RSS
 

Cudowne zielone coś na śniadanie

24 mar

No właśnie – „coś”. Na razie nie zdradzę Wam, co to takiego – bo to zagadka.

Zostało zaledwie kilka dni do premiery mojej książki w ślicznej zielonej okładce – uznałam więc, że pora na pierwszy konkurs.
Pytanie brzmi: co wrzuciłam do blendera dziś rano, żeby uzyskać taką oto bombę błonnikowo-witaminowo-jakąś tam? :)
Nie pytam o pudding chia, nie pytam o migdały, tylko o to zielone dookoła.
DSC_0966  DSC_0969
Podpowiedzi: jest ciut słodkie, ciut kwaskowate, ma tylko trzy składniki i wszystkie trzy to owoce lub warzywa. Dostarczyło mi żelaza, potasu, witaminy C oraz K i w ogóle całego mnóstwa dobrodziejstw.
Na odpowiedzi czekam do niedzieli do 16:00.
Wpisujemy swoje pomysły pod moim postem na Facebooku, ale umówmy się – każdy strzela tylko raz.
Nagrodą będzie moja najnowsza książka (a jeśli ktoś już wcześniej ją zamówił, to wybrana inna powieść mojego autorstwa, włączając także te, które dopiero się ukażą).
Jeśli zgadnie kilka osób – będzie dogrywka. Jeśli nikt – następna zagadka. :)
A po rozwiązaniu zagadki oczywiście zdradzę Wam, jaki jest przepis na to pyszne i przede wszystkim zdrowe „coś”. :)
Ole_Apetyt_300.jpg
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Coś pysznego, Literatura

 

Napój owsiany, czyli oczyszczania ciąg dalszy

08 mar

W jednym z komentarzy na Facebooku pojawiła się sugestia, żebym podzieliła się przepisem na „mleko” owsiane. Tak zwane mleka roślinne dostępne w sklepach są dość drogie, niezbyt smaczne, a w dodatku – nie ma siły – muszą być czymś konserwowane, skoro stoją dość długo na półkach i się nie psują.

Przepisów na napoje roślinne krąży w sieci mnóstwo. Można znaleźć receptury na mleko migdałowe, orzechowe, z ryżu, z kasz i tak dalej. Ja robię owsiane, bo orzechy i migdały wolę zjeść w postaci „do schrupania”, a poza tym płatki owsiane górskie są tanie, łatwo dostępne i kupuję ich spore ilości, jako że moje dzieciaki zjadają coś w rodzaju muesli na śniadanie.

Mój sposób jest taki: wsypuję do miseczki szklankę płatków owsianych i czubatą łyżkę (albo nawet dwie) wiórków kokosowych. Zalewam wrzątkiem – tylko tyle, żeby było przykryte – i zostawiam. Niech napęcznieje i wystygnie.

Kiedy płatki są już wystudzone, przekładam je do blendera i zalewam trzema szklankami przegotowanej wody o temperaturze pokojowej. Miksuję porządnie, po czym przecedzam przez bardzo gęste sito. Wytłoczki pozostałe na sicie przelewam jeszcze jedną szklanką przegotowanej wody i odciskam, np. jakimś spodeczkiem. Czyli w sumie proporcje są takie: 1 część płatków, 4 części wody, dowolny dodatek wiórków.

Gotowe mleko przelewam do butelki i mam na 2-3 dni do koktajli owocowych i do puddingu chia. Można nim także zaprawiać zupy i sosy (uwaga – gęstnieje po podgrzaniu!) Wiem, że niektórzy stosują napoje roślinne do naleśników, ale jeszcze nie próbowałam.

Mleka owsianego niczym nie doprawiam, bo według mnie ma interesujący smak (i pięknie pachnie kokosem) – ale można dodać szczyptę soli, ksylitolu, kapkę miodu. Czasem zdarza mi się dosypać odrobinę cynamonu, ale to tylko do puddingu chia.

IMG_20170308_101239

Często spotykam się z pytaniami, po co tyle zachodu, skoro można kupić mleko krowie. Cóż, osoby z nietoleracją laktozy chyba wiedzą, po co „tyle zachodu”. Znam też bardzo wiele osób, u których nie stwierdzono nietolerancji, ale które zauważyły znaczącą poprawę stanu zdrowia po odstawieniu produktów mlecznych. Są tacy, którym nareszcie odtyka się nos, są i tacy, którzy pozbywają się zmian skórnych albo problemów jelitowych. Wreszcie kwestia logiki – żaden ssak na świecie nie spożywa mleka jako osobnik dorosły. Dlaczego my to robimy?

Jakie zalety mleka owsianego sprawiają, że jest ono zdecydowanie lepszym wyborem niż krowie? Cóż, jeśli poszperamy trochę w zasobach internetu, dowiemy się, że jest ono bogate w błonnik i kwas foliowy, zawiera mnóstwo witamin i minerałów, w tym spore ilości wapnia, który w tej postaci jest znacznie lepiej przyswajalny aniżeli ten z mleka krowiego; polecane jest także przy anemii ze względu na zawartość żelaza, zawiera tzw. fitochemikalia, czyli roślinne substancje czynne, które hamują rozwój komórek nowotworowych, działają antybakteryjnie, zapobiegają udarowi i chorobom serca oraz potrafią obniżyć poziom cholesterolu. Podobno ma też działanie uspokajające.

