobiłam nieco recepturę, ale naprawdę zmieniłam niewiele, bo przepis był prawie doskonały. Ugotowałam 2 pokrojone bataty na parze, a gdy były miękkie, lecz wciąż gorące, zdjęłam z nich skórkę i zblendowałam miąższ ze szklanką rodzynek, wcześniej zalanych wrzątkiem i moczonych przez 15 minut. Dodałam 3/4 szklanki mąki gryczanej, 5 łyżek kakao, łyżkę cynamonu, 5 łyżek syropu z agawy i 3/4 szklanki migdałów, które wcześniej niezbyt dokładnie zmieliłam w młynku do kawy. Wymieszałam wszystko łyżką. Piekłam 40 minut w 180 stopniach na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Autor przepisu radzi, aby przestudzić brownie pół godziny, zanim zacznie się je kroić, ale u nas oczywiście część zniknęła, gdy tylko ostygło na tyle, żeby nie poparzyć języka. Przyznaję jednak, że po wystudzeniu jest jeszcze lepsze niż na gorąco!

1   3

Smacznego!

P. S. W księgarniach znajdziecie już I tom „Mansardy pod Aniołami” – „Cuda i cudeńka”. Dostaję sporo wiadomości, w których pojawia się to samo pytanie – kiedy ciąg dalszy? Już niedługo! Może w styczniu, może w lutym. Obiecuję, że dowiecie się, jaki list czekał na Lenę w skrzynce i jaką tajemnicę skrywa babcia Miecia!

cuda i cudenka

 

 

 

 

 

 

Jesienne nowiny

13 wrz

Przyszła pracowita jesień, a wraz z nią nowe wyzwania, pomysły i plany. Zanim zwolnimy trochę obroty w zimowym zamyśleniu, staram się teraz łapać ostatnie promyczki ciepła, cieszyć się darami przyrody – zbierać grzyby, zamykać w słoikach i butelkach resztki lata. Cieszę się każdym złotym listkiem, każdym rudym kasztanem, ucztowaniem motyli na budlejach i brzęczeniem pszczół w modrych kwiatach barbuli.

DSC_0376

Oczywiście nie zaniedbuję przy tym pisania. Już niedługo, bo 11 października, ukaże się moja kolejna książka: I tom Mansardy pod Aniołami - zatytułowany Cuda i cudeńka. Wiem, że wielu moich czytelników bardzo na nią czeka, więc w ramach rozbudzenia apetytów prezentuję Wam okładkę oraz opis ze strony Wydawcy:

cuda i cudenka

W małym, sennym miasteczku tylko na pozór niewiele się dzieje. 
Malownicza kamienica z mansardą, której szczyt zdobią dwa zamyślone anioły zwane Serafinami, skrywa pod swym dachem niejedną tajemnicę. Nieprzewidziane okoliczności sprawiają, że Lena, dziewczyna pełna marzeń i wiary w przyszłość, zostaje jej nową lokatorką. Poznaje swoich sąsiadów, nietuzinkowe postaci, które sprawiają, że życie dziewczyny staje się jeszcze barwniejsze niż dotychczas.
Wśród jej nowych przyjaciół jest Francesca, ekscentryczna Włoszka po przejściach, która prowadzi mały sklepik z cudeńkami. Lena, która uwielbia zmiany, dołącza do niej. Zaczyna również korespondować z tajemniczym Borysem, właścicielem mieszkania na strychu, który skrywa bolesną tajemnicę.
Dzięki świątecznej wymianie pyszności, mieszkańcy kamienicy lepiej poznają siebie i swoje sekrety. Najwyraźniej kamienne anioły opiekują się nimi, prostując pokręcone ścieżki, którymi prowadzi ich los.
„Cuda i cudeńka” to pełna ciepła opowieść o odzyskanych nadziejach, potrzebie bliskości, sile kobiecej przyjaźni i zwyczajnej, codziennej dobroci.
A wszystko to przyprawione odrobiną wiary w cuda.

Tom drugi – i tu dobra wiadomość dla tych, którzy nie lubią długo czekać na kontynuację – jest planowany na początek roku 2018, być może pojawi się w księgarniach już w styczniu!