A u mnie dziś – jako wspomagacz przy pisaniu II tomu „Mansardy pod aniołami” – koktajl z mleka owsianego, plastra ananasa, pomarańczy i suszonej żurawiny. Polecam!

IMG_20170308_101647 IMG_20170308_101738 IMG_20170308_101657

Aha, zapomniałabym o bardzo ważnej sprawie: wytłoczki owsiane przekładamy z powrotem do miseczki i mamy wspaniały, naturalny preparat oczyszczający skórę. Można się nim „namydlić” w kąpieli, a można myć tylko twarz lub dłonie. Podobno przy dłuższym stosowaniu rewelacyjnie leczy zmiany trądzikowe. Ponadto skóra staje się jedwabista i promienna. Polecam!

A w oczekiwaniu na wiosnę – zajrzyjcie do księgarni w poszukiwaniu serii „Wszystkie smaki życia”! :) Lada dzień pojawi się trzeci tom – „Apetyt na więcej„, a póki co – zachęcam do przeczytania dwóch pierwszych.

851x315_Apetyt-na-więcej

 
 

Wiosenne oczyszczenie

05 mar

Chyba wszyscy lubimy na przedwiośniu trochę się „przewietrzyć” – wewnętrznie i zewnętrznie. Stąd przecież tradycja wiosennych porządków, stąd także w niektórych kulturach i religiach idea wiosennego postu. Wiele osób o tej właśnie porze roku podejmuje nowe wyzwania – zmieniają dietę, zaczynają uprawiać sport na świeżym powietrzu i tak dalej.

Ja też uległam tej potrzebie wprowadzenia zmian. Przyjrzałam się uważnie temu, co jem, i doszłam do wniosku, że wbrew własnemu przeświadczeniu, jakobym się zdrowo odżywiała, w mojej diecie brakuje błonnika. Wiadomo, że latem, gdy będą dostępne świeże cudeńka prosto z ogrodu i sadu, nie będzie z tym problemu, ale teraz, właśnie na przedwiośniu, kiedy kończą się zimowe zapasy, a dostępne w sklepach owoce i warzywa to jakieś sztuczne twory, podobne do tych prawdziwych tylko z kształtu i koloru, ale bez właściwego smaku i zapachu – trzeba o zawartość błonnika w diecie zadbać szczególnie.

Poszperałam więc, poczytałam – i znalazłam. Nasiona chia, czyli szałwii hiszpańskiej!

Te niepozorne kuleczki – jak się dowiedziałam  – są prawdziwym skarbem. Są świetnym źródłem białka, zawierają kwasy omega-3, potas, wapń, fosfor, żelazo i magnez, tak więc wprowadzając je do naszej diety, oddajemy przysługę naszemu sercu, kościom, układowi nerwowemu, oczom i jelitom. Ponoć nasiona chia poprawiają pamięć i koncentrację, działają antydepresyjnie i uspokajająco, pomagają unormować ciśnienie, zapobiegają miażdżycy i demencji, a także rewelacyjnie usprawniają działanie układu pokarmowego (to ze względy na wspomniany wcześniej błonnik).

Zresztą kto jest ciekaw, poszuka sobie informacji i wyciągnie wnioski.

W pierwszej chwili pomyślałam, że mimo tych wszystkich zalet nasionka chia nie są dla mnie – a to z powodu wysokiej ceny. Okazało się jednak, że dzienna porcja to zaledwie 2 łyżki. Tak więc nawet jeśli zapłacę za kilogramową paczkę prawie 30 złotych (bo moim zdaniem nie należy kupować tych najtańszych – z czegoś ta ich taniość wynika, może np. ktoś oszczędza na oczyszczaniu nasionek), to mam śniadania lub kolacje na naprawdę długo.

Jest mnóstwo sposobów wykorzystania nasion chia w kuchni; mnie przypadł do gustu pomysł na poranny pudding. Wiele osób przyrządza go z całych nasion, jednak o ile wiem, marnuje się wówczas mnóstwo wartości odżywczych. Dlatego ja swoje nasionka mielę w starym młynku do kawy, który mam specjalnie do takich zadań. Wieczorem wsypuję do niego 2 łyżki nasion, rozdrabniam, przesypuję do miseczki, zalewam szklanką napoju roślinnego (migdałowego, kokosowego lub owsianego domowej roboty), mieszam, odstawiam na 10 minut, mieszam jeszcze raz i wkładam na noc do lodówki. Rano mam gęsty pudding (jeśli nasionka nie zostaną zmielone, będzie odrobinę rzadszy, ale też bardzo zgęstnieje). Jeżeli mam do niego słodkie owoce, to nie słodzę go, ale kiedy zamierzam go zjeść np. z rozmrożonymi wcześniej wiśniami lub porzeczkami, to dosładzam ksylitolem, miodem lub stewią. W blenderze robię mus owocowy – najbardziej lubię z pomarańczy i kiwi, ale świetny jest też ze wszelkich mrożonych owoców, np. z jagód albo malin z dodatkiem banana, albo z ananasem z puszki (tyle że wtedy zawiera sporo cukru).