I co dalej? – zapytacie. Dalej będzie równie kolorowo. W kwietniu powinna ukazać się kontynuacja bardzo przez Was ciepło przyjętej Ławeczki pod bzem. Nie będzie to II tom, lecz właśnie kontynuacja, bo tym razem skupimy się na przygodach Agaty, równie zwariowanej jak Iga, lecz borykającej się z zupełnie innymi problemami. Mam już tytuł – Cała w fiołkach.

Prawdopodobnie w maju czeka nas zupełnie inna przygoda – powieść Szukam właśnie ciebie, tym razem nie szalona i zabawna jak Ławeczka, lecz całkiem serio, co oczywiście nie znaczy, że zabraknie w niej optymizmu, nadziei i dobra. Nie zabraknie, obiecuję.

I wreszcie jesienią 2018 roku powinna zagościć w księgarniach I część nowego cyklu – Dworek w Miłosnej. Ten pierwszy tom nosić będzie tytuł Wianek z lawendy. Nie mogę się doczekać, kiedy się w tej lawendzie zanurzę, ale tymczasem muszę jeszcze zamknąć historię Agaty, więc póki co, mimo że to wrzesień – po uszy tkwię w fiołkach. :)

 

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Literatura, Styl życia

 

Zakochaj się w gryce!

12 sie

Jak Wam mija lato? Mnie dość pracowicie, bo skoro „Ławeczka pod bzem” już w księgarniach, to muszę przecież napisać jej kontynuację. :)

Znalazłam jednak czas, aby wyrwać się na parę dni w ukochane Tatry (fotorelację możecie obejrzeć na Facebooku), a na co dzień robię sobie przerwy od pisania – w kuchni. Wypróbowuję nowe przepisy, eksperymentuję, bawię się wegańskimi deserami i usiłuję nie zauważać, że tak jakby robi mi się coraz ciaśniej w ulubionych dżinsach. Efekty moich kuchennych wygibasów od niedawna można oglądać na Instagramie – gdzie figuruję jako agnieszka.olejnik.books, ponieważ rozmaitych innych Agnieszek Olejnik było tam już mnóstwo. ;)

Jakiś czas temu pokazałam Wam bezglutenowy chleb bez mąki, którego bazą była namaczana kasza gryczana. Był to chleb pełen ziaren, a więc dość tłusty i ciężki. Dziś zajmiemy się wersją lżejszą, bo składająca się głównie z mąki gryczanej. Chleb ten wymaga znacznie mniej czasu i zachodu, a jego wielką zaletą jest to, co lubię najbardziej – możliwość modyfikowania przepisu według własnej fantazji. Wadą – jeśli to w ogóle wada – może być zapach drożdży, bo nie wszyscy go lubią. Mnie nie przeszkadza.

DSC_0351  DSC_0352

O zaletach białej gryki nie trzeba chyba nikogo przekonywać (bo mąka gryczana jest oczywiście z gryki białej, niepalonej). Już 100 g kaszy gryczanej dostarcza człowiekowi wystarczającą ilość aminokwasów egzogennych (czyli takich, których organizm ludzki nie jest w stanie syntetyzować), ponadto gryka zawiera niewiele tłuszczu, sporo skrobi i błonnika, witaminy z grupy B, magnez, żelazo, cynk i jeszcze kilka innych nieocenionych składników.

Niedawno odkryłam niezwykłą właściwość kaszy gryczanej, której poświecę osobny wpis – będzie w nim mowa o naleśnikach WYŁĄCZNIE z kaszy gryczanej oraz o jeszcze jednym chlebie gryczanym, który lubię najbardziej – ale dziś wracam do przepisu na chleb gryczany na drożdżach.

Najpierw przygotowujemy drożdże: 30 gramów rozkruszamy w kubeczku, dodajemy odrobinę słodzidła (u mnie kapka syropu z agawy albo daktylowego, ale może być też miód lub odrobina cukru), zalewamy letnią wodą, mieszamy i odstawiamy, aż się zapieni.