Dla mnie – bomba (błonnikowa, ale także smakowa)!

IMG_20170305_081020    IMG_20170305_081146

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Macie apetyt na „Apetyt…”?

03 lut

Pokazywałam już na Facebooku, pokażę też tutaj: oto okładka „Apetytu na więcej”, trzeciej i ostatniej części serii „Wszystkie smaki życia”. Premiera – 29 marca, a ja obiecuję, że dowiecie się, co będzie dalej z Ewą, Andrzejem i Jimem, jak potoczą się losy Klaudii, czy Tatiana potrafi cieszyć się macierzyństwem, jak postąpi Żaneta oraz co słychać u Barbary.

Oto opis ze strony Wydawcy – poznańskiej Czwartej Strony:

Życie nie zawsze układa się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, a szczęście kryje się w najmniej spodziewanych miejscach. Jak rozpoznać drogę, która do niego prowadzi?

Ewa czuje, że oszukuje siebie i swojego partnera, trwając w pozornie tylko idealnym związku. Kobieta uświadamia sobie, że jedynym mężczyzną, którego naprawdę kocha, jest Andrzej. Jednak na przeszkodzie ich miłości staje ciąg nieporozumień i niedomówień. Tymczasem Klaudia, borykająca się z problemem samoakceptacji, wyrusza na poszukiwania samej siebie i znajduje szczęście w najmniej spodziewanym miejscu.

W trzeciej części bestsellerowego cyklu Agnieszki Olejnik bohaterowie muszą zadać sobie pytanie, kim są i czego pragną, oraz zawalczyć o własne szczęście. Bo życie ma różne smaki, a sztuką jest znaleźć ten, który pokocha się najbardziej.

Ole_Apetyt_300

A dla tych, którzy już mają apetyt na tę wiosenną lekturę – fragmencik ;)

„…Na komodzie w holu rozdzwoniła się komórka, a na wyświetlaczu pojawiło się jego imię. Ewa nie odebrała. Jeszcze nie uporała się z własnymi uczuciami po ich ostatniej rozmowie – tej, po której w jej duszy został jakiś gorzki osad.

Zaczęło się od tego, że Andrzej odwiedził ją w wieczór wigilijny i powiedział, że to nie on jest ojcem dziecka swojej żony. To wprawdzie nie zmieniało faktu, że nie dochował Ewie wierności, ale dawało im obojgu jakieś szanse, by mogli ponownie pomyśleć o wspólnej przyszłości. Dlatego zgodziła się, gdy kilka dni później zadzwonił i poprosił o spotkanie. Jim akurat wyjechał z siostrą do Zakopanego. Ewa pomyślała, że będzie czuła się swobodniej, wiedząc, że Walijczyk nie może w każdej chwili wpaść z wizytą. Babcia z Klaudią wybierały się na wielkie zakupy, ponieważ w większości sklepów trwały szalone wyprzedaże – Ewa zaprosiła więc Andrzeja do siebie.

Sama nie wiedziała, na co liczy – może na spokojną rozmowę, czułe wyznania, może kilka buziaków na przeprosiny. Tymczasem to, co otrzymała, było niczym sesja u psychoterapeuty połączona z atakami zazdrosnego, oszalałego z rozpaczy człowieka.

Andrzej był w kompletnej rozsypce. Najpierw użalał się nad sobą, potem krzyczał. Że jest do niczego, wszystkich rozczarowuje, zawodzi, nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Że zdradzali go wszyscy: najpierw ojciec, potem żona, a teraz ona, Ewa, na którą liczył, której ufał, która była dla niego niemal święta.

-       Nigdy nie udawałam świętej – odpowiedziała wtedy Ewa, na pozór spokojnie, choć w gruncie rzeczy aż się trzęsła ze zdenerwowania. – Nie jestem ani lepsza, ani gorsza od innych znanych ci kobiet.

-       Przed tobą tak naprawdę znałem tylko dwie kobiety – wycedził Andrzej. – Jedna z nich to moja żona i naprawdę wierzyłem, chcę wierzyć nadal, że jesteś od niej lepsza.

Ewa z trudem powstrzymywała łzy.

-       Drugą z tych kobiet była moja matka – ciągnął Andrzej, który też cały drżał z nerwów. – Mimo że ojciec ją zdradzał, ona czekała na niego w domu i zawsze przyjmowała go z powrotem, kiedy wracał skruszony.

-       Więc tego ode mnie oczekujesz?! – zawołała Ewa, w której aż się zagotowało. – Miałabym czekać, aż wiarołomny ukochany znudzi się nową zabawką?

-       Ale o czym my mówimy?! Nie miałem żadnej nowej zabawki! Popełniłem błąd, rozumiesz?

-       Jeśli porównujesz mnie do swojej matki, to bądź też świadom, co z tego porównania wynika! Gdybym była taka jak ona, to wcale by cię nie było w moim życiu! Czekałabym teraz na Mirka, aż wróci do mnie wprost z objęć swojej Tatiany! Więc zastanów się, może to jednak dobrze, że nie przypominam twojej mamy, Andrzej.