Tymczasem bierzemy 1/2 kg mąki gryczanej (ja kupuję ją w sklepie internetowym, ale jeśli mi zabraknie, umieszczam po prostu w blenderze wysokoobrotowym 500 g kaszy i mielę na mąkę. Można to zrobić również w młynku do kawy, tyle że małymi porcjami, więc sporo z tym zabawy). Dosypujemy 1 łyżkę skrobi z tapioki albo ziemniaczanej i 2 płaskie łyżeczki soli. To są składniki podstawowe. Teraz zaczyna się zabawa, czyli dodawanie tego, na co mamy ochotę. U mnie przeważnie jest to następujący zestaw: 2 łyżki siemienia lnianego i 1 łyżka ostropestu, zmielone razem w młynku do kawy, ponadto po 1 łyżce czarnuszki, kminku, czosnku niedźwiedziego, słonecznika i dyni. Można stworzyć swój ulubiony zestaw albo upiec w ogóle bez tych dodatków.

Mieszamy suche składniki w misce, dodajemy spienione drożdże i jeszcze 2 szklanki wody (w sumie wody ma być ok. 750 ml, ale szczerze mówiąc nigdy nie mierzę jej dokładnie). Ciasto mieszamy porządnie łyżką (nie trzeba wyrabiać ręcznie) i odstawiamy przykryte ściereczką, niech porządnie wyrośnie. Następnie przekładamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia (u mnie ok. 27 cm długości, w dłuższej wychodzi niski bochenek) i znów przykrywamy ścierką, żeby podrosło. W tym czasie możemy już rozgrzać piekarnik do 200 stopni.

Wyrośnięte ciasto wsuwamy do piekarnika i pieczemy 50 minut (góra/dół). Mniej więcej w połowie pieczenia można zmniejszyć temperaturę do 180 stopni, chyba że lubimy bardzo spieczoną skórkę. Ja zawsze przy okazji pryskam wodą wierzch chleba, żeby był gładki, ale nie jest to konieczne.

Po upieczeniu wystawiamy, trzymając za rogi papieru ostrożnie wyciągamy z foremki i zostawiamy do ostygnięcia na kratce lub deseczce. Ja zwykle ćwiartkę bochenka kroję w kromki i mrożę, żeby zawsze mieć zapas.

DSC_0737  DSC_0735

Taki chleb można podawać z dowolnymi dodatkami, ponieważ jest neutralny w smaku, pasuje i do powideł, i do warzyw. U nas jada się go z wegańskimi smarowidłami, spośród których najbardziej lubimy najprostsze: awokado z drobno startym ogórkiem kiszonym i zmiażdżonym ząbkiem czosnku. Drugi hit to awokado zblendowane z ugotowaną do miękkości fasolką mungo (z czosnkiem, odrobiną kminku lub kuminu, łyżką soku z cytryny, sosu sojowego i płatków drożdżowych – ale kwestia przypraw to jak zwykle pole do eksperymentowania).

DSC_0354 DSC_1743

Smacznego i do następnego razu! Mam nadzieję, że przy okazji prezentowania kolejnego przepisu będę już mogła pochwalić się okładką do I tomu „Mansardy pod aniołami”, który ukaże się w pierwszej połowie października.

 
 

Ja cię kręcę, zielone babeczki!

03 lip

Obiecałam na Facebooku, że podzielę się przepisem na zielone muffinki – pora dotrzymać słowa. Teoretycznie moją głowę zaprzątają teraz inne sprawy, piszę opowiadanie z zagubionym czworonogiem w roli głównej, poza tym muszę wreszcie usiąść do kontynuacji „Ławeczki pod bzem”, która będzie miała w tym miesiącu premierę – a jednak ciągle jakaś siła ciągnie mnie do kuchni. Piekę, gotuję, mieszam, eksperymentuję, nastawiam nalewki i mrożę skarby z ogrodu. Niedługo pokażę Wam, jaki wspaniały chleb gryczany odkryłam i czym go można zdrowo, wegańsko smarować. A tymczasem obiecane zielone babeczki.

Bierzemy pół szklanki mąki kokosowej (ja jej nie kupuję – po prostu mielę w młynku to wysuszone w piekarniku „coś”, co mi zostaje po zrobieniu domowego mleka kokosowego, ale równie dobrze można użyć kupnej mąki) i po 1/4 szklanki mąki ryżowej oraz ziemniaczanej. Zamiast tego „glutenowcy” mogą po prostu sypnąć szklankę mąki pszennej. Dostałam ten przepis od koleżanki „glutenowej” i stąd wiem, że z pszenną też wyjdzie.