Nie odpowiedział wtedy, zamilkł na długo, a ponieważ Ewa także nie miała już nic do powiedzenia, siedzieli w ciężkiej, nieprzyjemnej ciszy, która oddalała ich od siebie równie skutecznie jak najgorsze obelgi. Wreszcie Ewa zdecydowała się przerwać tę okropną sytuację i poprosiła go, żeby już poszedł.

-       Co się z nami stało, Ewuś? – zapytał Andrzej cicho, kiedy zapinał kurtkę, a ona stała w holu, ze wzrokiem wlepionym w podłogę.

Wzruszyła bezradnie ramionami. Zdradziłeś mnie, to się właśnie stało – chciała powiedzieć, ale nie miała siły na kolejną wymianę ciosów.

-       Kocham cię tak, że wszystko mnie z tej miłości boli – wyszeptał jeszcze. – Ale szaleję z zazdrości i zachowuję się jak ostatni idiota, kiedy tylko pomyślę, że spotykasz się z kimś innym, że on mi ciebie odebrał.

-       Nikt mnie nikomu nie odbierał – zaprotestowała słabo.

-       Wiem, wiem, nie kłóćmy się już. Ja sobie zasłużyłem, naprawdę to rozumiem.

-       Idź już, Andrzej. Pozwól mi ochłonąć.

-       Przepraszam.

Nie odpowiedziała, więc wyszedł. Nie widzieli się od tamtej pory. Andrzej dzwonił potem trzykrotnie – dziś właśnie był ten trzeci raz, lecz Ewa nie odbierała. Jeszcze nie. Wciąż się bała, że usłyszy kolejną porcję zarzutów i pretensji zaborczego mężczyzny. A to była ostatnia rzecz, na jaką miałaby teraz ochotę”.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Literatura

 

Garść pytań i odpowiedzi

23 sty

Jakoś przegapiłam na blogu nadejście Nowego Roku. Nie było postu o świątecznych potrawach, nie było postanowień noworocznych… Wszystko to trochę dlatego, że zimą moja doba staje się dziwnie krótka. Należę do tych stworzeń, które powinny zapadać w sen zimowy. Zawsze sobie obiecuję, że na emeryturze będę chodzić spać, gdy zrobi się ciemno, a wstawać, kiedy zacznie świtać. Problem w tym, że – jak mówi większość znanych mi emerytów – w pewnym wieku człowiekowi odechciewa się spać.

Od czasu zamieszczenia ostatniej notki – tej smakowitej, o likierach na jesień – dostałam od Was mnóstwo wiadomości. Odpisuję na każdą, ale pomyślałam, że skoro w tych Waszych liścikach powtarzają się niektóre pytania, równie dobrze mogę na nie odpowiedzieć „zbiorczo”. Proszę bardzo.

1.       Dlaczego Miłość z nutą imbiru kończy się tak dziwnie?

Miłość z nutą imbiru to druga część serii Wszystkie smaki życia. Dlatego „dziwnie” się zaczyna i „dziwnie” kończy. Jeśli chcecie wiedzieć, co było przedtem, zajrzyjcie do Szczęścia na wagę, a jeśli chcecie poznać ciąg dalszy opowieści, zaczekajcie na Apetyt na więcej, który ukaże się w marcu. Wiem, wiem, na okładkach powinno być napisane, że Miłość… to II tom. Sugerowałam to w wydawnictwie, ale mnie nie posłuchali.

851x315_Apetyt-na-więcej

2.       Czy Pani sądzi, że taka historia jak w Nieobecnej mogłaby się zdarzyć naprawdę? Serio?!

Sądzę. Serio. Pomysł napisania książki o bliźniaczkach, które zamieniają się miejscami, wzięłam właśnie z życia. Kiedy byłam w szkole średniej, miałam młodziutką nauczycielkę w-f. Polubiłyśmy się bardzo; kiedy zaczęłam studiować, stałam się nianią jej dzieci i przeszłyśmy na stopę koleżeńską. Wówczas poznałam jej siostrę. Oczywiście kiedy stały obok siebie, a w dodatku pamiętałam, że ta po lewej to Kasia, a po prawej – Gosia, byłam w stanie je odróżnić. Ale wystarczyło, że wyszły razem do kuchni, a potem wróciły w innym ustawieniu – i nie dało się. Kasia przyznała mi się, że zamieniały się niekiedy rolami i niektóre lekcje w-f miałam nie z nią, lecz z Gosią. Nikt z nas, uczniów, ani nikt z nauczycieli nigdy niczego nie zauważył.

Oczywiście wiem, że w normalnym małżeństwie taka zamiana zostałaby zauważona; ale małżeństwo mojej książkowej Julii nie jest normalne pod żadnym względem. Już pomijam wzajemną obcość – przede wszystkim Patryk od wielu miesięcy nie mieszka z żoną.

Dlatego – tak, sądzę, serio.

3.       Czy Pani jeździ na spotkania autorskie?

Jeżdżę, oczywiście. Na przykład w lutym jadę do Działdowa. Ale nie pytajcie mnie, czy mogłabym przyjechać i do Was. Z takim pytaniem musi się do mnie zwrócić organizator spotkania, czyli miejscowa biblioteka. Zawsze możecie zaproponować swoim paniom bibliotekarkom, żeby do mnie napisały – adres jest na blogu – albo zagadały przez Facebooka.