Dodajemy szklankę wiórków kokosowych, półtorej łyżeczki proszku do pieczenia i pół szklanki cukru (ja użyłam trzcinowego). Mieszamy to wszystko radośnie łyżką w sporej misce.

Osobno przygotowujemy składniki „na mokro”. Miksujemy w blenderze 10 dkg szpinaku, dodajemy 3 łyżki oleju (np. kokosowego albo rzepakowego) oraz 3/4 szklanki mleka roślinnego (u mnie było domowej roboty kokosowe, ale może być też owsiane, jaglane, migdałowe itd.). Miksujemy i wlewamy do miski ze składnikami suchymi. Mieszamy coraz bardziej radośnie, bo zaczyna pięknie pachnieć. Następnie napełniamy foremki do muffinek i pieczemy około pół godziny w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Można polać polewą czekoladową – ja tego nie zrobiłam, bo nie zdążyłam. I tak cud, że zdołałam sfotografować, zanim wszystkie babeczki zostały pożarte!

DSC_1741  DSC_1742  DSC_1740 

Smacznego!

A tak poza gotowaniem – zapraszam Was na mój profil autorski na FB, gdzie właśnie ogłosiłam konkurs fotograficzny. Można wygrać „Ławeczkę pod bzem” albo którąkolwiek inną moją powieść.

P.S. „Ławeczka…” jest już w przedsprzedaży w Empiku, Ravelo i wielu innych księgarniach. Do księgarń stacjonarnych trafi 19 lipca. Nieskromnie powiem, że to świetna, lekka, zabawna i odprężająca lektura na lato - a także niezły pomysł na prezent dla kogoś, kto ma latem urodziny albo imieniny. :)

100595564

 

Chleb jedyny w swoim rodzaju

11 cze

Wszelkie zmiany należy wprowadzać stopniowo, bo przecież nie chcemy wywoływać rewolucji, prawda? Tak też postanowiłam postąpić w kwestii glutenu. Tyle się naczytałam o tym, jak bardzo jest podstępny i szkodliwy, że wywaliłam go z diety. Zrobiłam to ponad rok temu i szczerze mówiąc – rezultaty są dla mnie zdumiewające. Nie będę opisywać wszystkich, wspomnę tylko o migrenach, które moje wnikliwe czytelniczki pamiętają zapewne z „Dantego na tropie”. Tak, tak – migreny Anny Drozd to były moje migreny. Tak czy owak, minęły bez śladu, teraz od czasu do czasu miewam zwykły ból głowy, który na ogół przechodzi bez środków przeciwbólowych; na przykład gdy się przeziębię albo gdy spada ciśnienie i wieje paskudny wiatr (na takie zjawiska zawsze reagowałam jak barometr).

Upewniona w kwestii tego, że bez glutenu można i warto żyć, postanowiłam stopniowo zacząć „wyprowadzać” go z diety moich chłopaków. Mąż dał się namówić bez trudu, z dziećmi jest zawsze trudniej. Desery bez mąki – bardzo proszę, przecież najlepsze są te z owoców i czekolady. Sosy – nie ma problemu, można zagęścić mielonym lnem. Schabowy panierowany w mące kokosowej – nie ma sprawy, naprawdę smaczny. Ale chleb? Jak tu żyć bez pysznych kanapek?

Postanowiłam więc pokazać chłopcom, że kanapkę można przyrządzić również z czegoś, co wcale chlebem nie jest (choć wygląda jak chleb), ale w zamian stanowi istną skarbnicę zdrowia. Przepis na „chleb bez mąki” wygrzebałam na blogu Olgi Smile, nieco go zmodyfikowałam i oto jest.

DSC_1558

Robi się go długo, ale właściwie powinnam napisać: on SAM robi się długo, bo głównie po prostu leżakuje. W dni powszednie nie mam czasu, by się nim zająć, dlatego piekę go w weekendy, a ponieważ przechowuje się taki bochenek w lodówce, można upiec jeden w sobotę, drugi w niedzielę i mieć na cały tydzień. A jeśli ktoś ma dwie foremki keksowe, to może machnąć od razu dwa chlebki. Ja używam keksówki o długości 40 cm i masa wypełnia ją w 2/3 – jeśli macie mniejszą, około 30 cm, to chleb powinien wypełnić Wam ładnie foremkę.