4.       Dlaczego nie mogę nigdzie kupić Zabłądziłam?

Sama chciałabym to wiedzieć. Podejrzewam, że nakład się wyczerpał i póki co Wydawnictwo Literackie nie zrobiło dodruku. Czy go zrobi – najlepiej pytać u źródła. Napiszcie do nich.

5.       Dlaczego Pani książek nie ma w Empikach?

Nie mam pojęcia. To pytanie powtarza się bardzo często, a ja nie wiem, co odpowiadać. Moja sugestia jest taka: pytajcie o nie. Nie tylko szukajcie na półkach, ale pytajcie sprzedawców. Może oni nie wiedzą, że szukacie moich powieści, więc ich nie zamawiają? Wiem, że w większych salonach są pojedyncze egzemplarze, ale bardzo szybko znikają.

Jeśli chcecie mieć pewność, że jadąc na zakupy do Empiku znajdziecie tam moją książkę, najlepiej kilka dni wcześniej zamówić ją na ich stronie internetowej, a żeby nie płacić za przesyłkę, wybrać opcję odbioru na miejscu, w wybranym przez Was salonie.

 *-*-*

Dziękuję Wam bardzo za wszystkie ciepłe listy i wiadomości! A teraz wracam do pisania Mansardy pod aniołami, korekty autorskiej Apetytu na więcej oraz snucia luźnych planów na temat całkiem nowej powieści, której akcja działaby się gdzieś w Anglii za czasów Sherlocka Holmesa… Co Wy na to? ;)

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Literatura

 

Likiery na późną jesień

27 lis

Kto śledzi moje konto facebookowe, ten wie, że jakiś czas temu zakończyłam pracę nad „Ławeczką pod bzem” (od razu uprzedzam pytania – okładka jeszcze niegotowa; książka ukaże się latem 2017), a to doniosłe wydarzenie postanowiłam uczcić nastawieniem likieru. Albowiem mój przepis na szczęście jest właśnie taki: ciesz się drobiazgami i celebruj je w taki sposób, jaki sprawia Ci przyjemność.

W ciemne listopadowe i grudniowe wieczory taką właśnie drobną radość sprawimy sobie, wychylając kieliszeczek słodkiego, rozgrzewającego likieru. Ponieważ nie mogłam się zdecydować, zrobiłam ostatecznie trzy: kawowy, toffi i kokosowy. Moją prawdziwą miłością jest ten ostatni, ale trzeba na niego poczekać kilka tygodni, więc dwa pozostałe możemy potraktować jako pocieszaczy w trudnych chwilach.

Likier kawowy

Nie ma chyba na świecie nic prostszego. Bierzemy puszkę mleka skondensowanego słodzonego i około 300 ml wódki (ja kupuję Krupnik do wszystkich nalewek i likierów), mieszamy zawzięcie. Można w blenderze. Zaparzamy baaaaaardzo mocną kawę (u mnie zawsze jest naturalna i potem muszę ją przecedzać przez filtr do ekspresu - ale równie dobrze można użyć rozpuszczalnej) i dodajemy kilka łyżek. Ile? Do smaku. Kto chce bardziej kawowy smak, dodaje więcej, kto lubi łagodniejszy likier, doda tylko troszeczkę. Zresztą tak samo jest z wódką, możecie jej dodać mniej lub więcej w zależności od mocy, jaką chcecie uzyskać. Wolnoć Tomku w swoim gąsiorku.

P.S. Likier kawowy można przyrządzić także w wersji bezmlecznej, ale o tym kiedy indziej.

Likier toffi

Równie łatwy, ale trzeba się za niego zabrać poprzedniego dnia. Puszkę mleka skondensowanego słodzonego umieszczamy w garnuszku i nalewamy tyle wody, aby puszka była przykryta. Stawiamy na kuchence i gotujemy około dwóch godzin, najlepiej pod przykryciem, żeby nie trzeba było uzupełniać wody. Uzyskamy w ten sposób pyszną masę krówkową. Gdy wystygnie (a trwa to naprawdę długo, najlepiej zostawić na noc) otwieramy – nigdy nie otwierajcie gorącej!!! – i mieszamy w blenderze z wódką w takiej ilości, jaka nam się podoba. Podobnie jak poprzednio, można dodać 300 ml, ale można też nieco więcej lub mniej. Wasza wola.