Składniki: 2,5 szklanki słonecznika, 2 szklanki niepalonej kaszy gryczanej, 1 szklanka siemienia lnianego (tu akurat dałam złociste, ale często stosuję to zwyczajne, jest tańsze), 3/4 szklanki nasion chia, 80 ml łupiny babki jajowatej, 2 łyżeczki soli, 4 szklanki wody, 2 łyżki pestek dyni, łyżeczka czarnuszki, łyżka świeżo zmielonego ostropestu, szczypta kminku lub kuminu rzymskiego (uwaga, ma specyficzny smak i zapach, ale pięknie wspomaga odchudzanie), 0,5 szklanki suszonych owoców berberysu albo aronii (w oryginalnym przepisie były rodzynki lub żurawina, ale mnie nie smakuje słodki chleb, chyba że do powideł). Myślę, że suszone owoce można pominąć.

Kaszę wsypujemy do miski i wlewamy wodę. Mieszamy i zostawiamy na 3 godziny, niech sobie mięknie i pęcznieje. Następnie dosypujemy wszystkie pozostałe produkty, mieszamy łyżką, odstawiamy na 15 minut. Przekładamy do wysmarowanej tłuszczem keksówki (ja natłuszczam olejem kokosowym), wygładzamy, można też uformować elegancki grzbiet, bo ten chleb nie rośnie podczas pieczenia, więc bochenek sam nam się nie wypiętrzy. :) Wymieszana masa wygląda tak:

DSC_1553

Keksówkę z masą przykrywamy wąskim paskiem folii aluminiowej i zostawiamy na kolejne 2 godziny, żeby wszystko się ładnie połączyło. Następnie (wciąż pod folią) wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy 60 minut, po czym ściągamy folię, zmniejszamy temperaturę do 160 stopni, dopiekamy przez 10 minut, później znów zmiana na 120 stopni i ostatnie 10 minut. Studzimy przy otwartym piekarniku, żeby chleb odparował. Przechowujemy w lodówce. Jeśli mamy porządny, ostry nóż, to powinien się ładnie kroić nawet w cieniutkie kromeczki.

Smacznego!

DSC_1556  DSC_1557

 

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Skarb prosto z łąki, czyli syrop z mniszka

07 maj

Wiosna – jak to już stwierdziliśmy – jest w tym roku opieszała, ale nie zawiodła aż tak, żeby nie było mniszków. Co to, to nie! Mniszek, czyli popularny mlecz, jest zawsze, czy się go chce, czy się nie chce – a wiedzą o tym doskonale ogrodnicy usiłujący wytępić go w swoim ogrodzie.

Nieliczne chwile ładnej pogody warto więc wykorzystać na to, by udać się spacerkiem (albo na rowerze, jak kto woli) w odludne miejsce, gdzie nie ma spalin i innych paskudztw, i nazbierać główek mniszka na syrop, który jest po pierwsze przepyszny, a po drugie bardzo zdrowy. Można stosować go przy przeziębieniach i osłabieniu; ja robię sobie na przykład lemoniadę słodzoną tym syropem, gdy bierze mnie coś „grypopodobnego”.

Mniszki warto zbierać w rękawiczkach, chyba że nie przewidujemy w najbliższym czasie pokazywania komukolwiek dłoni. ;)

DSC_1026

W internecie krąży wiele przepisów na ten pyszny syrop, zwany miodem z mniszka – możecie więc znaleźć zupełnie inne proporcje niż moje. Myślę, że tak czy owak syrop się uda.

A zatem – jak to się robi? Zbieramy 500 główek mniszka (same kwiatki) i rozsypujemy na gazetach, żeby wszelkiej maści robaczki poszły sobie w świat. Następnie kwiatki jeszcze przedmuchujemy (mój mąż robi to wiertarką!). Zalewamy litrem wody i gotujemy pół godziny (czas mierzymy od momentu zagotowania). Następnie przykrywamy taką „zupę” ściereczką i odstawiamy na 24 godziny.