Likier kokosowy

Tutaj już przygotowanie ma w sobie to coś, co uwielbiam w nastawianiu nalewek. Można się poczuć trochę jak szeptucha albo wiedźma z brodawką na nosie, warząca swoje mikstury i szepcząca zaklęcia. Na dno słoja wrzucamy garść rodzynek i łyżkę skórki otartej z cytryny (uprzednio wyparzonej, oczywiście). Dodajemy 150 g wiórków kokosowych i wlewamy dwie puszki mleka skondensowanego słodzonego. Na koniec wódka – całe 0,75 l, czyli w wersji krupnikowej po prostu jeden Krupnik.  Mieszamy i odstawiamy na kilka tygodni. Z moich doświadczeń wynika, że likier ten powinien stać nie mniej niż 2, ale nie więcej niż 4 tygodnie; jeśli za długo, to zrobi się bardzo gęsty i trzeba go jeść łyżeczką, jak Ewa, bohaterka „Szczęścia na wagę” i „Miłości z nutą imbiru” (obie te książki dostępne są w księgarniach stacjonarnych i internetowych – polecam w zestawie jako świetny pomysł na prezent).

baner

Aha, po odcedzeniu wiórki z rodzynkami stanowią wspaniały deser sam w sobie, choć są też rewelacyjnym dodatkiem do lodów. Jednak uprzedzam, że jakoś dziwnie miękną po nich nogi. Według mnie są też jednym z najlepszych sposobów na bezsenność.

Na zdjęciu stoją od lewej panowie: Kawowy, Toffi i Kokosowy.

DSC_0611

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Coś pysznego, Styl życia

 

Dziś w roli przynęty – fragment „Ławeczki pod bzem”

10 lis

U mnie pada śnieg – a u Was? Paskudnie się zrobiło, bo śnieg to ja owszem, lubię, ale tylko kiedy jest leciutki mróz, żeby się toto nie zamieniało w brudną breję, i kiedy słoneczko skrzy się w ośnieżonych gałązkach i czapach białego puchu… Niestety, dziś zrobiło się na świecie ponuro, mokro, zimno i w ogóle, tylko zapaść się w miękki fotel, opatulić wełnianym kocem i poczytać.

A skoro o czytaniu mowa – obiecałam fragment książki, która „właśnie mi się pisze”. Jak już wiecie, będzie to powieść inna niż wszystkie, bo z humorem i przymrużeniem oka. Żadnych (no dooobra, prawie żadnych) poważnych tematów, po prostu relaks i uśmiech.

O poranku wstąpiły we mnie nowe siły. Sprawdziłam ustawienie elementów „wystroju” tarasu – skrzynka po mandarynkach i krzesło stały na swoich miejscach. Zaparzyłam sobie kawę i zasiadłam do jej picia z absolutnym przekonaniem, że sobie poradzę. Jeśli będzie trzeba, zatrudnię kilku ochroniarzy, najprzystojniejszych, jakich tylko znajdę. Kupię sobie broń gazową, paralizator, gaz pieprzowy, łzawiący i rozśmieszający na dodatek. Jednym słowem – stawię czoła własnym lękom. A na początek, postanowiłam, zaczaję się i sprawdzę, czy złoczyńca w ogóle istnieje, czy nie jest to po prostu wytwór mojej znękanej zadawnionymi lękami wyobraźni.

W celu zaczajenia się przeprowadziłam niesłychanie sprytną operację taktyczną: przez cały dzień nie wychodziłam z domu ani nie zapalałam światła. Udawałam, że mnie nie ma. Ukradkiem obserwowałam ulicę. Po południu ostrożnie wychynęłam na taras i wystawiłam tam pudło, w którym kilka tygodni temu przywieziono mi nowy komputer z wielkim monitorem. Uznałam, że to będzie doskonały wabik na złodzieja. Jeśli ten facet rzeczywiście zamierza mnie okraść i krąży wokół domu, to zechce sprawdzić, czy karton jest pusty. Poświęciłam jedną z konturówek do ust i zaznaczyłam krzyżykami na posadzce, gdzie dokładnie znajdują się rogi pudła. Jeśli złodziej przesunie je lub choćby podniesie, na pewno nie odstawi precyzyjnie w to samo miejsce.

Po południu wykąpałam się, przebrałam w wygodną piżamę i mięciutki szlafrok, a następnie – dla kurażu, żeby nie umrzeć ze strachu – napiłam się trochę likieru o smaku cappuccino, który kupiłam w Lidlu, bo miał piękną, smukłą butelkę. Okazał się przepyszny, więc nalałam sobie od razu pół szklanki i zaczęłam wyjadać go łyżeczką. Świat poweselał, strach minął. W tym momencie miałam absolutną pewność, że nawet jeśli złodziej krąży wokół mego domu, to ja sobie z nim bez trudu poradzę. To znaczy nie ja osobiście, tylko moja armia ochroniarzy. Jutro, zatrudnię ich już jutro.

Tymczasem zgłodniałam jak wilk, toteż czym prędzej, korzystając z resztek światła dziennego, usmażyłam sobie naleśniki i zjadłam je z nutellą i bitą śmietaną, wykorzystując likier kawowy jako sosik do polewania. Czegoś tak pysznego w życiu nie jadłam. Zwłaszcza likier pasował idealnie. Zanim się spostrzegłam, smukła butelka była już pusta, a ja pomyślałam, że naukowcy powinni się skupić na wynalezieniu takich naczyń na likiery i inne gęste napoje, żeby dało się to wyżymać albo chociaż przekręcać na drugą stronę w celu wylizania denka.

   Nagle usłyszałam jakiś dźwięk na tarasie. Zapadał już wczesny grudniowy zmrok. Uświadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu nie wyglądałam przez okno, zajęta naleśnikami: najpierw smażeniem, a potem konsumpcją. Wstałam od stołu, przez chwilę łapałam równowagę, po czym – chwyciwszy patelnię, jako że nic innego nie przyszło mi do głowy – ruszyłam ostrożnie w stronę drzwi tarasowych.