Następnego dnia przecedzamy przez gazę, odciskamy porządnie, dodajemy sok z 2 cytryn oraz kilogram cukru i stawiamy na niewielkim ogniu. Gotujemy, mieszając, by cukier się rozpuścił. Mówiąc szczerze, nie mam pojęcia, ile to trwa – po prostu gotuje się go tak długo, aż się zagęści i nabierze konsystencji miodu. Ja zawsze przeprowadzam test, kapiąc odrobinę na talerzyk (a następnie ochoczo zlizując te gęstniejące krople).

Gotowy, gorący syrop przelewamy do wyparzonych słoiczków i zakręcamy. Nie trzeba go pasteryzować. Ja przechowuję w lodowce, ale chyba nie jest to konieczne. Zażywamy w okresie przeziębieniowym profilaktycznie łyżkę dziennie (dla dzieci – łyżeczkę), a jeśli już nas dopadnie jakieś paskudztwo, to nawet do trzech łyżek. Wspaniale smakuje jako słodzik do herbaty albo lemoniady, zamiast miodu na rogaliku, jako polewa na lodach lub innym deserze albo zwyczajnie – prosto z łyżki.

DSC_1030

 

 
 

Moje wiosenne slow life

22 kwi

Wiosna nie rozpieszcza nas w tym roku ciepłem, ale zanim się na nią obrazimy, przypomnijmy sobie jedno z najbardziej znanych polskich przysłów, to o kwietniu, i stanie się jasne, że wszystko jest w porządku. Tak właśnie ma być, nawet jeśli z powodu ostatnich przymrozków nie zobaczę w tym roku jednej z moich azalii japońskich, bo właśnie obmarzły jej śliczne różowe pączki.

Piszę sobie powolutku II tom „Mansardy pod aniołami”, dla którego póki co nie mogę wymyślić tytułu. Może „Rozstania i powroty”? A może „Wyznania”? Oczywiście nie mogę Wam zdradzić, kto odejdzie, kto powróci i kto komu będzie wyznawał sekrety, ale to będzie taka właśnie książka: pełna szeptów, tajemnic, próśb o wybaczenie i powoli rodzącej się miłości. I tom trafił już do wydawcy i z teraz z utęsknieniem będę czekała na projekt okładki.

Tymczasem, zgodnie z moją filozofią, żyję sobie pomaluśku, ciesząc się drobiazgami, starając się wyrzucić z głowy i serca to, co mnie zatruwa. Patrzę na najpiękniejsze w świecie szafirki i cały świat robi mi się od nich niebieski.

DSC_1003

Eksperymentuję w kuchni – ostatni mój pomysł to mus z aquafaby z gorzką czekoladą – coś wspaniałego!

DSC_0993  DSC_0996

Zbieram ostatnie fiołki tej wiosny i smażę z nimi naleśniki, oczywiście posypane cukrem fiołkowym.

DSC_0961  DSC_0966  DSC_0967

Hoduję sobie trawę pszeniczną, której źdźbła dodaję do koktajli owocowych i od razu jestem młoda, silna i witaminy wyłażą mi uszami. ;) O tym, że młodziutka trawa jest bardzo zdrowa, przeczytałam kiedyś w książce o survivalu, a teraz mam własną trawkę i mogę ją przemycać do sałatek i smoothies albo wyciskać z niej sok. A przy tym jak ślicznie wygląda taka zielona grzywka! Stanowiła piękną ozdobę wielkanocnego stołu, a w cieplejsze dni pyszni się na tarasie. Przyjemnie jest pić w jej towarzystwie kawę.

DSC_1012  DSC_1000

Żeby nie było tak sennie i leniwie, w najbliższym czasie planuję dwa spotkania z czytelnikami. Pierwsze – w czwartek 27 kwietnia o 17:30 w Bibliotece Publicznej w Jasieniu, zaś kolejne – w piątek 5 maja o 18:00 w Bibliotece Publiczno-Szkolnej w Młynisku koło Wielunia. Zapraszam Was serdecznie. Poopowiadam trochę o „Ławeczce pod bzem”, która ukaże się tego lata, o „Cudach i cudeńkach”, czyli pierwszym tomie „Mansardy…” – no i zdradzę coś niecoś z moich planów pisarskich.

Mam nadzieję, że się zobaczymy!

 

Nareszcie kwiecień, czyli coś dla kwiatowych zjadaczy…

01 kwi

Kwiecień to między innymi czas fiołków. Lubicie fiołki? Ale nie mówię o bukiecikach, o zapachu, który nie ma sobie równych… Mówię o smakowitych kwiatkach i listkach.