Ktoś tam był. Wysoka, szczupła sylwetka. O ile mogłam się zorientować, ten ktoś stał odwrócony tyłem. Gapił się na mój ogród. Jakim prawem przybywał na moim tarasie? Po co tu wlazł? Niewiele myśląc (no dobrze, spójrzmy prawdzie w oczy: nie myśląc w ogóle), otworzyłam drzwi i wypadłam na taras.

Nie mam dla siebie żadnego usprawiedliwienia, poza tym jednym – że wychłeptałam całą butelkę likieru. Wiem, to było głupie. Bezdennie. Normalnie nigdy bym tak nie postąpiła, a jednak… właśnie to zrobiłam. Wyskoczyłam na taras, wrzasnęłam: „Czego tu?!”, a gdy mężczyzna odwrócił się ku mnie i stwierdziłam, że nie jest to żaden z moich znajomych, z całej siły walnęłam go patelnią w głowę. Potem upadliśmy oboje. On – bo go zabiłam, a ja, bo widząc to, zemdlałam.

Dajcie znać, czy Wam się podoba, czy raczej wolicie, żeby było serio, poważnie, nawet traumatycznie i depresyjnie; jednym słowem – listopadowo…

100_3379

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Literatura

 

Plany i marzenia

05 lis

Moja najnowsza powieść – „Miłość z nutą imbiru” – już w księgarniach, a w niej dalsze losy Ewy i jej bliskich, a także cudowna atmosfera świąt w wydaniu polskim i walijskim…

Co dalej, pytacie w listach i wiadomościach na Facebooku. Jakie mam plany na nadchodzący rok? Już odpowiadam…

Photo on 2011-12-25 at 19.07

Po pierwsze – niespodzianka dla tych moich czytelniczek, które mają dzieci. W roku 2017 (choć jeszcze nie wiem, kiedy dokładnie) ukaże się książka dla Waszych pociech. Jest to tekst, od którego zaczęła się moja przygoda z pisarstwem – żartobliwa opowieść zatytułowana „Awantura w bajkach”. Za tę książkę w roku 2007 otrzymałam wyróżnienie w organizowanym przez Fundację ABC XXI „Cała Polska Czyta Dzieciom” konkursie im. Astrid Lindgren. Potem dość długo „Awantura…” czekała w pamięci mojego komputera, aż wreszcie przypomniałam sobie o niej i tak oto trafiła do wydawnictwa Adamada, którego książeczki zachwycają mnie szatą graficzną. Mam nadzieję, że i moja opowieść zostanie opatrzona cudownymi ilustracjami.

DSC_0288

W kwietniu wydawnictwo Czwarta Strona wyda trzecią i ostatnią część serii Wszystkie smaki życia„Pełnymi garściami”. Poznamy dalsze losy Ewy, Klaudii, Żanety, Andrzeja i Jima, wszystkie zamotane supełki zostaną rozplątane, każdy z wątków znajdzie swoje zakończenie, choć nie obiecuję, że zawsze będzie różowo i landrynkowo. W prawdziwych ludzkich losach rzadko tak bywa, a ja nie piszę przecież baśni dla dorosłych, lecz serię z „życiem” w tytule.

DSC_0001

Na lipiec zaplanowano premierę powieści, nad którą pracuję obecnie – „Ławeczka pod bzem”. Takiej książki nigdy dotąd nie napisałam. Ma być zabawna, z przymrużeniem oka, lekka i taka w sam raz na wakacje. Jej główna bohaterka, Iga (dla której to Wy, moje Czytelniczki, wybrałyście imię) trochę wymyka mi się z rąk i zaczyna robić, co jej się żywnie podoba. To nieomylny znak, że lada dzień zakończę pracę nad książką, bo od momentu, gdy historia zaczyna żyć własnym życiem, książka pisze się niejako sama. Obiecuję, że jeszcze w listopadzie zaserwuję Wam fragment na zaostrzenie apetytu.

100_8900

We wrześniu 2017 – premiera, na którą bardzo, bardzo czekam. Będzie to książka pod tytułem „Szukam właśnie ciebie”, a wyda ją wydawnictwo Filia. Nieskromnie powiem, że jest to piękna opowieść o jeszcze piękniejszej, choć niełatwej miłości, która okaże się silniejsza nawet niż śmierć. Brzmi melodramatycznie, ale wcale nie będzie to ani melodramat, ani typowy romans.

DSC_0144

Na koniec – może późną jesienią, a może już zimą (lub nawet na początku 2018 roku) – marzy mi się pierwszy tom nowej serii. Na razie w myślach nazywam ją „Mansardą pod aniołami”, ale jak to z tytułami bywa, może pewnego dnia narodzi się jakiś inny, który wyda mi się ładniejszy. Tak czy owak, będzie to opowieść o mieszkańcach pewnej kamienicy z mansardowym poddaszem. Na razie rozglądam się wokół, słucham ludzkich historii i notuję pomysły do tej książki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Literatura

 

Gołąbki w nieco innym wydaniu

23 paź

Poszukiwałam ostatnio pomysłów na podanie cukinii w innej formie niż zupa krem i popularny „bigos” cukiniowy. Kombinowałam, główkowałam i wreszcie wymyśliłam coś w rodzaju gołąbków.