Tak, owszem: smakowitych. Większość osób wie, że niektóre kwiaty są jadalne – ale niewielu jest amatorów fiołkowych listków do sałatki (na przykład: wrzucamy do miseczki opłukane i wysuszone listki, dodajemy drobno pokrojonego pora albo dymkę, rwiemy na kawałki sałatę rzymską, sypiemy posiekanym koperkiem i/albo szczypiorkiem, mieszamy, na to kładziemy pokrojone na ćwiartki jajko na półmiękko i polewamy odrobiną oliwy wymieszanej z sokiem z cytryny). Smaczne i zdrowe, bo listki fiołka to między innymi mnóstwo witaminy C.

Ale chyba jeszcze mniej jest osób zjadających śliczne fioletowe kwiatuszki. Są delikatne w smaku, lekko słodkie, a działają antybakteryjnie, antywirusowo i – uwaga!: poprawiają nastrój, poleca się je więc w depresji.

Ponieważ moja trasa nordic walking wiedzie przez śliczne fiołkowe zakątki, często podskubuję trochę pachnących główek; pod pretekstem zebrania garści lub dwóch robię sobie odpoczynek. Po powrocie do domu oczywiście płuczę je porządnie i osuszam. Co się z nimi dzieje później, to już zależy od mojej fantazji. Czasem stanowią dodatek do naleśników, czasem do sałatki owocowej albo surówki. Robię z nich także liliowy cukier (który wspaniale nadaje się do ozdabiania kruchych ciastek i muffinek), a także dodaję do koktajli.

Dziś na przykład znalazłam w zamrażalniku resztę jagód z ubiegłego lata. Połowę zostawiłam na niedzielne naleśniki, a z połowy zrobiłam koktajl jagodowo-fiołkowy. Trochę jagód, garść  fiołków, szklanka mleka owsiano-kokosowego i łyżka ksylitolu – blendujemy, posypujemy z wierzchu kwiatuszkami - i pijemy na zdrowie.

DSC_0958  DSC_0959  DSC_0960

 
 

Cudowne zielone coś na śniadanie

24 mar

No właśnie – „coś”. Na razie nie zdradzę Wam, co to takiego – bo to zagadka.

Zostało zaledwie kilka dni do premiery mojej książki w ślicznej zielonej okładce – uznałam więc, że pora na pierwszy konkurs.
Pytanie brzmi: co wrzuciłam do blendera dziś rano, żeby uzyskać taką oto bombę błonnikowo-witaminowo-jakąś tam? :)
Nie pytam o pudding chia, nie pytam o migdały, tylko o to zielone dookoła.
DSC_0966  DSC_0969
Podpowiedzi: jest ciut słodkie, ciut kwaskowate, ma tylko trzy składniki i wszystkie trzy to owoce lub warzywa. Dostarczyło mi żelaza, potasu, witaminy C oraz K i w ogóle całego mnóstwa dobrodziejstw.
Na odpowiedzi czekam do niedzieli do 16:00.
Wpisujemy swoje pomysły pod moim postem na Facebooku, ale umówmy się – każdy strzela tylko raz.
Nagrodą będzie moja najnowsza książka (a jeśli ktoś już wcześniej ją zamówił, to wybrana inna powieść mojego autorstwa, włączając także te, które dopiero się ukażą).
Jeśli zgadnie kilka osób – będzie dogrywka. Jeśli nikt – następna zagadka. :)
A po rozwiązaniu zagadki oczywiście zdradzę Wam, jaki jest przepis na to pyszne i przede wszystkim zdrowe „coś”. :)
Ole_Apetyt_300.jpg
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Literatura

 

Napój owsiany, czyli oczyszczania ciąg dalszy

08 mar

W jednym z komentarzy na Facebooku pojawiła się sugestia, żebym podzieliła się przepisem na „mleko” owsiane. Tak zwane mleka roślinne dostępne w sklepach są dość drogie, niezbyt smaczne, a w dodatku – nie ma siły – muszą być czymś konserwowane, skoro stoją dość długo na półkach i się nie psują.

Przepisów na napoje roślinne krąży w sieci mnóstwo. Można znaleźć receptury na mleko migdałowe, orzechowe, z ryżu, z kasz i tak dalej. Ja robię owsiane, bo orzechy i migdały wolę zjeść w postaci „do schrupania”, a poza tym płatki owsiane górskie są tanie, łatwo dostępne i kupuję ich spore ilości, jako że moje dzieciaki zjadają coś w rodzaju muesli na śniadanie.

Mój sposób jest taki: wsypuję do miseczki szklankę płatków owsianych i czubatą łyżkę (albo nawet dwie) wiórków kokosowych. Zalewam wrzątkiem – tylko tyle, żeby było przykryte – i zostawiam. Niech napęcznieje i wystygnie.

Kiedy płatki są już wystudzone, przekładam je do blendera i zalewam trzema szklankami przegotowanej wody o temperaturze pokojowej. Miksuję porządnie, po czym przecedzam przez bardzo gęste sito. Wytłoczki pozostałe na sicie przelewam jeszcze jedną szklanką przegotowanej wody i odciskam, np. jakimś spodeczkiem. Czyli w sumie proporcje są takie: 1 część płatków, 4 części wody, dowolny dodatek wiórków.

Gotowe mleko przelewam do butelki i mam na 2-3 dni do koktajli owocowych i do puddingu chia. Można nim także zaprawiać zupy i sosy (uwaga – gęstnieje po podgrzaniu!) Wiem, że niektórzy stosują napoje roślinne do naleśników, ale jeszcze nie próbowałam.

Mleka owsianego niczym nie doprawiam, bo według mnie ma interesujący smak (i pięknie pachnie kokosem) – ale można dodać szczyptę soli, ksylitolu, kapkę miodu. Czasem zdarza mi się dosypać odrobinę cynamonu, ale to tylko do puddingu chia.

IMG_20170308_101239

Często spotykam się z pytaniami, po co tyle zachodu, skoro można kupić mleko krowie. Cóż, osoby z nietoleracją laktozy chyba wiedzą, po co „tyle zachodu”. Znam też bardzo wiele osób, u których nie stwierdzono nietolerancji, ale które zauważyły znaczącą poprawę stanu zdrowia po odstawieniu produktów mlecznych. Są tacy, którym nareszcie odtyka się nos, są i tacy, którzy pozbywają się zmian skórnych albo problemów jelitowych. Wreszcie kwestia logiki – żaden ssak na świecie nie spożywa mleka jako osobnik dorosły. Dlaczego my to robimy?

Jakie zalety mleka owsianego sprawiają, że jest ono zdecydowanie lepszym wyborem niż krowie? Cóż, jeśli poszperamy trochę w zasobach internetu, dowiemy się, że jest ono bogate w błonnik i kwas foliowy, zawiera mnóstwo witamin i minerałów, w tym spore ilości wapnia, który w tej postaci jest znacznie lepiej przyswajalny aniżeli ten z mleka krowiego; polecane jest także przy anemii ze względu na zawartość żelaza, zawiera tzw. fitochemikalia, czyli roślinne substancje czynne, które hamują rozwój komórek nowotworowych, działają antybakteryjnie, zapobiegają udarowi i chorobom serca oraz potrafią obniżyć poziom cholesterolu. Podobno ma też działanie uspokajające.

A u mnie dziś – jako wspomagacz przy pisaniu II tomu „Mansardy pod aniołami” – koktajl z mleka owsianego, plastra ananasa, pomarańczy i suszonej żurawiny. Polecam!

IMG_20170308_101647 IMG_20170308_101738 IMG_20170308_101657

Aha, zapomniałabym o bardzo ważnej sprawie: wytłoczki owsiane przekładamy z powrotem do miseczki i mamy wspaniały, naturalny preparat oczyszczający skórę. Można się nim „namydlić” w kąpieli, a można myć tylko twarz lub dłonie. Podobno przy dłuższym stosowaniu rewelacyjnie leczy zmiany trądzikowe. Ponadto skóra staje się jedwabista i promienna. Polecam!

A w oczekiwaniu na wiosnę – zajrzyjcie do księgarni w poszukiwaniu serii „Wszystkie smaki życia”! :) Lada dzień pojawi się trzeci tom – „Apetyt na więcej„, a póki co – zachęcam do przeczytania dwóch pierwszych.

851x315_Apetyt-na-więcej