Najpierw pokroiłam cukinię na podłużne plastry, zblanszowałam, wrzucając na 3 minuty do wrzątku, po czym wysuszyłam na ściereczce.

DSC_0243

Następnie zajęłam się farszem – ugotowałam woreczek ryżu, wymieszałam go z surowym mięsem mielonym (proporcje są dowolne, znam takich, co wolą więcej ryżu; ja daję mniej więcej pół na pół), podsmażoną cebulą czerwoną, zmiażdżonym ząbkiem czosnku, jajkiem i przyprawami – u mnie była to sól i czubrica). Mocząc dłonie w letniej wodzie uformowałam nieduże kulki.

DSC_0244

Każdą kulkę zawinęłam w długi plaster boczku wędzonego, a następnie – w poprzek – w plaster cukinii. Powstałe w ten sposób „gołąbki” ułożyłam ciasno w garnku rzymskim, do którego kupna już Was kiedyś zachęcałam. Na dnie ułożyłam zewnętrzne plastry cukinii.

DSC_0246

Piekłam około półtorej godziny w 180 stopniach. Garnek rzymski ma to do siebie, że nie trzeba wlewać do niego żadnego bulionu, pyszny sos wytwarza się sam z wody zawartej w żywności oraz w ściankach naczynia. Jeśli jednak chcecie przyrządzić takie gołąbki w zwykłym naczyniu do zapiekania, być może będzie trzeba użyć trochę bulionu.

Dla mnie bomba! Polecam!

DSC_0247   DSC_0249

 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Coś pysznego

 

Dziś premiera „Miłości z nutą imbiru”!

12 paź

Premiera dobra rzecz. Zawsze można uznać, że to coś w  rodzaju urodzin – i wykorzystać tę okazję jako pretekst do zjedzenia czegoś pysznego.

A ponieważ na październikowe ciemne poranki  i popołudnia, nie mówiąc już o długich wieczorach – najlepsza jest kawa, przeto dziś będzie deser kokosowo-kawowy. Łatwy, bez pieczenia.

Pomysł zaczerpnęłam ze strony „Moje ciasto.pl”, ale zmieniłam co nieco.

Zaczynamy: najpierw szykujemy żelatynę, żeby zdążyła przestygnąć. 20 gramów żelatyny mieszamy w garnuszku z 10 łyżkami zimnej wody, żeby napęczniała. Potem podgrzewamy, ale tylko do rozpuszczenia, nie gotujemy. Mieszamy podczas stygnięcia – ona nie ma stężeć, tylko być chłodna.

Tymczasem bierzemy opakowanie ciastek Oreo (zdaje się, że tam jest 175 g) i rozgniatamy je wałkiem lub ciachamy w malakserze na „kaszkę”. Następnie mieszamy z roztopioną margaryną Kasią (ok. 50 g) i odrobiną przestudzonego mocnego wywaru z kawy – ja rozpuściłam łyżeczkę kawy rozpuszczalnej w 1/8 szklanki wody. Niestety, choć nie lubię margaryn, nie można tu użyć masła, bo potem w lodówce spód zrobiłby się zbyt twardy. Wykładamy tą masą wyłożony pergaminem spód małej tortownicy (u mnie miała 22 cm i okazała się za duża, lepsza byłaby 18 cm, wówczas deserek byłby wyższy i lepiej by wyglądał). Wkładamy do lodówki i bierzemy się za warstwę kokosową.

Wracamy do przestudzonej żelatyny: dodajemy do niej 300 ml mleka kokosowego oraz 500 ml śmietany kremówki ubitej na sztywno z cukrem pudrem. Cukru wzięłam 100 gramów, ale moi chłopcy twierdzili, że jak dla nich, deserek jest odrobinę zbyt wytrawny, można więc dać więcej, np. 110-120 gramów.

Po wymieszaniu rozdzielamy masę śmietankową na dwie części. Do jednej wsypujemy małe opakowanie wiórków kokosowych (70 g), delikatnie mieszamy,wykładamy to na ciemny spód i jazda do lodówki, aż trochę stężeje. Tymczasem parzymy kawę – ok. dwóch czubatych łyżeczek – w niewielkiej ilości wody, studzimy i ostrożnie dodajemy do drugiej części masy (trzeba dość energicznie mieszać, żeby nam się nie rozwarstwiło). Powstanie beżowa kołderka o smaku kawowym – cudo! Wykładamy to na białą masę i wszystko razem ponownie ląduje w lodówce na kilka godzin.

Zdjęcie niestety byle jakie, robione w pośpiechu, bo ręce mi się trzęsły, żeby już zjeść… ;)

DSC_0220

Najsmaczniejsze jest, a jakże, do kawy i do dobrej książki ;). Polecam – pytajcie o „Miłość z nutą imbiru” w księgarniach! Obiecuję Wam emocje i wzruszenia przy lekturze, trochę słodyczy, trochę goryczy – jak to w życiu.

miłość

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Coś pysznego